Dekomunizacja po polsku

Jan Maria Jackowski

Niedawno w Telewizji Polskiej, w cyklu „Errata do biografii”, został wyemitowany wstrząsający film o Andrzeju Szczypiorskim (1924-2000). Ten pisarz osiągnął sukces jako partyjny intelektualista w czasach PRL, a po jej upadku jako uznany opozycjonista był szczególnie lansowany przez środowisko „Gazety Wyborczej”, któremu służył w roli dyżurnego pogromcy „ciemnogrodu”. Z filmu Grzegorza Brauna telewidzowie dowiedzieli się o dotąd prawie nieznanym obliczu nieżyjącego już literata, kreowanego na „wielkiego pisarza-moralistę” przez różowy salon, który ciągle ma ogromne wpływy i chce nadal utrzymać w Polsce „rząd dusz”. Z dokumentów zgromadzonych w IPN dobitnie wynika, że Andrzej Szczypiorski swoją karierę zawdzięczał bezpiece, z którą przez lata współpracował i składał donosy nawet na własnego ojca. Puentę dopisało życie: w późniejszym okresie to syn pisarza, Adam, kontynuując rodzinną tradycję, też współpracował z SB i donosił na własnego ojca – donosiciela…

Jest to ponura i bolesna historia ilustrująca meandry i istotę demonicznego zła komunistycznego reżimu. Dla osób znających książkę Michała Grockiego „Konfidenci są wśród nas” z 1992 roku, film telewizyjny zapewne nie był zaskoczeniem. W tej publikacji jej autor pisał o „słynnym pisarzu”, „głosicielu prawd moralnych”, zarzucając mu współpracę z Ministerstwem Bezpieczeństwa Publicznego, a następnie SB, malwersacje finansowe na placówce dyplomatycznej w Danii. Tyle że dostęp do tej wiedzy był reglamentowany, bo książka była przemilczana i rozeszła się w niewielkim nakładzie. Co charakterystyczne, czujni redaktorzy „Gazety Wyborczej”, którzy zazwyczaj z tak ogromną uwagą śledzą, co się w Polsce ukazuje, udawali, że fakty ujawnione przez Grockiego nie istnieją i do końca kreowali Szczypiorskiego na „wybitny autorytet moralny”.

Takich ciemnych stron w życiorysach wielu osób do niedawna albo nadal aktywnych w życiu publicznym jest sporo. Chodzi nie tylko o jawną czy niejawną pracę lub współpracę z peerelowskim aparatem represji, ale także o uwiarygodnienie reżimu komunistycznego i nadawanie PRL pozoru normalnego państwa oraz zakłamywanie rzeczywistości. Ten rodzaj kolaboracji, który eufeministycznie bywa określany mianem „ukąszenia Heglem” czy „uwikłaniem w PRL”, dotyczył przedstawicieli aparatu partyjnego i administracyjnego, władz oświatowych, ludzi gospodarki, sędziów, prokuratorów, przedstawicieli koncesjonowanych środowisk społecznych i wcale licznych ludzi nauki, kultury i sztuki, ludzi mediów i wielu innych środowisk społecznych oraz zawodowych.


Laboratorium kolaboracji


W przypadku środowisk opiniotwórczych – które dla propagandowego autoryzowania władzy komunistycznej miały szczególne znaczenie – swoiste laboratorium kolaboracji zainstalowano we Lwowie. Działalność organizowanej z perfidną premedytacją przez Sowietów V kolumny miała miejsce w mieście, które odegrało szczególną rolę w naszych dziejach (słynąc jako Leopolis semper fidelis) niemal natychmiast po zajęciu go przez Armię Czerwoną we wrześniu 1939 roku na mocy zdradzieckiego paktu Ribbentrop – Mołotow. Jesienią 1939 roku została sprowadzona do Lwowa grupa polskich komunistów. W ogromnej większości ludzie ci włączyli się aktywnie do polityki sowieckiego okupanta, podjęli pracę w aparacie przemocy i propagandy, stali się nadzorcami życia polskiego w okupowanym mieście. Dla niektórych późniejszych luminarzy peerelowskiej kultury i nauki współpraca z tajnymi sowieckimi służbami oraz kolaboracja z sowieckim okupantem były gwarantem ich sukcesów i nagrodą za wierność. Tak naprawdę oznaczały zdradę na rzecz nieprzyjaciela, który nie wyzwolił naszego kraju, ale go podbił, a następnie przez dziesiątki lat okupował.

Kolaboracją z Sowietami zajmowali się zresztą nie tylko komuniści. „Zgodnie z linią polityczną – pisał w swoich wspomnieniach „Jestem z lwowskiego etapu” Kazimierz Żygulski – zainicjowaną w latach trzydziestych przez Stalina szczególna rola przypadła związkom twórczym łączącym ludzi kultury, przede wszystkim Związkowi Literatów. To właśnie pisarze polscy, którzy zdecydowali się na polityczną współpracę z okupantem, mieli do odegrania szczególną rolę. Jako „inżynierowie dusz ludzkich” mieli pozyskać Polaków, przede wszystkim bardzo liczną we Lwowie inteligencję, do współpracy z nowym systemem. W sumie w ciągu dwudziestu dwu miesięcy radzieckiej okupacji Lwowa po raz pierwszy na ziemiach polskich wprowadzono zbiór reguł postępowania, który później, zwłaszcza w sferze kultury, nazwany został stalinizmem. W 1944 roku przenieśli go – w zmienionych historycznie okolicznościach – do Lublina i Warszawy ci sami ludzie, którzy na moich oczach tworzyli ten system w okupowanym Lwowie w latach 1939-1941″.

W ten sposób Lwów – w którym okupanci sowieccy (1939-1941 i po 1944 r.) na przemian z niemieckimi (1941-1944) podsycali antagonizmy polsko-ukraińskie – stał się poligonem doświadczalnym totalitarnej władzy, która posługiwała się szantażem, a promowała uległość, służalczość, donosicielstwo, lansowanie „słusznej ideologicznie” miernoty. Stosowała zasadę kija i marchewki: piewców narzuconego siłą systemu sowicie wynagradzała, a krytyków surowo karała więzieniem, zsyłkami i śmiercią. Jerzy Putrament pisał o tamtym okresie swojego życia we Lwowie: „Ambicją moją jest zasłużyć w całej pełni na zaszczytny tytuł pisarza radzieckiego”. To pragnienie „zasłużenia” było rzeczywiście olbrzymie, skoro nie zostało ostudzone nawet przez wywózkę całej rodziny pisarza w głąb ZSRS. Stanisław Jerzy Lec nie protestował przeciwko delegacji mającej wręczyć Stalinowi petycję z postulatem włączenia połowy Polski do ZSRS. Na łamach „Czerwonego Sztandaru” w grudniu 1939 roku uznał Józefa Wissarionowicza Stalina za ojczyznę „co to od Kamczatki po szynach pędzi aż po San, którą jak mleka pełny dzban podają dzieciom czułe matki”.

O tym, jak obcy i narzucony siłą sowieckich bagnetów system miał wyglądać w praktyce, mogli się przekonać Polacy nazajutrz po tym, jak 3 stycznia 1944 roku oddziały I Frontu Ukraińskiego Armii Czerwonej przekroczyły koło Sarn granicę polsko-sowiecką z 1939 roku. Władze sowieckie z właściwą sobie butą nie poinformowały o tym fakcie legalnie działającego rządu RP w Londynie. Zaczęły wprowadzać własne porządki i prawa. Po kilku miesiącach powołały własną satelicką administrację pod nazwą Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego. Polska wkroczyła w kolejny, bardzo trudny etap swych burzliwych dziejów, który był konsekwencją zawieranych w latach 1943-1945 teherańsko-jałtańsko-poczdamskich układów między wielkimi mocarstwami. Następowała bezwzględna sowietyzacja Polski. Więzienia i obozy pracy były wypełniane akowskimi bohaterami niedawnej walki o wolność i ludźmi, których arbitralnie uznano za „wrogów klasowych”. Polityczne mordy, tortury, wszechobecna bezpieka były stałymi elementami zmasowanego terroru. W dzień i w nocy każdy mógł spodziewać się śmierci, aresztowania, osądzenia za „zdradę”, „spisek”, ukrywanie pochodzenia, praktykowanie wiary, posiadanie majątku, niewłaściwe poglądy, rodzinę za granicą. Tak wygląda realizacja ponurego hasła: „Dajcie człowieka, a paragraf się znajdzie”. Posługując się terrorem, huraganową indoktrynacją i propagandą, partia komunistyczna ujednolica wszelkie przejawy życia do „jedynie słusznych” sowieckich wzorców. Polska w okresie stalinowskim przypominała sowiecką republikę i nie bez przesady nazywana była „17. republiką”, a narodowa spuścizna i tradycja mogące zagrozić rewolucji komunistycznej były bezwzględnie tępione.

Przez cały okres swego istnienia Polska Ludowa była całkowicie kontrolowana przez Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą, która choć mieniła się „przewodnią siłą narodu” i działała w imieniu „ludu pracującego miast i wsi”, wcale nie działała w interesie i na rzecz ludzi pracy. Kastowy i hierarchiczny system PRL oparty był na głębokiej dyskryminacji ekonomicznej, politycznej, społecznej ludzi bezpartyjnych, którzy byli „obywatelami II kategorii”. Byli „równi” i „równiejsi”, a czerwona legitymacja PZPR dawała liczne profity i przepustkę do lepszego materialnie życia. I niektóre przywileje, na przykład specjalne emerytury, przetrwały okres transformacji. Co charakterystyczne – bo faktycznie były różne podokresy PRL (stalinizm, gomułkowszczyzna, gierkizm, epoka Jaruzelskiego) – cechy immanentnie związane z totalitarnym reżimem były stałe, zmieniała się natomiast forma kontroli i represji z „bardzo twardej” w stronę „bardziej miękkiej”, choć prześladowania dekady stanu wojennego w wielu przypadkach przypominały okres stalinowski.

Przez cały czas trwania PRL było ono satelickim państewkiem ZSRS całkowicie podporządkowanym „imperium zła”. Znamienne, że to uzależnienie od Moskwy formalnie do peerelowskiej konstytucji zostało wprowadzone już w czasach nieźle wspominanego przez wielu Polaków „socjalizmu z ludzką twarzą” Gierka, a nie za stalinowca Bieruta. 10 lutego 1976 roku Sejm PRL przegłosował, że Polska jest państwem socjalistycznym (w miejsce dotychczasowego określenia – państwo demokracji ludowej), a PZPR – przewodnią siłą społeczeństwa w budowie socjalizmu, PRL zaś w swej polityce umacnia przyjaźń i współpracę ze Związkiem Socjalistycznych Republik Radzieckich i innymi państwami socjalistycznymi.


Dekomunizacja a lustracja


Świadoma kolaboracja, niekiedy mylnie określana mianem „kompromisu” czy poszukiwaniem „mniejszego zła”, była udziałem wielu, którzy w czasach PRL pełnili rolę „inżynierów dusz”, a następnie stawali się „autorytetami moralnymi”. Dla środowisk, które pozycję swoich luminarzy budują na „zmowie milczenia” i „grubej kresce”, ujawnianie ukrywanej przez lata prawdy jest „przejawem działalności szwadronów lustracyjnych”, „szargania pamięci ludzi zasłużonych” czy „niszczenia wizerunku III RP”. Tymczasem przywracanie normalności postępuje z oporem i jak dotąd – mimo wielu wysiłków zwolenników ujawniania prawdy o przeszłości – obiektywnie należy stwierdzić, że ciągle jesteśmy na początku tego procesu, a to za przyczyną dominującej dotąd w naszym życiu publicznym michnikowszczyzny, czyli ideologii realnego postkomunizmu. Należy zwrócić uwagę, że upadek komunizmu miał miejsce w wyniku świadomych decyzji i działań służb specjalnych, stanowiących główny instrument totalitarnej władzy. Dlatego w sposób naturalny ludzie dawnej elity władzy, związani ze służbami, wzięli udział w budowie nowego ustroju i odcisnęli swoje piętno na funkcjonowaniu III RP. Okrągły Stół, czyli akt założycielski III RP, w swojej filozofii sankcjonował powszechną amnezję, „grubą kreskę” i ochronę interesów postkomunistów.

Doświadczenia po 1989 roku wskazują, że jakość struktur wolnego państwa jest w istotny sposób uzależniona od sposobu rozliczenia się z totalitarną przeszłością. Tymczasem rok 1989 nie stał się cezurą, która dogłębnie oceniała i zamykała miniony okres. Nie nastąpiło zadośćuczynienie za wyrządzone krzywdy, nie dokonała się elementarna sprawiedliwość. Sprzeciw Polaków przeciwko totalitarnej władzy był bezprecedensowy na skalę całego bloku komunistycznego. Nasz kraj miał zatem szczególny tytuł, by być dla innych krajów „demokracji ludowej” liderem działań rozliczających komunistyczne dziedzictwo. Jednak tak się nie stało, a zaniechania, świadkami których jesteśmy w Polsce, są nie tylko przyczyną zjawisk patologicznych w życiu politycznym, społecznym i gospodarczym Rzeczypospolitej, ale powodują także zamęt ideowy, chaos aksjologiczny. I dziś nie dla każdego jest już jasne, kto jest katem, a kto ofiarą.

Dekomunizacja bywa często mylona z lustracją. Choć obie sprawy dotyczą pozostałości po komunistycznej przeszłości i jej konsekwencji dla teraźniejszości oraz są ze sobą nierozłącznie związane, to oznaczają co innego. Lustracja jest definiowana jako zbadanie przeszłości osób zajmujących funkcje publiczne oraz określone stanowiska w sferze politycznej, gospodarczej i społecznej celem ustalenia, czy były one funkcjonariuszami lub tajnymi współpracownikami komunistycznych służb specjalnych.

W konsekwencji fakt ten podaje się do wiadomości publicznej lub nie, w zależności od tego, czy dana osoba wycofa się z życia publicznego lub poda do dymisji. Zakaz sprawowania określonych funkcji przez byłych pracowników i współpracowników służb specjalnych nie dotyczy parlamentarzystów, ale ich mandat może być wygaszony, jeśli zataili prawdę w swoim oświadczeniu lustracyjnym, a tak zwane kłamstwo lustracyjne niezawisły sąd potwierdzi prawomocnym wyrokiem.

Dekomunizacja to zakaz sprawowania określonych funkcji publicznych i zajmowania określonych stanowisk w sferze politycznej, gospodarczej i społecznej przez funkcjonariuszy ustroju komunistycznego, a ściślej mówiąc, przez przedstawicieli nomenklatury partyjnej. Dekomunizacja to systemowe zerwanie z komunistyczną przeszłością. Oznacza rozliczenie polityczne, historyczne i prawne okresu PRL oraz ustawowy zakaz sprawowania funkcji publicznych przez wysokich funkcjonariuszy partii komunistycznej i jej aparatu przymusu. Dekomunizacja ma jednak także głębszą warstwę, dotyczy bowiem oceny moralnej przeszłości i rzetelnej oceny, czym była PRL i w jaki sposób jej aparat sprawował swe totalitarne rządy. Jednak wszelkie projekty ustaw oraz próby działania w tym kierunku wywołują ogromne spory i dyskusje.

Przeciwnicy dekomunizacji zarzucają ahistoryczne i aspołeczne myślenie, bo „takie były czasy” i trzeba było coś robić. Twierdzą, że dekomunizacja – to stosowanie odpowiedzialności zbiorowej, łamanie praw człowieka oraz rażąca sprzeczność z duchem europejskiej cywilizacji. Uznanie Służby Bezpieczeństwa za organizację przestępczą nie ma nic wspólnego z przypisywaniem komukolwiek kolektywnej winy. Funkcjonariuszem aparatu przymusu i represji zostawało się nie z powodu przymusu, pochodzenia społecznego czy koloru oczu, ale na mocy własnej, indywidualnej i świadomej decyzji. Każdy człowiek ponosi odpowiedzialność za swoje czyny, dlaczego esbecy mieliby być uprzywilejowani i uwolnieni od tej odpowiedzialności? Przeciwnicy dekomunizacji często podważają fakt, że PRL była krajem kadłubowej, koncesjonowanej państwowości. Twierdzą – wbrew faktom – że PRL nie była atrapą, tworem wasalnym całkowicie uzależnionym od ZSRS.

Tymczasem jest zupełnie odwrotnie. Wystarczy odrobina wiedzy historycznej, by zdać sobie sprawę, że PRL spełniała oczywiście niektóre funkcje państwa, ale atrybuty niezależności i suwerenności były pozorne i fasadowe. Były redaktor naczelny „Trybuny” Wiesław Dębski, broniąc tezy o samodzielności PRL, napisał przekornie na łamach „Rzeczpospolitej”: „To nie była republika radziecka, lecz państwo-członek ONZ, w którym funkcjonowały ambasady obcych państw”. Formalnie tak, ale co z tego? Przypomnijmy, że w PRL nie było wolności religijnej, wolności słowa i zgromadzeń, przestrzegania praw człowieka, władzy pochodzącej z demokratycznych wyborów, własnej polityki zagranicznej, armii podległej autonomicznym ośrodkom krajowym i wielu innych atrybutów niepodległego państwa. To, że Służba Bezpieczeństwa oprócz rozpracowywania oraz prześladowania opozycji i Kościoła zwalczała też przestępczość zorganizowaną, a PKP nie tylko miały być ważnym elementem logistycznym inwazji na Europę Zachodnią, ale woziły też ludzi i towary, nie oznacza, że było to normalne państwo. Ocena peerelowskiej rzeczywistości nie polega na odrzuceniu wszystkiego, co się wówczas działo, ale chodzi o odcedzenie dobra od zła i nieobarczanie wolnej Rzeczypospolitej dziedzictwem, które nadal obciąża Polskę.


Model niemiecki i czeski


Nierozliczenie tej przeszłości to milcząca zgoda na to, że sprawiedliwość i prawda, które stanowią fundament naszej cywilizacji, stają się pustymi sloganami. Dlatego przykład denazyfikacji Niemiec po II wojnie światowej, a w czasach nam bliższych dekomunizacja dokonana w Niemczech, mogą stanowić przykład postępowania w sytuacji odchodzenia od totalitarnego systemu, który nie tylko zniewalał, ale także zabijał i niszczył. Co więcej, ostatnio nawet nad Renem, na co zwracał uwagę Robert Krasowski na łamach „Rzeczpospolitej”, ubolewa się, że Republika Federalna wyraźniej nie potępiła Stasi jako organizacji zbrodniczej, tym bardziej że dawni funkcjonariusze enerdowskich służb bezpieczeństwa ostatnio odzyskali animusz, organizują spotkania, publikują książki i zakładają stowarzyszenia o ładnie brzmiących nazwach, oczywiście powołując się na prawa obywatelskie, prawa człowieka i zasady praworządnego państwa. Wywołuje to oburzenie opinii publicznej, coraz bardziej zaniepokojonej, że zaciera się pamięć o tym, czym w istocie był komunistyczny reżim.

To wszystko się dzieje pomimo tego, konkluduje Krasowski, że w Niemczech środkami prawnymi i politycznymi dokonano dekomunizacji i lustracji w stopniu, o jakim w Polsce nawet nie myślano. Po 1990 roku nie było tam miejsca dla byłych sekretarzy partii i byłych oficerów służb bezpieczeństwa wśród elit politycznych. Już w traktacie zjednoczeniowym przewidziano możliwość zwolnienia oficerów i współpracowników Ministerstwa Bezpieczeństwa oraz funkcjonariuszy partyjnych z administracji państwowej. Sprawdzeniu poddano całą służbę cywilną, łącznie z uniwersytetami i szkolnictwem. I mimo że po piętnastu latach proces ten wydawał się prawie zakończony, w grudniu ubiegłego roku okres obowiązywania prawa umożliwiającego dostęp do akt oraz wyznaczającego zasady sprawdzania urzędników i pracowników przedłużono o dalsze pięć lat. Funkcjonariuszom SED i służby wysokiego szczebla odebrano przywileje emerytalne. Oczywiście nikt w Europie nie pisał wówczas, że chodzi o maccartyzm i polowanie na czarownice. Wręcz przeciwnie – takie działania uznano za oczywiste.

U innego naszego sąsiada – w Czechach – ustawa została przyjęta 4 października 1991 roku. Uchwalona początkowo na okres pięciu lat została następnie przedłużona na następne pięć lat. Objęła zarówno funkcjonariuszy i współpracowników tajnych służb, jak i przedstawicieli komunistycznej nomenklatury, a więc wprowadziła dekomunizację. Osoby, które w okresie od 25 lutego 1948 roku do 17 listopada 1989 roku były: sekretarzami partii komunistycznej od poziomu komitetu powiatowego lub jemu równego wzwyż, członkami biur tych komitetów, członkami Komitetu Centralnego lub biura kierującego pracą partyjną na terytorium Czech (z pewnymi wyjątkami), nie mogą zajmować funkcji pochodzących z wyboru, mianowania lub z ustawy w organach kierowniczych państwa, armii (funkcje odpowiadające stopniowi pułkownika, generała i attaché wojskowego), w policji, w służbach specjalnych, w kancelariach: prezydenta, parlamentu, rady ministrów, Sądu Konstytucyjnego i Sądu Najwyższego, w Prezydium Akademii Nauk, w radiu, telewizji i agencji telegraficznej, funkcji kierowniczych w przedsiębiorstwach i organizacjach państwowych (chodzi m.in. o funkcje akademickie pochodzące z wyboru i zatwierdzane przez senat uczelni), spółkach akcyjnych, w których głównym akcjonariuszem jest państwo, w centralach handlu zagranicznego, na kolei państwowej, w państwowych funduszach i organizacjach finansowych, w Banku Narodowym.

Żadna z tych osób nie może być także sędzią, ławnikiem, prokuratorem, śledczym w prokuraturze, notariuszem i arbitrem państwowym lub kandydatem na te stanowiska. Obywatel ubiegający się o daną funkcję lub urząd składa deklarację, którą sprawdza specjalna komisja MSW. Musi ona zdecydować w ciągu 60 dni, czy obywatel należał do jednej z kategorii objętych ograniczeniami. Jeśli okaże się, że tak, ale był represjonowany i został zrehabilitowany zgodnie z ustawą numer 119 z 1990 roku o rehabilitacji sądowej, wówczas nie podlega ograniczeniom. Paragraf ten jest odpowiedzią na zarzuty, jakoby dekomunizacja oznaczała, że ludzie zasłużeni dla walki z komunizmem, którzy poprzednio sami go budowali, musieli zostać automatycznie wykluczeni z życia politycznego.

Tymczasem w Polsce ideolodzy realnego postkomunizmu uprawiają sofistykę i semantyczną ekwilibrystykę. Szachują opinię publiczną, twierdząc, że każdy, kto w czasach PRL pił wodę z kranu, kolaborował z systemem, a dekomunizacja oznacza „odwet” i „polowanie na czarownice” oraz na przykład konieczność rozbiórki Centralnej Magistrali Kolejowej łączącej Warszawę ze Śląskiem, którą wybudowano w czasach gierkowskich. Zazwyczaj zwolennicy tej szkoły myślenia lubią podkreślać osiągnięcia PRL, pomijając przy tym milczeniem fakt zwiększającego się wówczas zacofania cywilizacyjnego i technologicznego w stosunku do Europy Zachodniej. Bazują na „poczuciu bezpieczeństwa” i „sentymencie za państwem opiekuńczym”, z tak zwaną bezpłatną służbą zdrowia, wczasami, pełnym zatrudnieniem i zasadą: „Czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się należy”. Przywołują nostalgię za epoką gomułkowskiej „małej stabilizacji” oraz gierkowskim modelem dobrobytu z M3, maluchem i kolorowym telewizorem oraz pomarańczami i od czasu do czasu Coca Colą, negując lub mistyfikując faktyczny obraz tego, czym była Polska Rzeczpospolita Ludowa.

Z dziejów dekomunizacji w III RP

W roku 1992 w programie Szczepana Żaryna emitowanym w Telewizji Polskiej „Dekomunizacja po polsku” senator Ryszard Bender określił Jerzego Urbana mianem „Goebbelsa stanu wojennego”. Znany z cynizmu i prowokacyjnych działań rzecznik rządu z czasów Jaruzelskiego poczuł się owym porównaniem obrażony i złożył pozew sądowy. Zaczął się jeden z najdłuższych seriali sądowych w III RP. Różne instancje badały po kilka razy sprawę przez trzynaście lat i wydawały wyroki korzystne raz dla jednej, raz dla drugiej strony. Wreszcie w 2005 roku, po czterech podejściach, Sąd Najwyższy wydał ostateczne postanowienie utrzymujące wyrok Sądu Apelacyjnego w Lublinie z października 2004 roku. Wtedy to stwierdzono, że Bender miał prawo porównywać Urbana do Goebbelsa w zakresie stylu uprawianej propagandy.

Cała ta sprawa obrazowo oddaje problem dekomunizacji w Polsce i stan państwa. Po osiemnastu latach od Okrągłego Stołu nadal w naszym kraju nie doszło do rozliczenia się z przeszłością, choć takie próby były podejmowane, a dekomunizacja i lustracja znalazły się w programach wyborczych kilku partii, które na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat rządziły w Polsce. I nadal nie wiadomo, kto zniewalał Polskę, kto zdradził, kto odpowiada za wymordowanie tysięcy patriotów, za uwięzienie dziesiątek tysięcy, za terror, za deptanie praw człowieka, spustoszenia cywilizacyjne, rujnowanie gospodarki, za beznadziejną, upokarzającą egzystencję kilku pokoleń Polaków, za polityczne zabójstwa, za cenzurowanie polskiej kultury, za prześladowanie Kościoła, za upodlenie Narodu, za życie w kłamstwie.

Przyczyn jest wiele. Lecz jedna zasadnicza – stanowcze działania ponadpartyjnego lobby antylustracyjnego wzmocnionego kontraktem Okrągłego Stołu i współpracą „oświeconych elit” z kręgu „liberałów partyjnych” (byłej PZPR) i tak zwanej lewicy solidarnościowej (nierzadko też byłej PZPR, a następnie ROAD, UD, UW), zwolenników „grubej kreski”. Poza tym część przywództwa „Solidarności”, tzw. ugodowa, zdecydowała się na usankcjonowanie bezkarności komunistów, uwłaszczenie nomenklatury i zagwarantowanie jej uprzywilejowanej pozycji w życiu politycznym i gospodarczym. W ten sposób powstające inicjatywy legislacyjne były neutralizowane i został utracony najlepszy okres do przeprowadzenia tego procesu zaraz po 1989 roku.

Poza tym w mediach (w których cały czas wpływy zachowali ludzie bezpośrednio lub rodzinnie związani z obozem komunistycznym, nierzadko o rodowodzie stalinowskim) programowo dezawuowano i ośmieszano ideę dekomunizacji. Symptomatyczna była działalność publicystyczna Lesława Maleszki, przez lata wpływowego redaktora i autora tekstów na łamach „Gazety Wyborczej”, znanego przeciwnika lustracji i dekomunizacji. Okazał się on wyjątkowo gorliwym donosicielem SB sugerującym bezpiece przyjęcie ostrzejszej polityki względem działaczy opozycji. I choć po skandalu związanym z jego zdemaskowaniem w listopadzie 2001 roku został wycofany z pierwszej linii, to nadal pracuje w „GW”. Nośne było hasło „wybierzmy przyszłość” (A. Kwaśniewski), mówiono o konieczności narodowego pojednania i przebaczenia (ale jednostronnego, bo odpowiedzialni za PRL wcale nie uważali się za winnych czegokolwiek), o tym, że „wszyscy są współwinni za PRL” (teza A. Michnika i A. Szczypiorskiego). Zachwycano się polskim modelem „bezkrwawej rewolucji” i faktem, że odpowiedzialni za zbrodnie komunistyczne gen. W. Jaruzelski i gen. Cz. Kiszczak zainicjowali tak zwane pokojowe przemiany 1989 roku. Nierzadko lansowano jako czołowych dekomunizatorów osoby, które uprawiały operetkowy antykomunizm i swoimi publicznymi wypowiedziami i wystąpieniami kompromitowały ideę dekomunizacji. Wpajano przekonanie, że dekomunizacja oznacza chęć odwetu i jest synonimem nieudacznictwa; jest elementem walki politycznej i lepiej „zajmijmy się gospodarką i realnymi problemami”.

Mimo tej gigantycznej kampanii antydekomunizacyjnej i antylustracyjnej pojawiały się konkretne inicjatywy legislacyjne. Warto wspomnieć o kilku z nich. Pierwsza, historyczna debata dekomunizacyjna odbyła się podczas I kadencji Sejmu RP 31 stycznia 1992 roku nad projektem ustawy o restytucji niepodległości, jaki złożył Klub Parlamentarny Konfederacji Polski Niepodległej. Rozdziały 5 i 6 zajmowały się kwestią dekomunizacji. Projekt został odrzucony, co znamienne, również głosami przedstawicieli partii nawiązującej do tradycji narodowej i chrześcijańskiej, mającej w swoim programie dekomunizację. W Senacie II kadencji, 28 lipca 1992 roku, a więc tuż po obaleniu rządu Jana Olszewskiego, trwały prace nad projektem ustawy przygotowanym przez grupę senatorów (w tym sen. Piotra Ł. Andrzejewskiego) o warunkach wstępnych zajmowania niektórych stanowisk w Rzeczypospolitej Polskiej. W uzasadnieniu projektu podkreślano, że chodzi o poczucie sprawiedliwości i troskę o bezpieczny rozwój demokracji w Polsce. Jego intencją było, aby nie dopuścić do stanowisk kierowniczych w państwie ludzi, którzy kreowali struktury państwa totalitarnego.

W myśl proponowanych rozwiązań ludzie z nomenklaturową przeszłością tracili jedynie okresowo prawo do sprawowania najważniejszych urzędów. Za to, że w przeszłości współuczestniczyli w kreowaniu antydemokratycznego modelu państwa, mieli ponieść jedynie odpowiedzialność polityczną. Po dramatycznej całodniowej debacie projekt został przyjęty przez Senat minimalną większością, przy 41 głosach za, 38 głosach przeciwnych i 2 głosach wstrzymujących się. Następnie trafił do Sejmu, ale tam nie zakończono nad nim prac legislacyjnych, gdyż parlament został rozwiązany, a wybory we wrześniu 1993 roku wygrali postkomuniści, którzy przejęli rządy w Polsce.

Po raz kolejny Sejm zajmował się ustawą dekomunizacyjną przygotowaną przez posłów AWS 22 października 1999 roku. W tym projekcie proponowano, aby peerelowscy działacze wysokiego szczebla nie mogli przez 10 lat zajmować wysokich stanowisk w państwie. Notable ci zostali w ustawie wymienieni, chodziło głównie o sekretarzy partii wszystkich szczebli, szefów administracji PRL, poczynając od wojewodów, prezesów NIK, Sądu Najwyższego, a także esbeków, kadrę dowódczą wojska. Zakaz sprawowania kierowniczych stanowisk przez 5 lat miał dotyczyć: etatowych pracowników politycznych PZPR, rektorów wyższych uczelni partyjnych, naczelnych redaktorów kilku partyjnych czasopism, szefów telewizji, radia i agencji informacyjnych. Sankcje nie obejmowałyby kandydowania do parlamentu czy ubiegania się o urząd prezydenta. Tak naprawdę chodziło więc nie tyle o karanie, co publiczne potwierdzenie, ważne zwłaszcza dla ludzi młodych, że system komunistyczny jest odpowiedzialny za niszczenie Narodu i całkowite podporządkowanie państwa i gospodarki interesom Moskwy. Projekt ustawy został odrzucony głosami nie tylko SLD oraz PSL, co było oczywiste, ale posłów Unii Wolności i Aleksandra Halla, członka Klubu Parlamentarnego AWS ze Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego, uważanego za forpocztę unijną. Nie wzięło ponadto udziału w głosowaniu lub wstrzymało się od głosu ponad 20 posłów AWS, z ówczesnym premierem i marszałkiem na czele. To głosowanie już wówczas wywołało komentarze o dryfowaniu AWS, które, jak wiadomo, skończyło się klęską wyborczą tej formacji w wyborach parlamentarnych 2001 roku.

W Sejmie IV kadencji (2001-

-2005), w czasach rządów Leszka Millera i Marka Belki oczywiste było, że ustawa dekomunizacyjna nie ma szans. Liga Polskich Rodzin złożyła jednak jako demonstrację projekt ustawy dekomunizacyjnej, który nie został w Sejmie poddany nawet pierwszemu czytaniu. Dekomunizacja – według założeń LPR – to pozbawienie prawa pełnienia funkcji publicznych przez osoby, które od 21 lipca 1944 roku do 1 lipca 1989 roku, „w czasie komunistycznej dyktatury”, „sprzeniewierzyły się interesom Narodu Polskiego”.

W projekcie chodziło m.in. o osoby zajmujące stanowiska w Polskiej Partii Robotniczej i Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, w aparacie partyjnym, szkołach partyjnych oraz redakcjach i wydawnictwach partyjnych. 10 lat dekomunizacji objęłoby m.in. pierwszego sekretarza i członków Komitetu Centralnego, członków i zastępców Biura Politycznego, pierwszych sekretarzy komitetów wojewódzkich, powiatowych, miejsko-gminnych, miejskich i dzielnicowych, członków komisji rewizyjnych. 5 lat dekomunizacji dotyczyłoby rektorów i wykładowców Wyższej Szkoły Nauk Społecznych, Instytutu Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu oraz Akademii Nauk Społecznych, jak również redaktorów naczelnych m.in. „Głosu Ludu” czy „Trybuny Ludu”.

Dziesięcioletniej dekomunizacji – zgodnie z propozycją LPR – podlegaliby też przewodniczący, jego zastępcy oraz członkowie Rady Państwa, prezesi oraz wiceprezesi Rady Ministrów, ministrowie, wojewodowie, prezesi i wiceprezesi NIK, prokuratorzy generalni, zastępcy, prezesi Sądu Najwyższego. Zakaz piastowania funkcji publicznych na 10 lat objąłby też tych, którzy pracowali, służyli lub tajnie współpracowali z organami bezpieczeństwa; osoby, które zajmowały wysokie stanowiska w Ludowym Wojsku Polskim; na 5 lat – redaktorów naczelnych oraz członków zarządów w Polskim Radiu, polskiej telewizji oraz Polskiej Agencji Prasowej. W projekcie proponowano 12-osobową komisję, powoływaną zgodnie z propozycją Ligi przez rzecznika interesu publicznego, która w razie wątpliwości ustalałaby, czy osoba zajmowała dane stanowisko, oraz prowadziłaby archiwum.


Lustracja i deubekizacja w IV RP


Po wyborach parlamentarnych i prezydenckich 2005 roku zaistniała nowa sytuacja. Dekomunizacja – co było niewątpliwie wzmocnione przez reakcję na pełne afer 4-letnie rządy SLD – była jednym z głównych motywów kampanii. Kilka partii politycznych obiecywało wyborcom przeprowadzenie dekomunizacji i przecięcie patologicznych układów na styku polityki, mediów, gospodarki, służb specjalnych zakorzenionych jeszcze w peerelowskiej rzeczywistości. Obiecywano obywatelom między innymi ustawowe pozbawienie byłych funkcjonariuszy bezpieki i byłych członków aparatu PZPR przywilejów, rozliczenie afer i grabieży mienia publicznego, wnioski do Trybunału Stanu wobec winnych z najwyższego kręgu władzy.

Jesienią 2005 roku doszło do sytuacji, że po raz pierwszy od 1989 roku formacje antykomunistyczne uzyskały większość w Sejmie, a prezydentem został polityk, który w przeszłości opowiadał się za ustawą dekomunizacyjną i przez ostatnie kilkanaście lat niezmiennie akcentował swój antykomunizm. Wiele osób miało nadzieję, że po latach sporów, zaniechań, wykrętów i matactw wejdą wreszcie w życie regulacje prawne mające przeciwdziałać zamazywaniu prawdy o PRL i zacieraniu różnic między osobami pokrzywdzonymi a tymi, które były prześladowcami w czasach totalitarnego systemu.

Mijały miesiące, ale realizacja tych postulatów nie następowała. Co prawda już w listopadzie 2005 roku Liga Polskich Rodzin złożyła do marszałka Sejmu projekt ustawy o dekomunizacji życia publicznego bazujący na projekcie z poprzedniej kadencji, jednak do tej pory nie został on skierowany nawet do pierwszego czytania. Dochodziły sygnały, że w PiS nad projektem ustawy dekomunizacyjnej pracuje sen. Piotr Ł. Andrzejewski, współautor kilku projektów ustaw na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat i weteran rozliczenia okresu PRL oraz oczyszczenia życia publicznego z osób skompromitowanych aktywnym wspieraniem totalitarnego systemu. Jego oparta na projekcie Senatu z 1992 roku ustawa zakłada pozbawienie byłych aparatczyków PZPR i funkcjonariuszy struktur represji możliwości pełnienia stanowisk publicznych w administracji państwowej nawet przez 10 lat. Jednak kierownictwo PiS sceptycznie podchodziło do pomysłu dekomunizacji, choć taka idea nadal może liczyć na szerokie poparcie szeregowych członków tego klubu. Pojawiały się argumenty, że ustawa może postawić w niezręcznej sytuacji niektórych członków rządu Jarosława Kaczyńskiego z ramienia PiS, którzy w przeszłości pełnili funkcje w aparacie partyjnym i państwowym PRL i zapewne zostaliby objęci ustawą dekomunizacyjną, gdyby weszła ona w życie.

W październiku 2006 roku, po wielotygodniowych przepychankach w Sejmie, dzięki determinacji grupy młodych posłów z PiS, LPR i PO została uchwalona nowa ustawa lustracyjna. Wzbudziła ona ogromne emocje, gdyż bardzo szeroko otwierała dostęp do archiwów IPN. Wprowadzała powszechne prawo („każdy ma prawo”) ubiegania się o wydanie urzędowego potwierdzenia w przedmiocie istnienia w archiwach IPN dokumentów organów bezpieczeństwa państwa dotyczących własnej osoby oraz obowiązek przedłożenia takiego potwierdzenia przy ubieganiu się o pełnienie funkcji publicznych.

Treść tego potwierdzenia miała być uwzględniana przy ocenie kwalifikacji wymaganych w przypadku zajmowania funkcji publicznych. Każdy obywatel uzyskał prawo dostępu do informacji zawartych w informatycznej bazie zaświadczeń rejestru, a powszechny dostęp miał być zapewniony poprzez internet z wyjątkiem danych adresowych i numeru PESEL. Ustawa lawinowo poszerzyła krąg osób objętych lustracją z ok. 25 tys. do ok. 400 tys. Według październikowej regulacji, badane dotąd przez rzecznika interesu publicznego i Sąd Lustracyjny oświadczenia osób publicznych miały być zastąpione zaświadczeniami IPN o zawartości archiwów tajnych służb PRL, które dana osoba mogłaby zaskarżać w procedurze cywilnej. Ustawa nakładała też obowiązek opublikowania osobowych źródeł informacji (OZI) peerelowskich służb specjalnych.

Ustawa wywołała burzliwą dyskusję. W debacie publicznej podnoszono między innymi argument, że w świetle ustawy z października 2006 roku bardzo ważny członek rządu Jarosława Kaczyńskiego – wicepremier Zyta Gilowska, byłaby uznana za osobowe źródło informacji SB. Zwrócił na to uwagę w bezprecedensowym uzasadnieniu Sąd Lustracyjny, który, co prawda, oczyścił Zytę Gilowską z zarzutu rzecznika interesu publicznego, że skłamała w swoim oświadczeniu lustracyjnym, ale stwierdził też, co zastanawiające, iż nie ma jednoznacznych dowodów, z których by wynikało, czy była, czy nie, tajnym współpracownikiem SB. Fala krytyki, którą wywołała ustawa – zarówno w kręgach przeciwników lustracji, jak i osób deklarujących się jako jej zwolennicy, ale zarzucających lustracji nieprecyzyjność definicji i procedur oraz likwidację instytucji weryfikowanego przez rzecznika interesu publicznego i sąd oświadczenia lustracyjnego – skłoniła prezydenta Lecha Kaczyńskiego do zaproponowania nowelizacji ustawy lustracyjnej. Miała ona być tak szybko przeprowadzona przez parlament, aby ustawa październikowa (mająca obowiązywać od 1 marca 2007 r.) nie mogła wejść w życie.

W projekcie prezydenckim, określonym mianem „kompromisowego”, przywrócono oświadczenia lustracyjne, ale nastąpiło odejście od zasady jawności archiwów IPN. Dostępność teczek została ograniczona jedynie do wąskiego kręgu osób sprawujących najwyższe funkcje publiczne, co w ocenie przedstawiciela IPN „jest jedynie namiastką jawności potrzebnej w tym zakresie”. Funkcje publiczne podległe lustracji ustawa dzieli na dwie grupy. W pierwszej grupie, której teczki są jawne dla wszystkich, są: prezydent, parlamentarzyści, osoby pełniące najważniejsze funkcje w państwie, wójtowie, burmistrzowie, prezydenci miast, prezesi sądów, szefowie prokuratur, szefowie mediów. W drugiej kategorii osób – które mogą zastrzec powszechny dostęp do ich teczek – są pracownicy samorządów, IPN, sędziowie, prokuratorzy, adwokaci, radcy prawni, notariusze, naukowcy, szefowie państwowych spółek, dyrektorzy szkół, szefowie związków sportowych oraz dziennikarze. Możliwość korzystania z archiwów IPN została ograniczona do dziennikarzy i historyków. Pojawia się zatem możliwość reglamentowania wiedzy o przeszłości osób sprawujących funkcje publiczne i manipulowania informacjami o zasobie archiwalnym Instytutu Pamięci Narodowej. Ustawa wchodzi w życie 15 marca 2007 roku.

Nadal jednak Sejm nie zajmuje się ustawą dekomunizacyjną. Dopiero dramatyczna i bolesna dla ludzi dobrej woli nagonka na ks. abp. Stanisława Wielgusa skłoniła kierownictwo Prawa i Sprawiedliwości do zapowiedzenia ustawy, którą media określiły jako deubekizacyjną. Wśród polityków pojawiła się refleksja, że lustracja ujawnia ofiary tamtego systemu, ale nie wskazuje tych, którzy go tworzyli. Tym samym zostałby wytrącony przeciwnikom lustracji ich koronny argument, że poniżane i prześladowane są w gruncie rzeczy ofiary totalitarnego reżimu, podczas gdy ich oprawcy mają się świetnie, co miesiąc inkasując wielotysięczne emerytury. Funkcjonariusze aparatu terroru cieszą się wysokimi świadczeniami nie tylko za aktywne zwalczanie wszelkiej opozycji. Zabójcy ks. Jerzego Popiełuszki mają prawo do resortowych emerytur tak jak funkcjonariusze, którzy całe życie zawodowe przepracowali i nie siedzieli w więzieniu, co dobrze ilustruje stan patologii w tym zakresie. Jest to bodaj jedyny przypadek w cywilizowanym świecie, by na wysokość świadczenia emerytalnego wpływał pozytywnie fakt skazania za morderstwo ze szczególnym okrucieństwem.

Ustawa deubekizacyjna miałaby uznać UB i SB za organizacje przestępcze, a ich byli funkcjonariusze zostaliby pozbawieni niesłusznie zdobytych przywilejów. Esbecy ponosiliby także odpowiedzialność karną za zatajanie informacji o swojej służbie – w tym także o tajnych funkcjonariuszach – a ponadto podlegaliby karze za ukrywanie dokumentów SB. Jak wiadomo, podczas obecnie toczących się procesów lustracyjnych esbecy spokojnie kłamią, uniemożliwiając ujawnienie swoich dawnych agentów. Istotne jest jednak, że w ślad za trafną analizą pewnego problemu – bo niesprawiedliwie wysokie emerytury dla esbeków są problemem – nie poszła taka propozycja jego rozwiązania, która w przyszłości nie ostałaby się w sądach. Warto też przypomnieć, że próby odebrania przywilejów emerytalnych byłym funkcjonariuszom podjęto już w 1992 i 1998 roku. Jednak obie ustawy, choć przyjęte przez parlament, zostały zawetowane przez ówczesnych prezydentów.

Jeśli się mówi „a”, to trzeba powiedzieć „b”. Lustracja bez dekomunizacji czy deubekizacji jest ułomna i niesprawiedliwa. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że sekwencja czasowa – zapowiedzenie projektu zaraz po rezygnacji ks. abp. Stanisława Wielgusa z urzędu metropolity warszawskiego – miało zatrzeć kłopotliwe dla rządzących wrażenie, że czynniki polityczne i państwowe ingerowały w autonomiczne sprawy Kościoła. Premier Jarosław Kaczyński zręcznie i przewrotnie neutralizował ten problem, odwracając kota ogonem. Powiedział w Radiu Maryja, że tzw. ustawa antyubecka prawdopodobnie nie miałaby szans, gdyby nie sprawa ks. abp. Stanisława Wielgusa. „Niestety, gdyby nie tego rodzaju wydarzenia, to prawdopodobnie taka ustawa nie miałaby szans. Dzisiaj wydaje mi się, że poza znanymi przeciwnikami jakiegokolwiek rozliczenia z przeszłością, jak SLD czy może też posłowie innych partii, wszyscy inni nie będą mogli się temu przeciwstawić i tym razem ta sprawa zostanie załatwiona” – mówił Jarosław Kaczyński. Pierwotnie PiS zapowiadało ustawę na połowę lutego, obecnie jest mowa o terminie marcowym.

Problem uwolnienia Polski od balastu komunizmu i zniesienia wszelkich przywilejów osób odpowiedzialnych za przestępstwa i represje aparatu państwa totalitarnego – od 18 lat nie został w Polsce rozwiązany. Dekomunizacja – choć ma bardzo wielu zwolenników wśród polityków i znaczące poparcie społeczne – była często instrumentalizowana i wykorzystywana do bieżącej gry politycznej. I to przez obie strony sporu: zarówno przez środowiska wywodzące się z obozu postkomunistycznego, jak również przez niektóre środowiska polityczne i ludzi wywodzących się z dawnego obozu solidarnościowego. Dla tych pierwszych była wygodnym argumentem propagandowym o „oszołomstwie” prawicy, która zajmuje się „tematami zastępczymi”. Dla drugich – nośnym społecznie w pewnych okresach hasłem i postulatem, który miał służyć uwiarygodnianiu i przynosił wymierne korzyści wyborcze. Jeżeli w najbliższym czasie taka ustawa nie zostanie uchwalona (a jest to w tej chwili test wiarygodności dla koalicji rządzącej), to raczej są już niewielkie szanse, by została przyjęta w przyszłości.

Znamienne jest, że projekt ustawy dekomunizacyjnej senatora PiS Piotra Ł. Andrzejewskiego zamiast jednoznacznego poparcia doczekał się nawet w kręgach PiS kąśliwych uwag i głosów wyrażających wątpliwości, „czy dekomunizacja jest potrzebna”. Problem dekomunizacji jest w pewnym sensie podobny do problemu nowelizacji art 38. Konstytucji i ochrony życia od poczęcia do naturalnej śmierci: marszałek Marek Jurek jest za, ale niektórzy ze ścisłego kierownictwa partii proponują rozwiązanie, które de facto może osłabić nawet dotychczasową normę w tym zakresie. Czasami jest się za, a nawet przeciw… Zapewne większe są szanse na przyjęcie ustawy deubekizacyjnej, ale to jest jedynie fragment niezakończonej historii i dotyczy wyłącznie odebrania przywilejów emerytalnych funkcjonariuszom SB. Wielu bezsilnych polityków PiS przyznaje, że deubekizacja bez dekomunizacji jest działaniem czysto propagandowym, które nie rozwiązuje problemu dziedzictwa totalitarnego systemu. Oby więc nie było tak, że chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zwykle.

drukuj