Osądzić przekręty stoczniowe!
28 lutego 2007 roku gdański sąd uniewinnił oskarżonego o wielomilionową niegospodarność byłego syndyka Stoczni Gdańskiej Andrzeja Wiercińskiego oraz notariusza Marka Kolasę.
Zakończył się już drugi proces. Pierwszy miał miejsce w 2002 roku. Został wówczas przerwany z powodu śmierci przewodniczącego składu sędziowskiego. Natomiast w maju 2003 roku, na wniosek obrońcy Wiercińskiego Sąd Okręgowy w Gdańsku nakazał miejscowej prokuraturze uzupełnić akt oskarżenia przeciwko syndykowi o opinię biegłych z zakresu wyceny nieruchomości.
Tym razem były syndyk Andrzej Wierciński został przez prokuraturę oskarżony m.in. o to, że między grudniem 1997 roku a grudniem 1998 roku wskutek swej działalności spowodował wyrządzenie upadłemu przedsiębiorstwu szkody w wysokości co najmniej 91 milionów złotych. Ponadto prokuratura oskarża go o to, że „pod pozorem sprzedaży” – czytaj „oddania Stoczni Gdańskiej” – Trójmiejskiej Korporacji Stoczniowej, włączył w tę „transakcję” 74 hektary stoczniowych gruntów w centrum miasta. Firma doradcza, która działała na zlecenie Wiercińskiego, zakwalifikowała te tereny jako zbędne do celów produkcyjnych i odpowiednio je wyceniła. Zdaniem prokuratury, tereny te winny być sprzedane osobno. Syndyk mógłby uzyskać za nie ponad 41 milionów złotych. Transakcję sprzedaży, którą w 1998 roku przeprowadził syndyk Andrzej Wierciński, a faktycznie oddania za bezcen Stoczni Gdańskiej Trójmiejskiej Korporacji Stoczniowej, publicznie uznano za doskonały przekręt cwaniaków.
Syndyk Andrzej Wierciński, mimo złożonej przez Społeczny Komitet Ratowania Stoczni Gdańskiej i Przemysłu Okrętowego bardzo dobrej oferty ponownego kupna i właściwego zagospodarowania stoczni – w tym wypadku ponownie stałaby się ona własnością dużej części naszego społeczeństwa, które złożyło swe ofiary na ponowny wykup kolebki „Solidarności”- oddał ją za śmieszną wręcz sumę 115 mln 700 tysięcy złotych Trójmiejskiej Korporacji Stoczniowej. Tę ostatnią utworzono ze Stoczni Gdynia i Evip Progress sp. z o.o. (dysponowała kapitałem zakładowym w wysokości zaledwie 10 tys. złotych). Dodajmy, że Korporacja w momencie kupna dysponowała kapitałem zakładowym w wysokości 400 tys. złotych. De facto Korporacja dostała stocznię nie za 115 mln 700 tys. zł, ale za kwotę pomniejszoną o 42 mln 836 tys. 750 zł, tj. pieniądze, które były wówczas na koncie stoczni! Syndyk Wierciński nie uwzględnił jej w akcie sprzedaży!
Najkorzystniejsza oferta
Przypomnijmy, że Społeczny Komitet Ratowania Stoczni Gdańskiej i Przemysłu Okrętowego powstał podczas audycji w Radiu Maryja, pod naciskiem polskiego społeczeństwa. Komitet przygotował bardzo korzystną ofertę kupna Stoczni Gdańskiej, uzyskując m.in. szeroko pojętą pomoc od Stowarzyszenia International „KORAB”. Stowarzyszenie to zostało powołane przez absolwentów Politechniki Gdańskiej Wydziału Budowy Okrętów, którzy pracowali za granicą i zajmowali w światowym przemyśle okrętowym poważne stanowiska.
Swe usługi zgłosili: inż. Eugeniusz Haciski, wiceprezes Coast Gard amerykańskiego, który zaoferował, że złoży zamówienia na budowę kadłubów, inż. L. Krystian Kupras, prowadzący w Holandii biuro konstrukcyjne, zadeklarował zrobienie biznesplanu. To głównie oni pomogli nam w przygotowaniu biznesplanu. Przygotowaliśmy również management, czyli cały zespół ludzi, którzy mieli wyprowadzić stocznię na prostą. I – co najważniejsze – bardzo wielu ludzi przesłało na nasze konto środki finansowe. Później ta właśnie sprawa – zbierania społecznych środków finansowych – stała się przyczyną haniebnego ataku na Ojca Dyrektora Tadeusza Rydzyka, który tylko pod presją społeczną zgodził się, żeby konto i komitet zawiązał się przy Radiu Maryja. Atakowano go wręcz plugawie z różnych stron, zarzucając kłamliwie, że przywłaszczył sobie zebrane środki. Niewiele pomagał fakt, że zarówno ja osobiście, jak i moi koledzy: dr F. Pieczka, inż. J. Hyży, wyjaśniali na antenie Radia Maryja, co zrobiono z tymi pieniędzmi. Wykazywaliśmy, że są to perfidne oszczerstwa. Bez końca stosowano zasadę – obrzuć błotem, a coś się tam zawsze przylepi.
Oferta przygotowana przez Społeczny Komitet Ratowania Stoczni Gdańskiej i Przemysłu Okrętowego była najkorzystniejsza. Jednak stało się inaczej, niż dyktował rozsądek i minimum przyzwoitości, a przede wszystkim interes narodowy.
Niezrozumiały wyrok
Z niezrozumiałych dla nas powodów ówcześni pojedynczy działacze „Solidarności” z Komitetu Zakładowego „Solidarności” Stoczni Gdynia bardzo mocno wspierali działania pana Szlanty zmierzające do przejęcia Stoczni Gdańskiej przez Korporację Stoczni Gdańskiej. Mimo naszych próśb, by nie uczestniczyli w tym „cyrku”, brali w nim udział, a po podpisaniu „wyroku” zeszli razem z wszystkimi zainteresowanymi do restauracji na wydany przez Szlantę bankiet. To był niezwykle silny cios dla naszego Komitetu.
Nie dziwi więc fakt, że na obecne ogłoszenie werdyktu w sprawie syndyka Andrzeja Wiercińskiego i notariusza Marka Kolasy w gdańskim sądzie stawiła się liczna grupa stoczniowców. Oburzeni wyrokiem uniewinniającym zarówno Wiercińskiego, jak i Kolasę, na znak protestu m.in. krzyczeli: „Hańba, skandal, afera, złodzieje, sąd pod sąd, sędzia do lustracji!”. Dla tych ludzi wyrok sądu jest zupełnie niezrozumiały. Gehenna Stoczni Gdańskiej ciągnie się już całe lata, a stoczniowcy żyją w ciągłym zagrożeniu. Pojawia się wciąż pytanie – co przyniesie jutrzejszy dzień?
Jeszcze jedna, równie ważna sprawa. Otóż w porywie złości, uzasadnionej ową wielką niesprawiedliwością, padały z ust stoczniowców hasła, żeby odwołać ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobrę. To wielkie nieporozumienie i niezrozumienie sytuacji. Minister sprawiedliwości, prokurator generalny Ziobro nie ma żadnych możliwości wpływania na decyzje sądów. W tej sprawie niezależny sąd wydał taki, a nie inny wyrok, a minister Ziobro nie miał tu nic do powiedzenia. Prokurator zrobił wszystko, co było w jego mocy.
Program naprawy dla Stoczni Gdańskiej
Jeszcze przed wyborami w 2005 r. zarówno przyszły prezydent Lech Kaczyński, jak i przyszły premier Jarosław Kaczyński powiedzieli, że zrobią wszystko, żeby Stocznię Gdańską, nie tylko jako symbol „Solidarności”, ale jako wspaniały zakład uratować i przywrócić do normalnej pracy. Z wielkim co prawda trudem, ale zaczęto tę obietnicę realizować.
Udało się wyzwolić Stocznię Gdańską z objęć stoczni gdyńskiej i usamodzielnić. Udało się również powołać na nowego prezesa pana Andrzeja Jaworskiego, młodego i rzutkiego człowieka. Okazało się, że Andrzej Jaworski przy wsparciu prezesa Pawła Brzezickiego z Agencji Rozwoju Przemysłu (ARP), czyli Ministerstwa Skarbu Państwa i bardzo silnym wsparciu Komisji Zakładowej „Solidarności” z przewodniczącym Romanem Gałęzowskim na czele, zaczął dźwigać stocznię mimo bardzo dużych trudności (Stocznia Gdynia już na początku wyprowadziła z niej dwa największe dźwigi „Kone”, a stocznia musi dziś płacić spółce „Synergia” za używanie własnej pochylni). Po raz pierwszy od lat udało się podpisać bardzo dobre kontrakty na budowę statku.
Tak więc ostra reakcja i mocne słowa stoczniowców na wydany werdykt są zupełnie zrozumiałe. Stoczniowcy przeżyli mnóstwo problemów. Robili wszystko, by tę kolebkę „Solidarności” postawić na nogi. Niestety, wcześniejsze rządy – począwszy od Mieczysława Rakowskiego – rzucały im ciężkie kłody pod nogi.
Z wielką przykrością konstatowaliśmy udział w niszczeniu Stoczni Gdańskiej niektórych działaczy „Solidarności” zakładowej Stoczni Gdynia. Niestety, dzisiaj ponownie, z niezrozumiałych względów, przeżywamy powtórkę tej sytuacji. Dzieje się to w czasie, gdy obecny prezes ARP Paweł Brzezicki, jak również Ministerstwo Skarbu Państwa robią wszystko, by uratować te dwie, ale jakże ważne dla naszej gospodarki stocznie.
Sytuacja Stoczni Gdynia
Na początku stycznia 2007 r. związkowcy ze stoczni gdyńskiej, a ściślej szef zakładowej „Solidarności” Dariusz Adamski, przystąpili do publicznego atakowania prezesa ARP i pośrednio rządu Jarosława Kaczyńskiego. Dariusz Adamski swą nagonkę zorganizował przy pomocy m.in „Gazety Wyborczej” i „Rzeczpospolitej”.
By odpowiedzieć na pytanie, dlaczego w taki sposób reagują działacze Komisji Zakładowej „Solidarności” Stoczni Gdynia – przypatrzmy się analizie sporządzonej przez Biuro Analiz i Monitoringu Korporacji Polskie Stocznie SA. Analiza wykazuje jednoznacznie, jak poprzednie rządy i zarządy stoczni prowadziły działania na szkodę Stoczni Gdyńskiej i do jakiego stanu doprowadziły przez ostatnie lata to przedsiębiorstwo.
W 2004 roku wyniki finansowe stoczni wykazały stratę 77 mln 095 tys. złotych. W roku 2005 strata wynosiła już 114 mln 421 tys. złotych. A w roku 2006 strata wyniosła aż 275 mln 160 tys. złotych.
W roku 2006 Stocznia Gdynia SA zrealizowała ujemne saldo na każdym z poziomów działalności. W wyniku przewagi kosztów działalności operacyjnej nad przychodami ze sprzedaży stocznia osiągnęła stratę na sprzedaży w wysokości 159 mln 962 tys. zł, czyli o 42 proc. wyższą niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Na skutek ujemnego salda pozostałych przychodów i kosztów operacyjnych na poziomie -63 mln 434 tys. zł oraz ujemnego salda przychodów i kosztów finansowych w wysokości -51 mln 766 tys. zł, strata na działalności gospodarczej powiększyła się na koniec roku do poziomu 275 mln 160 tys. złotych. Oznacza to przekroczenie planowanej wielkości straty netto o 29 procent.
Ogółem zobowiązania publicznoprawne stoczni na koniec roku wyniosły 324 mln 860 tys. zł i zwiększyły się w stosunku do stanu na rok 2005 o 66 procent.
W Stoczni Gdynia SA na koniec roku, pomimo otrzymania dopłat do statków w wysokości 39 mln 466 tys. zł (w roku 2005 stocznia otrzymała dopłaty w wysokości 15 mln 570 tys. zł), wskaźniki rentowności pozostają głęboko ujemne i z każdym kolejnym miesiącem były gorsze. Wskaźnik rentowności operacyjnej pogorszył się z 0,5 proc. na koniec ubiegłego roku do 17,8 proc. obecnie, a wskaźnik rentowności netto osiągnął już poziom 22 procent.
Poziom zadłużenia aktywów wzrósł w grudniu 2006 r. do poziomu 150 proc. i zwiększył się względem analogicznego okresu ubiegłego roku o 34 procent.
Mówiąc o realizacji budowy statków, należy zauważyć, że opóźnienia realizacji kontraktów pogłębiają się, co spowodowane jest zarówno brakiem mocy produkcyjnych, jak i niewystarczającą płynnością finansową.
Brak realizacji zakładanego programu produkcyjnego skutkować będzie pogorszeniem wyniku finansowego w rezultacie:
– nieosiągnięcia zakładanego poziomu przychodów przy koniecznym do utrzymania poziomie kosztów stałych;
– konieczności poniesienia kar umownych wynikających zarówno z produkcji zrealizowanej („odwieszenie” kar warunkowych), produkcji bieżącej, jak i całego portfela zamówień (zakłócenie cyklu technologicznego).
Podsumowując, muszę publicznie zapytać pana Dariusza Adamskiego, przewodniczącego zakładowej „Solidarności”, dlaczego dziwnym zbiegiem okoliczności siedział cicho i nie atakował poprzedników mianowanych przez SLD, którzy akceptowali przyspieszone niszczenie stoczni gdyńskiej? Dlaczego nie interweniował, gdy Korporacja, a więc pan Szlanta i kompania wchodzili w bezprawne posiadanie stoczniowych akcji? Dlaczego nie interweniował, gdy ta sama grupa przejęła Stocznię Gdańską? Dlaczego nie interweniował, gdy zarząd – pan Adamski jest przecież członkiem rady nadzorczej – podpisywał niekorzystne umowy z izraelskim armatorem Ray Car Carriers Ltd. – z których jednoznacznie wynikało, że stocznia będzie do nich grubo dopłacać? Dlaczego nie protestował, gdy zabrano bezprawnie ze Stoczni Gdańskiej do Stoczni Gdynia dwa największe dźwigi „Kone”?
Czy nie jest więc tak, że teraz próbuje się odwrócić kota ogonem, czyli zatuszować własne błędy? Bo przecież za ten stan rzeczy nie jest odpowiedzialny obecny prezes ARP Paweł Brzezicki, nie jest odpowiedzialny obecny minister Skarbu Państwa Wojciech Jasiński i nie jest odpowiedzialny rząd Jarosława Kaczyńskiego, ale na pewno odpowiedzialni są: mianowane przez SLD zarządy Stoczni Gdynia i rady nadzorcze, w którym to gremium pan Adamski od lat jest sekretarzem. To one ponoszą całkowitą odpowiedzialność za doprowadzenie stoczni do takiego stanu. Tą sprawą niewątpliwie powinien zainteresować się prokurator. Tego nie można pozostawić bezkarnie.
Myślę, że zarówno załodze Stoczni Gdynia, jak i Stoczni Gdańskiej należą się odpowiedzi na te pytania!
Jak wyjść z tej sytuacji?
Jeśli chodzi o Stocznię Gdańską, to niewątpliwie Centralne Biuro Antykorupcyjne i ponownie prokuratura powinny zbadać przeprowadzone transakcje sprzedaży zakładu. Stocznia powinna stać się właścicielem m.in. „własnej” pochylni.
Natomiast w przypadku Stoczni Gdynia należałoby dokonać natychmiastowej wymiany zarówno zarządu, jak i rady nadzorczej, niezwłocznie rozpocząć renegocjacje zawartych kontraktów na budowę statków, rozpocząć rokowania z wierzycielami, czyli restrukturyzację – refinansowanie zobowiązań finansowych, a następnie zaoferować sprzedaż akcji stoczni w otwartym przetargu.
