Zastygamy w oczekiwaniu
Kiedy nic się nie dzieje, można komentować wydarzenia nawet z tygodniowym wyprzedzeniem, bez obawy popełnienia jakiegoś grubszego błędu, ale kiedy bieg wydarzeń przyspiesza, sytuacja zmienia się nieraz z godziny na godzinę, więc ryzyko pomyłki gwałtownie wzrasta. Ale mówi się: „trudno”; jesteśmy w cęgach reżimu cyklu produkcyjnego i żadne protesty, nawet do najwyższego Trybunału Praw Człowieka, nic tu nie pomogą.
Tymczasem wydarzenia może nie pędzą tak żwawo, jak chcieliby autorzy scenariusza zmiany politycznej warty. Wprawdzie po ujawnieniu rozmowy posłanki Renaty Beger z ministrami z PiS, jaką na zamówienie pana Maksymiuka z Samoobrony nagrali dwaj oficerowie frontu ideologicznego z TVN, rozpoczęło się molestowanie marszałka Jurka, żeby koniecznie „jeszcze dzisiaj” zwołał nadzwyczajne posiedzenie Sejmu, oraz premiera Kaczyńskiego, by zgłosił dymisję rządu, ale obydwaj politycy pozostali nieczuli na te wściekłe szturmy i wszystko wskazuje na to, że scenariusz zaczął się sypać. W dodatku premier Kaczyński zwołał demonstrację poparcia dla rządu w Stoczni Gdańskiej. Opozycja potrafiła wydobyć z siebie jedynie lamenty, jaki to paroksyzm dotknął Ojczyznę, że taka narodowa świętość została w ten sposób „sprofanowana”. Najwyraźniej zbytni optymizm nie popłaca i zakładanie, że „no i wtedy rząd musi podać się do dymisji” albo że „no i na nadzwyczajnym posiedzeniu następuje samorozwiązanie Sejmu” – mogą okazać się zawodne. Tak też stało się i tym razem, co potwierdza słuszność zasady, że jeśli tylko coś złego może się stać, to na pewno się stanie.
Nic tak nie gorszy jak prawda
Tak właśnie twierdził Stefan Kisielewski, a trafność jego spostrzeżenia potwierdziły konferencje prasowe, jakie zgorszone partie zwołały jeszcze tej samej nocy. Podczas tych konferencji politycy z miedzianymi czołami próbowali wmówić opinii publicznej, że dopiero w tej chwili dowiedzieli się, jak rodzą się dzieci i ta straszliwa wiedza wprawiła ich w stan szoku psychicznego, z którego może ich wyprowadzić tylko natychmiastowa zmiana rządu. Ciekawe, że tak przy innych okazjach dociekliwi dziennikarze śledczy i inni jakoś nie zapytali, w jaki sposób układali koalicje, kiedy np. Unia Wolności rządziła do spółki z AWS albo gdy SLD kolaborował z Unią Pracy. Najwyraźniej nie przyszło im chyba do głowy, że, dajmy na to, Unia Demokratyczna też jakoś musiała ugodzić się z KLD, żeby poseł Jan Maria Rokita został szefem Urzędu Rady Ministrów przy premier Hannie Suchockiej, kiedy to płk Lesiak prowadził inwigilację prawicy, za co dzisiaj staje przed sądem i podobno ma „trudną sytuację”. Że nawet Sojusz Lewicy Demokratycznej jakoś musiał uzgodnić z Unią Pracy, że poseł Szmajdziński zostanie ministrem obrony, a za to posłanka Jaruga-Nowacka, powiedzmy – wicepremierem. Jeśli nie składali sobie propozycji korupcyjnych, jak posłanka Beger ministrowi Lipińskiemu, to co sobie obiecywali? Takie obietnice mogłyby być jeszcze ciekawsze niż taśmy spreparowane przez oficerów frontu ideolo do spółki z posłanką Beger, ale widać dziennikarze skądś wiedzą, że za okazywanie takiej ciekawości szefowie redakcji, rozgłośni i stacji telewizyjnych nie tylko by im nie zapłacili, ale nawet, Boże uchowaj – pogonili za bramę. „Kto tam, gdzie trzeba, zamilczy roztropnie, a wytrwa choć pod młotem – celu swego dopnie” – poucza Adam Mickiewicz. Wytrwa na posadzie aż do emerytury, a jak dobrze pójdzie, to może nawet zrobią go „dziennikarzem roku”. Bo trzeba wiedzieć, że w niezależnych mediach nie ma żartów: „Posadę przecież mam w tej firmie kłamstwa, żelaza i papieru. Kiedy ją stracę, kto mnie przyjmie? Kto mi da jeść? Serafin? Cherub?” – dramatycznie pytał Gałczyński. Więc jeśli jest rozkaz, to wszyscy pamiętają, że ciekawość – pierwszy stopień do piekła. Za to oburzać się na upadek moralny rządu – aaa, to co innego, to nie tylko wolno, ale nawet trzeba, więc dalejże moralizować! Doszło do tego, że w tym zamieszaniu wyczerpany został kontyngent moralnego oburzenia, jaki Unia Europejska przeznaczyła Polsce na bieżący i przyszły rok, więc gdyby następny rząd zaczął sprzedawać stanowiska państwowe z licytacji, nikomu już nie będzie wolno nawet jęknąć.
Kryzys w branży autorytetów
Wprawdzie od strony ilościowej sytuacja autorytetów moralnych prezentuje się całkiem nieźle, tym bardziej że ostatnio jednym susem do tego znakomitego grona dołączyli pani Renata Beger, poseł Maksymiuk i przewodniczący Lepper, ale z drugiej strony objawy kryzysu stały się widoczne do tego stopnia, że przybrały postać otwartego konfliktu między władzami Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich a jego honorowym prezesem, red. Stefanem Bratkowskim, no i oczywiście – strażnikami wolności słowa w osobach oficerów frontu ideologicznego, panów Morozowskiego i Sekielskiego. Zarząd Główny SDP zwrócił bowiem uwagę na okoliczność, że obydwaj redaktorzy weszli w nadmierną konfidencję z jedną ze stron politycznego konfliktu, wskutek czego bezpowrotnie zatracili chwalebną bezstronność. Za takie „opowiedzenie się po stronie rządu” i „przeciwko środowisku” od Zarządu SDP odciął się jego honorowy przewodniczący. No cóż, od kiedy redaktor Adam Michnik mianował „człowiekiem honoru” generała Czesława Kiszczaka, słowo „honor” siłą rzeczy musiało stać się szalenie wieloznaczne. Zbiorowy protest podpisali też „dziennikarze roku”, to znaczy – kolejnych „roków”. Całe szczęście, że nie ma wśród nich ani jednego tajnego współpracownika Wojskowych Służb Informacyjnych, ani nawet SB, bo wtedy kryzys w branży stałby się już nie do zniesienia. Chociaż, z drugiej strony, pan Seweryn Soplica za liść do wieńca sławy poczytywał sobie zrobienie ofiary z własnego przekonania gwoli dogodzenia patronowi. Więc kto wie, czy za kilka miesięcy, a może nawet tygodni, bycie konfidentem przestanie być okolicznością kłopotliwą, a stanie się zaszczytną. Jeśli dla Polski można w potrzebie, a nawet trzeba zabijać ludzi, to dlaczegóż nie można zostać konfidentem? Argumentum a maiori ad minus poucza, że komu wolno czynić więcej, temu tym bardziej wolno czynić mniej, a przecież od konfidenta nikt nie wymaga zabijania „figurantów”, tylko zwyczajnego donoszenia.
Casus pascudeus
Dlatego też, kiedy „Gazeta Polska” ogłosiła, że ważny funkcjonariusz stacji telewizyjnej TVN, redaktor Milan Subotić, był tajnym współpracownikiem WSI, wszyscy siłą dotychczasowej inercji jeszcze temu zaprzeczyli, na wszelki jednak wypadek już dodając, że poza tym nie tylko on nic nie wiedział o przygotowaniach do podglądania i podsłuchiwania na obstalunek posła Maksymiuka, ale nawet i potem nie był w tej sprawie konsultowany. Dalibóg, cóż w takim razie pan Subotić w TVN robi? Czyżby był w tej stacji jakimś piątym kołem u wozu, skoro nie jest nawet „konsultowany” w sprawie programu mającego zdetonować ładunek dynamitu podsadzony pod rząd premiera Kaczyńskiego? Rozumiem, że takie rzeczy mogą być na porządku dziennym w telewizji rządowej, gdzie podobnież roi się od dyrektorów, co to tylko pobierają pensje, ale już za żadne skarby nie potrafią powiedzieć – za co. Jednak TVN to stacja prywatna, a tymczasem i tam ta sama zaraza co w państwowej Grenadzie!
Zaraz też niezależne media oskarżyły „Gazetę Polską”, że posłużyła za narzędzie „zemsty PiS-u”. Jak słusznie zwrócił uwagę redaktor Ziemkiewicz, żadnemu z nich nie przyszło do głowy, że „Gazeta Polska” też mogła kogoś podsłuchać albo podejrzeć na własną rękę i związek z PiS należałoby też jej „udowodnić”, tak samo jak powiązania z WSI redaktorowi Milanowi Suboticiowi. Widocznie jednak dziennikarze śledczy z niezależnych mediów na podstawie własnych doświadczeń wiedzą, jak się takie „kompromaty” zdobywa i za jaką cenę, i z tego powodu przypuszczają, że w przypadku „Gazety Polskiej” nie mogło być inaczej. Jak tam było, tak było, zresztą nie o to chodzi, bo rewelacje „GP” zbiegły się z zakończeniem prac Komisji Weryfikacyjnej kierowanej przez ministra Macierewicza, który 4 października przestał być wiceministrem obrony, a został szefem Służby Kontrwywiadu Wojskowego. Najgorsze jest jednak to, że Komisja Weryfikacyjna przygotowuje raport, który ma być opublikowany.
W Salonie i środowisku autorytetów moralnych narasta w związku z tym zaniepokojenie, którego nie jest w stanie do końca rozproszyć postanowienie, żeby w żadne tezy raportu nie wierzyć, bo jest on „niewiarygodny” i stanowi jedynie „akt zemsty”, a ewentualne rewelacje trzeba by dopiero „zbadać”, co z pewnością będzie „niemożliwe”. Skąd Salon to wszystko wie, skoro raportu jeszcze nie ma – trudno zgadnąć, ale każdy rozumie, że jakoś musi się ratować.
Symboliczna data
Na razie jednak opozycja nie wie, co robić, więc wszyscy zastygli w oczekiwaniu na zaplanowaną przez Platformę Obywatelską demonstrację, która w sobotę, 7 października, ma skonfundować rząd i zmusić do ustąpienia. Przybyć ma tam podobno „cały naród”, więc w takiej sytuacji jest oczywiste, że rządowi nic innego poza ustąpieniem nie pozostaje. Tym bardziej że 7 października nie jest bynajmniej datą przypadkową. Za komuny tego dnia przypadało święto Milicji Obywatelskiej i Służby Bezpieczeństwa. Być może doradcom Platformy Obywatelskiej ten dzień szczególnie przypadł do gustu, bo nie bez kozery kojarzył im się z okresem fartu, do którego każdy przecież tęskni.
