Ekologia: problem najważniejszy

Przedsiębiorstwa branży skórzanej dzięki wzrostowi sprzedaży odczuły w ubiegłym roku lekką poprawę sytuacji finansowej. Jednak zdaniem specjalistów nie jest to niestety stały trend i branżę czeka ogromny wysiłek, aby skutecznie przeciwstawić się zagranicznej konkurencji, głównie azjatyckiej. Jedną z najważniejszych spraw jest problem wypełniania norm i przepisów dotyczących ochrony środowiska. Przez lata ekologia była zaniedbywana, teraz może być gwoździem do trumny dla wielu zakładów, jeśli nie dostosują się do nowych wymagań. Trzeba jednak podkreślić, że ogromna jest w tym także rola państwa i samorządów, bo nie można wszystkiego zrzucić na barki firm.

Wzrost produkcji w 2005 roku odnotowały tak zakłady garbarskie, futrzarskie, jak i zajmujące się produkcją butów czy galanterii skórzanej. Oczywiście, nie był to taki wzrost, który można nazwać znaczącym, ale daje pewne podstawy do optymizmu. Tym bardziej trzeba tę nadarzającą się szansę podźwignięcia branży z upadku wykorzystać.

Chiny nieco droższe

Na korzyść naszych zakładów działa sytuacja gospodarcza w Chinach od dawna zalewających świat swoimi produktami dziewiarskimi i skórzanymi. Do Państwa Środka produkcję przeniosło wiele koncernów z Ameryki i Europy Zachodniej, bo była tam niemal darmowa siła robocza, nieprzebrany rezerwuar ludzi i niezwykle korzystne dla zakładów przepisy podatkowe i socjalne. W efekcie, o czym wiele razy już pisano, koszty produkcji butów, kurtek czy innych rodzajów odzieży są tam tak niskie, że żaden polski wytwórca nie ma szans.

W ubiegłym roku jednak sytuacja się nieco zmieniła, głównie za sprawą sytuacji wewnętrznej w Chinach. Koszty produkcji i tam zaczęły wzrastać- podnosi się stopa życiowa przeciętnego Chińczyka, ludzie naciskają na wzrost wynagrodzeń, praca stała się w Chinach droższa. W efekcie produkt finalny nie jest już tak bezkonkurencyjny jak wcześniej. To oczywiście nie spowodowało jakiegoś załamania importu produktów z metką „made in China” w Europie, ale dało jakiś oddech także naszym przedsiębiorstwom.

To jednak tylko część wyjaśnień. Zakłady Starego Kontynentu zaczęły się też specjalizować w tych rodzajach produkcji, których nie wykonuje się w Chinach. Azjaci nastawili się na produkcję standardowych wyrobów, zostawiając wolne pole na rynku dóbr bardziej luksusowych. W to miejsce wstrzeliły się firmy europejskie. Ponieważ klienci, a zwłaszcza klientki cenią jakość wykonania butów i odzieży, taka polityka przyniosła korzyści niejednemu zakładowi. Wiele osób godzi się płacić też więcej za towar, mając jednocześnie gwarancję, że będzie można go dłużej używać, bo jest lepszej jakości.

Niestety, taka tendencja raczej nie utrzyma się długo. Specjaliści przekonują, że wiele polskich zakładów nie stać jest na przestawienie produkcji i rezygnację ze standardowego asortymentu, bo nasz rynek nie jest tak bogaty, jak zagraniczny, poza tym taka zmiana sporo kosztuje. Dlatego muszą się liczyć z dalszą chińską ekspansją i zadbać o swój rozwój i przetrwanie. Nie wiadomo jednak, czy będzie jeszcze co ratować, ponieważ branża może paść pod ciężarem przepisów i norm ekologicznych. Mam tu na myśli przede wszystkim problem ścieków i odpadów stałych.

Oczyszczalnie zapchane

Teoretycznie ścieki z przemysłu skórzanego, w tym z garbarni, nie są szkodliwe dla środowiska, bo można je tak oczyścić, aby się nadawały do wprowadzenia do rzek. Część zakładów komunalnych, zajmujących się oczyszczaniem ścieków, nie chce jednak przyjmować płynnych odpadów garbarskich. Argumentują, że jest w nich zbyt dużo soli i związków chromowych. – Taka sytuacja nie wynika z zaniedbań przedsiębiorców, tylko ze specyfiki procesu technologicznego – tłumaczy Kazimierz Klepaczewski, prezydent Polskiej Izby Branży Skórzanej w Radomiu. – Do garbowania skóry używa się soli i chromu. Tak jest na całym świecie, nikt jeszcze nie wymyślił technologii bezchromowej. Dlatego ostrożność oczyszczalni wynika, zdaniem K. Klepaczewskiego, z nieznajomości technologii, gdyż odpowiednio oczyszczone ścieki z przetwórstwa skóry nie są niebezpieczne dla środowiska. Krzysztof Galeja, ekspert PIBS podkreśla z kolei, że są miasta, w których oczyszczalnie bardzo mocno śrubują normy zawartości różnych związków w ściekach. Jeśli firma taką normę przekroczy, oczyszczalnia odmówi przyjęcia ścieków. W skrajnym przypadku może to doprowadzić do zamknięcia produkcji. – Przykładem mogą być związki amonowe, których stężenie według norm ministerialnych może wynosić 100 lub 200 miligramów na litr. Część oczyszczalni ustaliła normę na 26 miligramów, ponieważ nie są w stanie zutylizować większych stężeń i to od razu dyskwalifikuje ścieki garbarskie – wyjaśnia K. Galeja.

O tym, jak ten problem jest nabrzmiały, świadczy przykład Nowego Targu. Tam najwięcej ścieków wytwarzają zakłady futrzarskie. Miejscowy zakład komunalny zapowiada, że przestanie przyjmować od nich płynne odpady, gdyż ostatniej zimy omal nie doszło do zablokowania oczyszczalni. Jej część biologiczna z ledwością była w stanie oczyścić to, co spływało rurami. Wojciech Kniotek, dyrektor nowotarskiego przedsiębiorstwa wodno-kanalizacyjnego, tłumaczy, że w ściekach jest bardzo dużo resztek skór i wełny, co powoduje, że oczyszczalnia się zapycha. Wyjściem najlepszym byłoby wstępne oczyszczanie w zakładach, ale niewiele firm na to stać. Specjalistyczne urządzenia są bowiem drogie. Pewnym rozwiązaniem byłoby już zamontowanie specjalnych krat, które zatrzymywałyby wełnę. Obie strony mają nadzieję, że problem uda się rozwiązać. Po części jest on przecież związany z błędami w projektowaniu oczyszczalni w połowie lat 90. Nie spodziewano się bowiem, że produkcja skórzana w Nowym Targu się odrodzi i wzrośnie tym samym znacznie ilość ścieków. – Mam nadzieję, że zakłady wodno-kanalizacyjne nie będą szły po linii najmniejszego oporu i nie zakażą firmom odprowadzania ścieków, ale razem z nami będą ten problem rozwiązywać – podkreśla K. Klepaczewski.

Za dużo węgla w odpadach

Branża ma nie mniejszy problem z zagospodarowaniem odpadów stałych. Kilka lat temu ta sprawa omal nie doprowadziła do likwidacji tego sektora gospodarki. W ówczesnym Krajowym Planie Zagospodarowania Odpadów pozostałości, które są wytwarzane w procesie produkcji obuwia i innych wyrobów, były zaliczane do kategorii odpadów niebezpiecznych, niemal na równi z odpadami radioaktywnymi (!). Gdyby te przepisy weszły w życie, firmy by upadły, gdyż nie stać by ich było na pokrycie ogromnych, a niepotrzebnych kosztów utylizacji. PIBS interweniowała wówczas aż u premiera Leszka Millera. Pod naciskiem przedsiębiorstw z programu wykreślono kontrowersyjny załącznik. Ale sytuacja jest niewiele lepsza, ponieważ odpadów skórzanych nie ma w żadnym wykazie, a więc nie ma również podstaw, aby państwo dotowało np. budowę zakładów utylizacyjnych. – Już niedługo na składowiska nie będzie można oddawać odpadów, które zawierają więcej niż 8 procent węgla. Skóra ma to do siebie, że tę normę znacznie przekracza – podkreśla Krzysztof Galeja. Co więc robić z tymi odpadami? Można tylko się spodziewać, że odpady będą jeszcze częściej niż teraz wyrzucane do lasów i na pola, jeśli zakłady nie będą ich miały gdzie oddać.

Tymczasem mało kto zdaje sobie sprawę, że sektor skórzany spełnia bardzo pożyteczną rolę. Firmy zagospodarowują bowiem odpady, które wytwarzają ubojnie. Gdyby nie garbarnie, które kupują skórę i po oczyszczeniu i wygarbowaniu sprzedają ją dalej, ubojnie musiałyby wydawać ogromne pieniądze na utylizację skór. Tym bardziej że nie można już ich przerabiać na mączkę dodawaną do pasz. W rezultacie ceny mięsa i wyrobów mięsnych w sklepach byłyby wyższe.

Ponieważ nie ma żadnych inwestycji centralnych związanych z utylizacją odpadów, branża próbuje sobie radzić sama. Najprostszym wyjściem byłoby budowanie spalarni, ale taka instalacja wywołałaby zapewne ogromne protesty społeczne. Choć spalarnie, stosując odpowiednie technologie, działają z powodzeniem w krajach zachodnich. Polacy spalarni się jednak boją i nikt na siłę nie będzie ich „uszczęśliwiał”. Dlatego realizowane są inne pomysły, jak budowa zakładów przerabiających skórę na substancje bezpieczne. Ale i to nie jest łatwe z powodu oporu urzędników.

W Radomiu, jednym z centrów przemysłu skórzanego, miał powstać taki zakład, który przerabiałby odpady skórzane na tłuszcz techniczny, białko i wodę. Inwestor, firma Miki z Krakowa, kupił już nawet grunt i maszyny, ale budowę zablokował marszałek Mazowsza i wojewódzki sanepid. Co prawda Miki wygrała proces przed sądem administracyjnym, ale nie wiadomo, czy zakład ruszy; opóźnienie w realizacji projektu sięga już roku.

Kontrolować import

Zaczęliśmy od analizy wpływu rynku chińskiego na sektor skórzany w Polsce, pora bliżej skupić się na tym problemie. Import wydawał się dotąd nie do zatrzymania. Polska nie może, po wejściu do Unii Europejskiej, prowadzić własnej polityki celnej, a z kolei UE nie kwapi się do walki z importem, gdyż podpisała odpowiednie umowy w ramach Światowej Organizacji Handlu (WTO). Nie znamy nawet skali importu, ponieważ większość towarów jest clona w portach Zachodniej Europy i wożona tirami lub pociągami do Polski. W tej zaś sytuacji nie jest to już w myśl obecnego prawa towar importowany. W ten sposób do Polski wjeżdżają dziesiątki milionów par butów, rękawic, kurtek, kompletów odzieży ochronnej. Co ważne, o czym też już nieraz pisaliśmy, cena towaru jest drastycznie zaniżana i nikt nie może albo raczej nie chce walczyć z tym procederem. Ponieważ nie da się importu ograniczyć administracyjnie (kontyngenty lub wyższe cła), PIBS zaproponowała inne wyjście. – Chcemy, aby nasze odpowiednie służby badały, czy produkty przywożone zza granicy spełniają normy bezpieczeństwa zapisane w polskich przepisach – tłumaczy Kazimierz Klepaczewski. Chodzi o jakość skóry użytej do ich wyprodukowania, kleju, wykończenia i tak dalej. Klepaczewski podkreśla, że jest wiele sygnałów o nieprawidłowościach, a izba dysponuje konkretnymi przykładami. Obuwie dziecięce jest wytwarzane ze sztucznej, toksycznej skóry, buty są wadliwie wykonane: np. mają spody różnych kolorów, które się maluje, aby to ukryć; skóra ma sztuczne lico, aby ukryć jej wady. W Polsce nie można np. używać do produkcji tych fragmentów skóry, które zostały wypalone za życia zwierzęcia. Tak znakuje się choćby bydło w Ameryce. Polski garbarz musi taki kawałek skóry odciąć i jest to odpad. Zagraniczne firmy zamiast tego zeszlifowują skórę, nakładają szpachlę i wszystko pokrywają sztucznym licem. Nasza firma za coś takiego zapłaciłaby ogromną karę, zagranicznej uchodzi to na sucho. – Nie chcemy żadnych przywilejów, ale tylko równego traktowania wszystkich podmiotów działających na rynku. Jestem przekonany, że odpowiednie działania spowodują usunięcie z rynku niebezpiecznych produktów. Gdy znikną takie „preferencje” dla importerów, warunki konkurencji przynajmniej częściowo się wyrównają z korzyścią dla naszych zakładów – podkreśla Klepaczewski. Izba już przygotowała projekty odpowiednich przepisów i ma swoje propozycje przedstawić ministrowi gospodarki. Przedsiębiorcy liczą na dobry efekt tych rozmów. Z pierwszych informacji wynika, że resort jest przychylny takim rozwiązaniom.

Krzysztof Losz
drukuj