Trzeba wytrwać

Fragmenty „Pro memoria” – zapisków Prymasa Tysiąclecia z lat 1948-1949 i 1952-1953, wydanych przez Wydawnictwo im. Stefana Kardynała Wyszyńskiego Soli Deo i Wydawnictwo Księży Pallotynów Apostolicum. Obszerny tom trafi w tym tygodniu do księgarń.



22 X 1948, piątek

[Lublin]


Po ciężkiej, nużącej drodze dotarliśmy na godzinę 16.00 do Lublina. Wracam z Zakopanego razem z ks. dr. Olechem i ks. kanonikiem Trochonowiczem. Krótki wypoczynek po komplikacjach pooperacyjnych był niezbędny.

Na progu domu Janek zwiastuje obuchem: Ksiądz Prymas [August Hlond] umarł dziś o godzinie 10.30 w Warszawie. Przyszła przed chwilą wiadomość. Zbyt to niespodziewane. Wiadomość obezwładnia kroki. Stoimy dłuższy czas w holu, zagubieni w milczeniu.

Dochodziły do Zakopanego wieści o ciężkiej chorobie ks. kard. Hlonda. Ale śmierci nikt się nie spodziewał.

Tak często radowałem się myślą, że w niezwykle trudnej sytuacji Kościoła w Polsce błogosławieństwem jego jest Sternik, pewną dłonią prowadzący poprzez męki. Człowiek czuł się dziwnie spokojny w pobliżu prymasa Hlonda.

A teraz coś się zawaliło. Runął mur oporowy. Kto teraz będzie „antemurale” [przedmurzem]? Po cóż to pytanie! Kardynał Hlond żyje!


[1 I 1949, sobota]

[Lublin]


Zaczynam nowy rok pracy. Nie myślałem, że wypadnie mi w tym roku pożegnać Lublin, po raz trzeci w swoim życiu, tym razem prawdopodobnie ostatecznie. Ale jestem tylko Bożym chłopcem na posyłki.

Czułem, że w Lubelskiej Katedrze nie spocznę. Zresztą, nie podobał mi się ten „sklepik z półkami”, na których ustawiano zmarłych pasterzy. Ilekroć odwiedzałem te grobowce, wracając z celebry do domu, zawsze odczuwałem, że tu dla mnie miejsca nie ma.

Muszę zacząć powoli zwijać swoje sprawy i zamykać otwarte plany i zamierzenia. Postanowiłem sobie przebudować życie diecezjalne z gruntu. Zrobią to inni. „Tu me sequere” [Ty pójdź za Mną].

Rano odprawiłem Mszę świętą w kaplicy Sióstr Urszulanek. Zastąpiłem Księdza Kapelana, który wyjechał na wypoczynek i siostry zostały bez Mszy świętej. W czasie śniadania siostrzyczki próbowały zejść na tematy kościelne. One zawsze wiedzą coś więcej niż księża biskupi. We Włocławku urszulanki prześladowały mnie swoimi „przeczuciami” na kilka tygodni przed nominacją na stolicę lubelską. Dziś nawiązały do swoich dawnych jęków. Okazuje się, że łatwo jest utrzymać tajemnicę wśród biskupów, ale trudno wobec zakonnic. Wyszedłem jednak z „próby języka” zwycięsko.


31 I 1949, poniedziałek

[Lublin – Warszawa – Włocławek]


Dziś rano samochód zabrał do Warszawy odrobinę moich rzeczy; są to książki, nieco odzieży, które przywiozłem z Włocławka. Wiedziałem, że śp. kard. Hlond pozostawił w Warszawie wszystko. I ja postanowiłem go naśladować. I dlatego zabroniłem pakować pamiątek, podarowanych mi albumów, obrazów, książek, nakryć, chociaż wszystkie nosiły moje inicjały. Byłem zdania, że są to dary dla „biskupa lubelskiego”, a już rzeczą przypadku jest, że ten biskup tym razem nazywał się Stefan Wyszyński. Może niektórym ofiarodawcom było przykro. Ale nic tu nie przywiozłem i nic nie chcę z sobą zabierać. Było mi niezwykle dobrze z tym postanowieniem.

O godzinie 9.00 rano pożegnałem kaplicę, siostry, zacnego Janka, ks. prałata Stopniała, wiernego kanclerza ks. Olecha i kilku kapłanów, którzy przyszli na chwilę odjazdu. Księdzu Prałatowi przepowiadam, że zrobi jeszcze lepszą karierę po tym „rozwodzie” ze mną. Siostrzyczki były nieco zawiedzione, gdyż miały nadzieję, że zabiorę je na gospodarstwo do Warszawy; przecież je tu sprowadziłem. Raz jeszcze rzuciłem okiem na te ściany, wśród których czułem się tylko przechodniem. Przez okno wielkiego przedsionka dojrzałem otwarte drzwi kurii i kilku księży wchodzących do wnętrza. Za chwilę sobie pojadę, a życie pójdzie dalej. Człowiek myślał, że jest jeszcze potrzebny, a Pan Bóg przypomina, że Duch Święty rządzi Kościołem. Zaraz minę bramę rezydencji biskupiej, niepewien dalszych losów tego domu, ale Bóg już wszystko wie. Jak dziś na tym dziedzińcu, tak i za ileś tam lat będzie w Gnieźnie czy w Warszawie. Dobra sposobność, by nie przeceniać siebie i by nie uważać, że bez nas Bóg sobie nie poradzi.

Uczucie pokory nadpływa – sługa nieużyteczny odchodzi. Przejazd przez miasto, rzut oka na fronton katedry, gdzie pozostało moje zawołanie – Soli Deo – na kartuszu nad oknem; spojrzenie poprzez Kapucyńską na umiłowany fronton kościoła jagiellońskiego Matki Bożej Zwycięskiej; ciekawe spojrzenie w głąb dziedzińca KUL – i już jesteśmy poza miastem. Lublin pozostał – Bóg z nim.


Nowy Rok Boży 1952


Upadam z pokorą przed Ojcem Wieków, obejmując sercem polską ziemię, zaszczyconą Krzyżem Chrystusowym, Królestwo Maryi Wniebowziętej. Przyrzekam jej służbę w znaku zwycięstwa Chrystusowego. Czegokolwiek zażąda Bóg – uczynię. Wszystko mi jedno, czy mam wsiewać słowem i przykładem życia, czy własną krwią, byleby tylko Polska pozostała Królestwem Chrystusa. Pragnę całą duszą bronić polskiej ziemi przed nieprzyjaciółmi jej ducha i granic. Tak mi dopomóż Bóg!

In nomine Domini. Amen!

Soli Deo!

Maria duc! [Prowadź, Maryjo].


14 I 1952

[Warszawa]


Obraduje Komisja Główna Episkopatu. Wszyscy członkowie obecni, prócz bp. [Czesława] Kaczmarka, który pozostaje w więzieniu.

Sytuację ogólną Kościoła przedstawiają księża biskupi: Choromański, Klepacz i Ksiądz Prymas. Nie dostrzega się w międzyczasie szczególniejszych spraw. Ale nie brak przejawów ciągłego, cichego, podjazdowego działania. Bp Choromański przeprowadził trzy rozmowy z min. Bidą.

Rozmowa 17 grudnia 1951 r. miała miejsce po Zjeździe Wrocławskim. Bp Choromański złożył protest z powodu napaści prasowej na bp. Kowalskiego i z powodu metod stosowanych wobec duchowieństwa sprowadzonego na Zjazd Wrocławski. Następna rozmowa miała miejsce 31 grudnia 1951 r. Bp Choromański złożył protest przeciwko zarzutowi zawartemu w uchwale Biura Politycznego KC PZPR, w której zrównano duchowieństwo polskie z podziemiem i Mikołajczykiem. Ostatnia rozmowa była 11 stycznia 1952 r. Minister Bida dopytywał się o „nominacje”. Rząd jest niezadowolony z noworocznego przemówienia Ojca Świętego, z którego zresztą nie jest zadowolony i świat polityczny zachodni. Sytuacja ogólna oceniana jest jako ciężka: panująca cisza nie zapowiada nic dobrego.

Bp Klepacz informuje, że w międzyczasie rozmów oficjalnych nie było. Nieoficjalnie rzecz wygląda tak. Rząd jest przekonany, że w bieżącym roku da się uniknąć wojny. Na tym będzie bazowana taktyka [rozprawy] z Kościołem. Wszystkie urzędy dostały rozkaz, aby w niczym nie prowokowały duchowieństwa niższego. Natomiast jest rzeczą pożądaną, aby konflikt na odcinku Episkopatu narastał. Miałby być wykorzystany proces bp. Kaczmarka; aresztowania kieleckie idą po linii procesu. Kielce mogą być poligonem w sprawach kościelnych. Dla Rządu jest teraz wygodniej nie mieć rozmów z Episkopatem, natomiast przeprowadzać drobne uderzenia. Druga linia – to gen. Ochab, Zambrowski i Jóźwiak – prowadzą linię ostrej walki z Kościołem. Umiarkowaną linię prowadzą prezydent Bierut, Berman i Minc. Ta linia pragnie rozmów z Episkopatem. Wysuwa się sprawę Ziem Zachodnich – jako najważniejszą – stworzenie diecezji. Druga sprawa – zakony: można się spodziewać uderzenia. Inna sprawa – Kielce jako szkółka doświadczalna do walki z hierarchią kościelną (Korea). Czwarta sprawa – konstytucja; dąży się do rozpatrzenia sprawy rewizji Porozumienia przed ogłoszeniem konstytucji.

Tendencja Rządu jest jasna: pozbawić biskupów duchowieństwa. Częściowo się to udaje z pomocą UB, urzędów podatkowych, ZBoWiD i Komisji Intelektualistów. Jest nadzieja w kołach rządowych na przeprowadzenie tych planów.

Informacje moje dotyczyły głównie debaty konstytucyjnej, w dziedzinie spraw kościelnych.

Księża biskupi stwierdzają większą aktywność Urzędu do spraw Wyznań, szkolenie urzędników do specjalnej akcji antyreligijnej. Dostrzegają zainteresowanie seminariami niższymi. W szkołach pedagogicznych zlikwidowano naukę religii zupełnie; można wnioskować, że nie liczy się na ich prace katechetyczne w szkołach podstawowych.

Omawiamy sprawę Kielc. Nowe aresztowania (ks. Zelek i ks. Peszko) wskazują na to, że przygotowywany jest proces bp. Kaczmarka. Aresztowania są kompletowaniem przyszłych świadków. Rewizja w katedrze, bez świadków, jest bardzo przykrym zdarzeniem, rzucającym światło na rozwój sytuacji. Koła rządowe nie przyjmują sugestii, jakoby chciały rozbijać diecezję kielecką. Jednak, pomimo tej sugestii, Komisja Główna dochodzi do wniosku, że taktyka tu wprowadzona jest polem doświadczalnym dla rozkładania od wewnątrz Kościoła. I dlatego należałoby wystąpić z protestem do Rządu i Prezydenta RP. Bp Choromański zażąda wyjaśnień od min. Bidy, po czym wystosowany będzie list do Pana Prezydenta.


23 III 1952, niedziela


W kościele św. Anny odbyło się dziś zakończenie pierwszej serii rekolekcji dla akademików. Prowadził je ks. dr J. Modzelewski. Odprawiłem Mszę świętą, udzieliłem młodzieży Komunii świętej i wygłosiłem końcowe przemówienie. Tematem kazania było zagadnienie inteligencji katolickiej. Stanąłem na krańcowym stanowisku, że Polska dotąd właściwie nie miała katolickiej inteligencji. Zawsze bowiem sfery wykształcone ulegały relatywizmowi umysłowemu i moralnemu. Widać to szczególnie w chwilach przełomowych, kiedy inteligencja znika z pola walki o ideał katolicki. Za wiele u nas Nikodemów, a za mało gotowych, by z Chrystusem dźwigać ciężar dnia i upalenia. Przykłady, zwłaszcza ze współczesności, są rażące. Powstaje literatura antykościelna (wyd. Książka i Wiedza), przeznaczona dla inteligencji, a pisana na takim poziomie, że jest policzkiem dla ludzi o zdrowych zmysłach. Chce ona problem Kościoła w Polsce wyczerpać na kilku kartkach. Przedstawia Kościół w humorystycznie przewrotny sposób, że aż dziw, że taka instytucja mogła się utrzymać na przestrzeni dwóch tysięcy lat. Inteligencja polska odczuwa sentyment katolicki, ale nie ma życia katolickiego, nie zna myślenia katolickiego.

Zadaniem młodzieży – stać się inteligencją katolicką. Do tego trzeba rzetelnych i wszechstronnych studiów. Do tego trzeba: 1) mieć szacunek dla siebie i dla swego umysłu; 2) mieć szacunek dla Chrystusa, którego dziś gościcie w sercu; 3) mieć szacunek dla Kościoła.


24 V 1952, sobota

Warszawa – Kutno


Po obiedzie wyruszyliśmy do Kutna na „Dzień hołdu Maryi”. przybywamy o czasie. Wzdłuż ulicy stoi mnóstwo ludzi. Witają nas serdecznie. Z wielkim trudem posuwamy się przez cmentarz ku głównemu wejściu świątyni. Widocznie władze nie pozwoliły na przejście ulicą. Ale zawsze „do nieba” – wąska jest droga. Tym ciaśniejsza, że takie mnóstwo ludzi chce dotrzeć do kościoła. Cóż tu znaczą zakazy. Władze partyjne, które surowo zakazywały wszelkich manifestacji, stoją też bezsilne wobec tej siły religijnej, która wiąże Polskę. Gdyby ją stwierdzono i tolerowano, nie popełniano by tylu błędów. Ale główny błąd na tym polega, że gwałtownie wmawia się w ludzi, że tej religijnej siły w Polsce nie ma. Buduje się tamy zakazów, a gdy „woda” je przerywa – winien jest Kościół. Tak też jest i w Kutnie. Partia zmontowała mnóstwo imprez: przymusowe wycieczki, zabawy całonocne w lokalach, zebrania, jutro w czasie sumy widowisko na placu przed magistratem, w pobliżu kościoła. Wszystko czynią, by podkreślić swoje „sekciarskie” stanowisko. Ostatecznie, lud przyszedł na wielkie nabożeństwo. Całe otoczenie świątyni – to jedno morze głów. Wnętrze wypełnione po brzegi. Powoli posuwamy się ku ołtarzowi. Świątynia wspaniale przyozdobiona wieńcami spływającymi ze sklepień. Ks. dziekan Pągowski, człowiek energiczny, ofiara powstania i więzień, wchodzi na ambonę. Kreśli cel tej uroczystości. Przed siedmiu laty otwarto świątynię, która przez czas okupacji niemieckiej była zamknięta. By podziękować Bogu za wszystkie łaski, dekanat kutnowski zwołał swój lud na „Dzień hołdu ziemi kutnowskiej Matce Boga Człowieka”. Charakter wybitnie religijny i modlitewny całej uroczystości nie przeszkodził partii, by dostrzegła w niej manifestację polityczną.

A my tymczasem modliliśmy się spokojnie i ufnie. Bo jest za co Bogu dziękować. Postanowiłem nadać wszystkim swoim przemówieniom, które mam wygłosić, charakter jak najbardziej pozytywny. Trzeba z obecnej rzeczywistości wyciągnąć to, co jest światłem i promieniem. Boć Bóg nas – swój zaczyn – umieścił w tych warunkach, byśmy mocą ducha Chrystusowego odmieniali oblicze ziemi, kazanie wstępne, na otwarcie kongresu, poświęcam wspomnieniom tych chwil niedawnych, gdy Naród cierpiał, by tym bardziej pobudzać do wdzięczności.


19 VII 1952, sobota


Dziś ponowny szturm do Matki Bożej, Królowej Polski. Zacząłem się modlić dotąd mi obcą modlitwą – contra persecutores Ecclesiae [przeciw prześladowcom Kościoła]. Ale trudno jest dłużej utrzymać się na poziomie „przebaczania”. Człowiek zaczyna oczekiwać od Boga sprawiedliwości. Nadal napływają wieści potworne o likwidowaniu instytucji zakonnych. Czytałem dziś mowę konstytucyjną pana Bieruta. Są tam wymienione wszystkie wolności obywatelskie. A ilustracją do nich jest właśnie barbarzyńska akcja przeciwko domom zakonnym. Cała stolica dziś rozbrzmiewa „Konstytucją”. Napływa młodzież na Zlot. Wszystko ma być w takt pieśni i tańca. Może to potrzebne dla nowoczesnych niewolników.

Wieczorem odwiedzili mnie moi młodzi przyjaciele, którym przed 10 laty dawałem ślub. On wrócił z obozów sowieckich, gdzie przez trzy lata pasał świnie zaprzyjaźnionego narodu. A ona nosi na sobie wszystkie ślady męki polskiej kobiety, która przez całe lata drżała o męża. Wszystko, co opowiadał, doskonale pokrywa się z moimi przedwojennymi studiami książkowymi o Rosji. Jutrzejsza Ewangelia mówi: „Nie może złe drzewo dobrych owoców rodzić”. I jeszcze raz prawda Chrystusowa demaskuje „prawdę” polityczną.


20 VII 1952, niedziela

Warszawa


Cały dzień spędziłem wśród zaległych papierów. Niedziela – pod znakiem Zlotu młodzieży. Miasto dudni od falang kamionów ciężarowych. Podziwiamy wielką pracowitość władz. Ileż energii wkładają w młodzież. Nawet małych dzieci z przedszkola przywieziono około pięciu tysięcy. Rozrzutność pieniądza godna imperium brytyjskiego. Zresztą, Anglicy nie wydadzą tyle na koronację Elżbiety – są za biedni. Nas stać. Gdybyśmy dostali 5% wydanych sum, zjazd młodzieży katolickiej w Warszawie byłby imponujący. Więcej się tym nie zajmuję.

Po obiedzie odwiedziłem m. Dębińską w klasztorze Sióstr Wizytek na Krakowskim Przedmieściu.


28 VII 1952, poniedziałek

Gniezno – Kruszwica – Warszawa


Mszę świętą odprawiłem przy trumnie św. Wojciecha, w katedrze, za Kościół święty w Polsce i jego prześladowców. Modliłem się za UB i jego rozkazodawców, prosząc Boga, aby tym chłopakom, wciągniętym do najbrzydszej roboty prześladowania rodaków, przebaczył. Modliłem się za pana Bieruta, aby jego słowa o Konstytucji odpowiadały rzeczywistości, by przestały kłamać braciom i znieważać Naród. Właśnie wtedy, gdy pan Bierut głosił swoją mowę o Konstytucji, działy się w Polsce takie bezprawia wobec zakonów, że gdybyśmy chcieli je ująć w książce, przestano by nam wierzyć.


16 X 1952, czwartek

Krynica


Kierownictwo ideologiczne „Tygodnika Powszechnego” od dawna prosiło o stworzenie sposobności do swobodnej wymiany myśli nad kierunkami pracy publicystycznej pisma w dzisiejszej rzeczywistości. Postanowiłem dać tę sposobność zespołowi, tym bardziej że prezentuje on i wysoki poziom kulturalny, i dobrą wolę. Dzięki temu doszło do spotkania się i do całodziennej wymiany myśli. W dyskusji brali udział: Turowicz, Stanisław Stomma, Antoni Gołubiew, Jerzy Zawieyski i Jacek Woźniakowski.

Postanowiłem naprzód wysłuchać spokojnie moich rozmówców, by poznać, jak myśl ich się kształtuje i gdzie widzą trudności. Nie czyniąc nadziei, że konferencja ta rozwiąże wszystkie kłopoty, zamierzałem jednak, pod koniec, wypowiedzieć swoje zdanie w tych sprawach, w których sąd będę miał uformowany. starałem się ująć tę rozległą tematykę w kilku zasadniczych punktach.

Jako tło waszego trwania chcę przypomnieć zasadniczą postawę Kościoła wobec rzeczywistości polskiej. Jest to postawa podyktowana nie tyle koniunkturą, ile zasadami. Kościół przeżył dwa tysiące lat. W ciągu tego okresu stawał wobec różnych sytuacji: zdumiewał się świat, że był [świat] ariański, albigensowski, humanistyczny, protestancki, racjonalistyczny, kapitalistyczny. Ale nie zdumiewał Kościół. I dziś nie zdumieje się, choćby ujrzał, że świat jest komunistyczny. Wyjdzie z tym samym spokojem Oracza siać nasienie swoje. I dlatego Kościół polski ze spokojem wielkim staje wobec komunistycznej rzeczywistości, bez lęku, że musi współistnieć z tą rzeczywistością. Kościół układa swój stosunek do państwa, do każdego państwa, na podstawie swych założeń filozoficzno-prawnych, dogmatycznych, społecznych i narodowych. Nie dla koniunktury zostało zawarte Porozumienie, ale wynikało ono z przekonania, że inaczej być nie może. Od pierwszej chwili rządów moich w Gnieźnie i w Warszawie pracowałem nad Porozumieniem, chociaż stosunek Rządu do mnie był od początku wrogi, ba, nawet nie cofnięto się przed szykanami i zasadzką. Nie mogło to mieć wpływu na mój stosunek do Rządu. Uważałem, że Porozumienie jest koniecznością dla obojga stron.

I dziś trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że stosunek współistnienia musi być utrzymany. Kościół polski ma swoich wrogów – nie tylko w komunizmie, ale i masonerii, i w pogańskim kapitalizmie. Dowodem – taktyka prasy zagranicznej. Ilekroć stosunki między Kościołem a Rządem w Polsce się zaogniały – zagraniczna prasa masońska nie szczędziła nam pochwał. Gdy zawarto Porozumienie, nie szczędzono nam przygany, ba, nawet starano się oddziaływać w tym duchu na koła kościelne Rzymu, by podać w wątpliwość prawowierność Episkopatu Polski. Masoneria – ta złota międzynarodówka – chce niszczyć Kościół – „czarną międzynarodówkę” – z pomocą komunizmu – czerwonej międzynarodówki. Masoneria zamierza rozprawić się i z komunizmem, i z Kościołem. Woli więc, że przed tą rozprawą z komunizmem Kościół będzie zniszczony przez komunistów. Trzeba i tę siłę brać pod uwagę, gdy się myśli o sytuacji w Polsce. Masoneria polska przyczaiła się, ale cicho podjudza komunistów przeciwko Kościołowi, a duchowieństwo przeciwko Rządowi. To masoneria najwięcej mówi o palmie męczeństwa dla Kościoła polskiego.

Pytanie trzecie rozstrzygam też „po swojemu”. Jeśli Bóg od nas zażąda jeszcze raz męczeństwa, krwi nie odmówimy. Ale wydaje mi się, że ideałem na czasy dzisiejsze musi być raczej „umiejętność życia dla Kościoła i Polski”, niż umiejętność umierania. Bo że umierać umiemy za Kościół i Polskę, to już pokazaliśmy – i w Dachau, i w czasie Powstania Warszawskiego. Dziś mamy pokazać co innego. Męczeństwo zawsze jest i łaską, i zaszczytem. Ale gdy zważę, jak wielkie Polska katolicka ma dziś zadanie i potrzeby, to wolę to męczeństwo jak najpóźniej. To samo powiedzieliśmy w Rzymie mons. Tardini i Ojcu Świętemu [Piusowi XII]. I tak też układamy naszą „taktykę” w Polsce. Wolę swych kapłanów przy ołtarzu, na ambonie i w konfesjonale – niż w więzieniu. Księży ciągle zachęcam, by nie wdawali się w krytyki i aluzje o posmaku politycznym na ambonie. Niech to zostawią biskupom i Prymasowi.


12 XII 1952, piątek

Warszawa


Bp Klepacz udał się na godzinę 9.00 do Urzędu do spraw Wyznań, na rozmowę z gen. Ochabem. Przybył po 45 minutach. Rozpoczęliśmy obrady Komisji Głównej .

W dłuższym przemówieniu staram się dać ocenę wczorajszej dyskusji. Podkreślam wysoki jej poziom moralny, poczucie odpowiedzialności i gotowość poświęcenia siebie dla dobra Kościoła.

Mocno podkreślam, że o ile mamy prawo poświęcić siebie na wszystko, to nie wolno nam poświęcać diecezji, Kościoła i wiernych. Tutaj dochodzi do głosu obowiązek roztropności. Mamy obowiązek tak kierować Kościołem, według wszystkich zasad kanonicznych, by nie wywrócić łodzi Chrystusowej. Chociaż więc męczeństwo i więzienie biskupa mogą być pożyteczne dla Kościoła i dla diecezji, to jednak Chrystus kazał uczniom trwać przy Kościele, gdyż przez ludzi, trwających na stanowisku, dopełniane jest dzieło uświęcenia Kościoła. Tam, gdzie znikają biskupi i kapłani, zanika i Kościół. Przykłady widzimy w „Annuario Pontificio”, a u nas było to w czasie okupacji Niemców w Wartenlandzie, gdzie lud odzwyczaił się od kapłanów, od spowiedzi, tak że trzeba było wydajnej pracy, aby znów się dał do Kościoła pociągnąć. Do nas należy też bronić duchowieństwa, które jest wyczerpane wojną i obozami, a dziś okazuje więcej skłonności do układania się niż kiedykolwiek. Przykładem tej zmniejszonej odporności jest zachowanie się Kapituły Katowickiej. Co będzie, gdy biskupi pójdą do więzień?

Wreszcie wzgląd doniosły – to obrona Narodu, który dziś szuka schronienia w świątyni i tam czuje swoją więź i siłę. W obecnej chwili Kościół piastuje na swoich ramionach macierzyńskich Naród polski. Trzeba więc tak postępować, by Naród nie utracił tych ramion.

Odróżniam obowiązki: biskupów i moje. Potestate ordinaria [na mocy zwykłej władzy] – biskupi mają tak prowadzić sprawy diecezji, by uchronić Kościół od niespodzianek; trzeba nam jeszcze większej zwartości i karności. Biskup ma trwać na posterunku i wyzbyć się psychozy męczeństwa, gdyż ważniejszą rzeczą jest dla nas wytrwać w katedrze, niż wysiadywać w więzieniu. Że umiemy cierpieć, daliśmy tego dowody w czasie okupacji hitlerowskiej. Teraz musimy dać dowód umiejętności pracy.

Natomiast ja – potestate pontificia [na mocy władzy papieskiej] – będę czynił to, czego wymaga ode mnie całość Kościoła w Polsce. Może wypadnie bonum communitatis [dobro wspólnoty] postawić wyżej, niż bonum individui [dobro jednostki]. Decyzję w sprawach omawianych muszę wziąć na swoje ramiona. Proszę tylko o jedno, by ta decyzja była z zaufaniem przyjęta. Modliliśmy się dziś wszyscy do Ducha Świętego. Ufam, że Jego światło będzie w tych decyzjach.

drukuj