Spór o Kielce ’46
Minęła właśnie sześćdziesiąta rocznica wydarzeń w Kielcach,
a z nią odżyły spory i inwektywy, oskarżenia i przeciwoskarżenia, endemiczne
w stosunkach
polsko-żydowskich. Były to wydarzenia w trójnasób ponure: ponure knowania
jednych nałożyły się tam na ponurą ciemnotę drugich i dały w rezultacie ponurą
zbrodnię
na trzecich. W zbrodni kieleckiej jest wiele niejasności. Nie będziemy
ich tu roztrząsać, nie jesteśmy historykami. Do sprawy podchodzimy jako obywatele.
I w tym charakterze czuliśmy się w obowiązku zaznajomić z nią na tyle,
by wyrobić
sobie jakiś pogląd i własne stanowisko. Ten pogląd i to stanowisko chcemy
krótko przedstawić, bo może zainteresują też innych. Nie twierdzimy, że są
nowe; deklarujemy
jedynie, że są nasze.
1. Teza
Niektórzy się spierają, czy zajścia kieleckie to był "pogrom" czy "prowokacja" –
jakby jedno wykluczało drugie. Myśmy swoje zdanie zaznaczyli wyżej, teraz chcemy
nadać mu kształt wyraźnej tezy.
Otóż powiadamy: zajścia kieleckie z 4 lipca 1946 roku był to żydobójczy manewr
polityczny przeprowadzony przez NKWD z aktywną pomocą jego agentury we władzach
PPR i kierownictwie UB oraz ze ślepym udziałem miejscowej tłuszczy. Inaczej
jednak niż w Jedwabnem, mordowanie Żydów nie było w Kielcach głównym celem
operacji, lecz jedynie środkiem do niego.
Cel polityczny żydobójczego manewru kieleckiego był złożony, potrójny. Po pierwsze,
trzeba było przesłonić propagandowo druzgocącą klęskę, którą komuniści ponieśli
kilka dni wcześniej w referendum (30 czerwca 1946 r.) i która obnażyła antydemokratyczny
charakter ich rządów. W tej sytuacji wystąpienie w roli obrońców ocalałych
Żydów przed polską tłuszczą legitymizowało ich władzę w oczach opinii światowej
– i to równie dobrze albo nawet lepiej niż liczba zebranych przez nich głosów.
Po drugie, właśnie wtedy, od 1 do 3 lipca 1946 r., na wokandzie procesu norymberskiego
stawał wniosek prokuratora sowieckiego oskarżający Niemców o zbrodnię katyńską
– i wniosek upadł. Zeznawał tam, jako świadek obrony, podpułkownik niemiecki
Ahrens, którego jednostka według oskarżyciela sowieckiego winna była zbrodni
katyńskiej. Zeznania tego pułkownika okazały się tak przekonujące i adwokat
strony niemieckiej bronił tak skutecznie, że dla licznie zebranych na sali
rozpraw dziennikarzy już 3 lipca musiało być jasne, że oskarżanie Niemców w
tym punkcie się nie ostoi. Porażka w kwestii politycznie tak czułej jak mord
katyński – bardziej jeszcze niż przegrana protegowanych Stalina w referendum
– wymagała osłony propagandowej, np. przez skierowanie uwagi w inną stronę.
Taka osłona została w Kielcach stworzona. Olbrzymia wrzawa, jaką podniosły
ówczesne media, piętnując Polaków jako naród żydobójczy – z cichą sugestią,
że ci pogrzebani w tamtym lesie pewnie nie byli lepsi – odwróciła skutecznie
uwagę opinii światowej od sensacji w Norymberdze.
Z sowieckiego punktu widzenia przesłonięcie propagandowym parawanem rzezi katyńskiej
było nieporównanie ważniejsze niż sprawa referendum. Referendum miało znaczenie
lokalne i doraźne, tamta rzeź – uniwersalne na stulecia. Któż dziś pamięta
referendum i o co w nim chodziło? A Katyń będzie pamiętany, i to długo. Jak
nic innego pokazał bowiem, czym są Sowiety – systemem mordu i kłamstwa.
Po trzecie, ważyła się wtedy przyszłość Palestyny. Jest nawet taki dość niedorzeczny
pogląd, że zajścia kieleckie sprowokowali "syjoniści", by skłonić
polskich Żydów do emigracji nad Jordan. Dorzeczne natomiast wydaje się przypuszczenie
inne. Stalin liczył wtedy na to, że powstające państwo żydowskie stanie się
jego przyczółkiem na Bliskim Wschodzie. (Hagana była zaopatrywana w broń z
Czechosłowacji). Anglicy emigrację żydowską do Palestyny silnie ograniczali,
nie chcąc narażać się Arabom. Nowe pogromy Żydów musiałyby tę pozycję Anglików
i ich sprzeciw osłabić, bo stawiałyby ich w roli współwinnych.
Organizatorami żydobójczego manewru byli funkcjonariusze NKWD we władzach polskich,
ci "zawerbowani", jak Bolesław Bierut, Jakub Berman czy Władysław
Sobczyński, oraz ich sowieccy "doradcy". Oni stanowili trzon agentury.
Ponadto istniała sieć ich donosicieli i prowokatorów, niejako agentura tej
agentury głównej, i to w dodatku podwójna. Jedna była sieć podległa polskim
władzom bezpieczeństwa i ich sowieckim "doradcom"; obok niej zaś
– druga sieć własna NKWD, od tamtej niezależna. W mechanizm żydobójczego manewru
kieleckiego wtajemniczono, co oczywiste, tylko nielicznych, w szczególności
trzech wyżej wymienionych. Wśród nich Berman był Żydem, a wtajemniczeni zostali
zapewne jeszcze jacyś inni Żydzi z kierownictwa bezpieczeństwa, jak Romkowski
czy Fejgin. Wykonanie manewru polegającego na mordowaniu cudzymi rękami swoich
własnych pobratymców musiało rodzić w nich jakieś konflikty sumienia. Trzeci
cel manewru – otwarcie Palestyny dla szerokiej imigracji żydowskiej – konflikt
ten nieco łagodził jako ofiarę na rzecz odrodzenia państwowości żydowskiej.
Gruntem społecznym dla żydobójczego manewru był antagonizm polsko-żydowski.
(Antagonizm ten bywa określany mianem "polskiego antysemityzmu",
gdy chce się stworzyć sugestię, że jego źródła leżą po stronie polskiej i że
– co więcej – występuje on tylko w Polsce). Antagonizm wzmógł się silnie w
czasie wojny i zaraz po wojnie na tle zasadniczo odmiennego stosunku ludności
polskiej i ludności żydowskiej do sowieckiego najeźdźcy. Nakładał się on na
ciemnotę, czyli na gotowość, by każdą pogłoskę, byle zgodną z własnymi uprzedzeniami,
brać za rzecz pewną i powtarzać dalej. (W Kielcach krążyła wieść, że tamtejsi
Żydzi porywają polskie dzieci, by toczyć z nich krew – według jednej wersji "na
mace", według drugiej, unowocześnionej, do transfuzji).
2. Umorzenie
Tak więc pogrom kielecki był operacją zaplanowaną, przygotowaną, od początku
do końca sterowaną, a po części i wykonaną przez organy NKWD oraz ich przybudówkę
w postaci MBP i KBW. Może ktoś zapytać: skąd to wiadomo? Odpowiadamy: z dedukcji
opartej na faktach.
Teza nasza jest pewną hipotezą, ale w świetle istniejącego materiału faktograficznego
i licznych w nim dziwności jest wysoce prawdopodobna. Dopóki nie przedstawi
ktoś hipotezy innej, równie zgodnej z wszystkimi znanymi faktami, a tłumaczącej
je lepiej niż nasza, bądź nie wskaże faktów całkiem nowych, które by naszej
hipotezie zaprzeczały, dopóty jest ona tezą metodologicznie najbardziej racjonalną.
Tezę tę niektórzy odrzucają. Jednym z nich okazał się prokurator Krzysztof
Falkiewicz, który – wykonując chyba zalecenia swoich mocodawców w ówczesnym
rządzie SLD, kontynuujących manewr polityczny swych pepeerowsko-ubowskich protoplastów
– postanowieniem z 21 października 2004 r. umorzył śledztwo w sprawie pogromu
kieleckiego. "Umorzenie" to można znaleźć w wydanym właśnie tomie "Wokół
pogromu kieleckiego" (Warszawa 2006, IPN), i to jako jego konkluzję. Oto,
co tam czytamy o ewentualności udziału organów NKWD: "Wszelkie dowody
zgromadzone nie zawierają informacji [które uzasadniałyby] twierdzenie, że
wydarzenia kieleckie zaistniały z inspiracji tajnych służb" (s. 472).
Co więcej, "z analizy ówczesnej sytuacji politycznej wyłania się również
brak oczywistego interesu ZSRR w organizowaniu tego rodzaju wydarzeń" (jw.).
A co z udziałem organów MBP? Bo prokurator Falkiewicz te dwa udziały odróżnia.
W tej materii "najistotniejsza wydaje się ocena wiarygodności zeznań Henryka
Błaszczyka" (s. 474), czyli owego ośmioletniego chłopca, z którego miały
być robione te mace. Szeroko się nad tymi zeznaniami rozwodzi, na 3 strony
druku (s. 474-476 oraz s. 481), szerzej niż nad jakimkolwiek innym punktem.
Nam te rozważania zdają się całkiem nieistotne, a służyć mogą jedynie omijaniu
pytania o rzeczywistych sprawców pogromu.
Tak czy inaczej, Falkiewicz stwierdza jednak (s. 477): "Fakty dowodzą,
że wszystkie władze centralne zostały niezwłocznie poinformowane o wydarzeniach".
To stwierdziwszy, zapytuje: "czy więc istnieją dowody, że władze je akceptowały?".
Okazuje się, że "wręcz przeciwnie, ustalono liczne okoliczności wskazujące,
że władze centralne takich działań nie akceptowały". Z tych "licznych
okoliczności" przytacza jednak tylko dwie. Pierwszą ma być "rozkaz
nr 46 o tępieniu wystąpień antysemickich" skierowany 13 sierpnia 1945
r. przez ministra BP Radkiewicza do kierowników powiatowych i wojewódzkich
urzędów BP oraz do komendantów MO. Drugą mają stanowić "reakcje władz
centralnych", jak aresztowanie paru miejscowych funkcjonariuszy i "kompleksowe
zmiany na kierowniczych stanowiskach w Kielcach"; a także "doprowadzenie
w trybie pilnym do pokazowego procesu i surowego ukarania z pogwałceniem podstawowych
gwarancji procesowych". W świetle takiej postawy władz – sądzi Falkiewicz
– "nieuzasadnione byłoby wnioskowanie, że działania te stanowiły jedynie
zasłonę dymną mającą odwrócić uwagę opinii publicznej od tych, którzy wydarzenia
wywołali w sposób celowy" (s. 478).
Dlaczego "nieuzasadnione"? I jak to rozgrzeszanie władz ma się do
wcześniejszego stwierdzenia tego prokuratora, że "faktem ustalonym bezspornie
jest, że w zajściach czynny udział brali funkcjonariusze Milicji Obywatelskiej
i żołnierze Wojska Polskiego oraz formacji Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego,
a więc przedstawiciele organów bezpieczeństwa państwa" (s. 466).
Według Falkiewicza, "najbardziej prawdopodobną hipotezą przyczyn pogromu" jest
to, że "wydarzenia kieleckie miały charakter spontaniczny i zaistniały
wskutek nieszczęśliwego zbiegu kilku okoliczności" (s. 478). Jedną był "wzrost
nastrojów antysemickich". Drugą – ten mały Błaszczyk i jego ojciec półanalfabeta
Walenty. Trzecią – "źle zorganizowane działania służby bezpieczeństwa" oraz "zła
ocena" sytuacji (s. 479), a także osobiste animozje między kierownikami
UB i MO. (Zastępca komendanta MO nie chciał jakoby słuchać kierownika WUBP,
bo ten był tylko majorem, a on podpułkownikiem).
3. Anomalie
Całkowicie poza horyzontem prokuratorskiego umorzenia pozostają uderzające
w pogromie kieleckim dziwności i niezrozumiałe anomalie, a nade wszystko
ich kumulatywna wymowa.
Wskażmy tylko niektóre. Latem 1946 r. kierownikiem Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa
Publicznego (WUBP) był major Władysław Sobczyński vel Spychaj. Pierwszą dziwnością
jest niepojęta wprost bierność tego ubeckiego majora w obliczu niesłychanych
zajść, dokonujących się dosłownie na jego oczach. (Od miejsca pogromu do budynku
WUBP było 200 metrów). Już około godz. 9.00 przewodniczący Komitetu Żydowskiego
w Kielcach dr Kahane powiadomił Sobczyńskiego telefonicznie, że przy domu żydowskim
na ul. Planty 7 "dzieje się coś niedobrego" (Bożena Szaynok, "Pogrom
Żydów w Kielcach", Wrocław 1992, s. 45). Potem przez 8 godzin trwa tam
w biały dzień, z udziałem i pod przewodem milicji i wojska, pogrom Żydów, który
za kilka godzin wstrząśnie opinią światową. On zaś, szef miejscowego UB, nie
podejmuje praktycznie żadnych kroków; jedynie obserwuje wypadki, jakby na coś
czekał.
Około godz. 11.00 według Szaynok (s. 45), a około godz. 12.00 według IPN został
zastrzelony dr Kahane. Strzelać miał jeden z trzech wojskowych w mundurach
poruczników WP, którzy wkroczyli do jego pokoju. Kahane telefonował właśnie
do naczelnika działu kadr WUBP kapitana Kwaśniewskiego, polskiego Żyda. Ten
zeznał w 1996 r.: "około 12.00 ponownie zadzwonił do mnie dr Kahane i
powiedział, że jest bardzo źle. Powiedział mi 'zaczekaj chwilę’ i usłyszałem
strzał i uderzenie padającej słuchawki" (IPN, s. 353 i 455). Nigdy nie
wyjaśniono, kim byli owi "porucznicy WP" ani jakiej byli narodowości.
(W Wojsku Polskim służyło wtedy wielu Rosjan i Żydów, zwłaszcza w formacjach
takich jak KBW). Nie widać nawet, by próbowano to wyjaśnić.
Kwaśniewski zeznał dalej: "zaraz po tym, jak usłyszałem strzał, zadzwoniłem
do komendanta [czyli do Sobczyńskiego]. Powiedział: 'nie wierzę’. Nie wierzył,
że Kahane został zastrzelony. Powiedział, że wysłał żołnierzy KBW. Po telefonie
do komendanta zadzwoniłem do jego zastępcy, Muchy. Zastępca zadzwonił do ministra
z Warszawy, nazywał się Radkiewicz. Minister Radkiewicz powiedział Musze, by
nie używać siły, by nie nazwano tego prowokacją. (…) Zastępca dzwonił kilka
razy (…), kilkakrotnie składał raport ministrowi. Zaczął dzwonić o 11.00
i dzwonił co mniej więcej pół godziny" (IPN, s. 353). "Wreszcie –
zeznaje Kwaśniewski – miałem tego dość i zadzwoniłem do oddziału szturmowego
w Słowikach. Przyjechali w ciągu pół godziny. Kiedy oni, ten tłum, zobaczyli
nadjeżdżające ciężarówki, tłum się rozpierzchnął". Stało się to około
godz. 17.00 i oznaczało koniec zajść. W obliczu zdecydowanego działania motłoch
czmychnął – bo tak zawsze robi motłoch.
Dlaczego to, co można było zrobić rano, zrobiono dopiero po południu? I dlaczego
nie uczynił tego sam szef WUBP, zarazem funkcjonariusz NKWD, Władysław Spychaj-Sobczyński,
co stanowiło jego pierwszy i oczywisty obowiązek? Przez cały czas był też z
nim jego sowiecki "doradca" płk Szpilewoj, z którym faktycznie mieli
tam pełnię władzy.
Aleksander Wat w rozmowie z Miłoszem ("Mój wiek", Warszawa 1998,
t. 1, s. 154/155), mówiąc o pewnej członkini Związku Patriotów, stwierdza: "ona
była w bliskim kontakcie ze starym komunistą, który przeszedł przez wszystkie
czystki i nic mu się nie stało, bo był w NKWD kimś ważnym. Robociarz – Spychaj,
czekista. Jeden z założycieli Związku Patriotów, który w Rosji był bardzo wiele
lat. Jego brat był przywódcą AL-u na Kielecczyźnie, też Spychaj. Właśnie w
1947 roku [Wat myli się tu o rok] on rządził Kielcami i wtedy urządzono w Kielcach
pogrom (…). Instrukcja musiała być sowiecka. To znaczy, że Spychaj działał
na rozkaz".
Zaraz następnego dnia po pogromie, Sobczyńskiego vel Spychaja aresztowano,
ale tylko pro forma, bo wkrótce zwolniono, a 16 grudnia 1946 r. sąd wojskowy
go uniewinnił; on sam zaś awansował – najpierw na szefa Informacji KBW i WOP,
a latem 1950 r. na dyrektora Biura Paszportów Zagranicznych MBP. Szaynok stwierdza: "Działania
szefa WUBP Sobczyńskiego były niewątpliwie skierowane na spotęgowanie wydarzeń
pogromu" (s. 108). I mimo to sąd go uniewinnia, a zwierzchność nagradza
awansami. Jak wytłumaczyć to czym innym niż wskazaną hipotezą?
Hipotezę potwierdza anomalia druga, jeszcze większa. O wydarzeniach informowane
są bieżąco centralne władze bezpieczeństwa w Warszawie i ich szefowie – członek
Biura Politycznego PPR do spraw bezpieczeństwa Jakub Berman, minister BP Stanisław
Radkiewicz i komendant główny MO Franciszek Jóźwiak-Witold. Ich łączność z
agendami w Kielcach jest stała i bezpośrednia przez tzw. we-cze. Osoby te muszą
przecież rozumieć, że w Kielcach dzieją się wydarzenia wagi państwowej i rangi
międzynarodowej. I centralne władze bezpieczeństwa, mając tego świadomość,
przez cały dzień nie wydają swym podwładnym w Kielcach żadnego jednoznacznego
rozkazu. Pozostawiają bieg wypadków o kolosalnym znaczeniu politycznym w gestii
lokalnych funkcjonariuszy. Jak to wytłumaczyć?
Na koniec wskażmy tylko jeszcze jedną dziwność, choć jest ich wiele więcej.
W 1990 r. ukazała się książka "Spotkania z Fejginem"; autorem jest
płk Henryk Piecuch. Anatol Fejgin należał do grona najwyższych i najważniejszych
dygnitarzy bezpieczeństwa, a latem 1946 r. był zastępcą szefa Głównego Zarządu
Informacji Wojska Polskiego (GZI WP). Pułkownik Piecuch rozmawiał z Fejginem
w końcu lat 80. Ten nie zgodził się na nagrywanie tych rozmów ani na ich notowanie.
Piecuch, lojalnie o tym czytelnika poinformowawszy, przytacza taką oto wypowiedź
Fejgina, gdy w rozmowie wypłynęła sprawa kielecka: "Nastroje antysemickie
wykorzystywaliśmy w inny sposób. Jeszcze nie czas o tym mówić. Liczyliśmy na
błąd naszych przeciwników. Musieli go w końcu zrobić. Nie mogliśmy jednak długo
czekać. Potrzebny był jakiś przyspieszacz. Stąd pogromy i inne fortele" (IPN,
s. 329).
W 1997 r. przesłuchano na tę okoliczność samego Fejgina, który do przytaczanej
przez Piecucha wypowiedzi się nie przyznał: "Autor pomieszał prawdę z
kłamstwem. Ja naprawdę autorowi książki nie dałem podstaw do napisania takiej
bredni" (IPN, s. 425). Mamy więc dwa zdania sprzeczne – jedno Fejgina,
drugie Piecucha; któremu uwierzyć? Rozstrzygnięcie tej wątpliwości ułatwia
sam Fejgin, który w tymże zeznaniu mówi wcześniej o pogromie kieleckim: "Ja
sobie nie przypominam, by w GZI zajmowano się tym wydarzeniem (…). Stwierdzam,
że nie brałem nigdy udziału w żadnych naradach czy innych posiedzeniach oficjalnych,
na których by była omawiana sprawa kielecka. (…) Jak pamiętam, na żadnych
naradach w GZI nie mówiono o tym wydarzeniu. Dodaję, ze szefem informacji w
2. Dywizji Piechoty w Kielcach był Żyd rosyjski mjr Pollakow" (jw.).
Jakże to? W Głównym Zarządzie Informacji, w tym jądrze stalinowskiego aparatu
nadzoru i represji, o sprawie, która leży w jego gestii, w ogóle się nie mówi?
Przecież ich własni oficerowie byli w nią zamieszani, choćby ci od tego Pollakowa.
A są też wiadomości, że w pogromie brali udział żołnierze tej właśnie dywizji.
Milczenie w GZI krzyczy. Jest niepodobieństwem, by w takiej sprawie i w takim
gremium nie podnoszono sprawy pogromu kieleckiego, gdyby ich stosunek do sprawy
był czysty. Milczenie to znaczy, że było o czym milczeć.
4. Grossizm
Ukazały się ostatnio dwie publikacje o pogromie kieleckim – jedna nowa, druga
dawna (przedruk) – warte tego, by je zestawić. Pierwszą jest wykład J.T.
Grossa "Wyjaśniam, że krew na moim ubraniu…" ("Tygodnik
Powszechny" 28/2006) wygłoszony 4 lipca br. w Krakowie. Drugą stanowi
raport ks. bp. Czesława Kaczmarka "Zajścia kieleckie" sporządzony
przez tamtejszą kurię zaraz po zajściach i przekazany na początku września
1946 r. ambasadorowi amerykańskiemu w Polsce Arturowi Bliss-Lane ("Nasz
Dziennik" z 4 lipca br., przedruk z tomu IPN).
Zacznijmy od pierwszej. Wykład Grossa to antypolski paszkwil w znanym stylu.
Przycina się dowolnie fakty i miesza z faktopodobnymi fabrykacjami dla uzyskania
upatrzonego z góry efektu. Celem jest szczucie opinii światowej przeciw Polsce,
a zarazem prowokowanie nas do takich reakcji obronnych, które by szczucie to
usprawiedliwiały. Niektórych to nie razi. "Znam Janka Grossa, to świetny
facet", zachwyca się w "Przekroju" (nr 26/2006) Barbara Engelking,
docent w Centrum Badań nad Zagładą Żydów PAN. Tu wiemy przynajmniej od razu,
co o tej placówce Polskiej Akademii Nauk myśleć: jeszcze jedna agenda do podstawiania
Polski w miejsce Niemiec jako kraju znaczonego piętnem żydobójstwa.
Nad wykładem Grossa – powtarzającym insynuacje jego książki "Strach" –
nie ma powodu się rozwodzić. Przytacza on zeznania świadków i oskarżonych w
tym typowo stalinowskim procesie z 9-12 lipca 1946 r., w którym wszyscy mówią
to, co mają mówić, a oskarżeni sami skwapliwie oskarżają się o czyny zagrożone
karą śmierci. Gross dywaguje na temat antysemickiej rzekomo natury Polaków,
a nie bierze w ogóle pod uwagę wskazanej przez nas hipotezy, przecież co najmniej
prawdopodobnej. Tak samo jest w jego książce. Dziennikarz "Gazety Wyborczej",
który ją czytał, pisze (5 lipca 2006 r.): "Gross twierdzi, że teoria prowokacji
to efekt prostackiego rozumowania". Żadnych poważnych argumentów, które
by tę teorię dyskwalifikowały, u Grossa jednak nie ma. Więc o czym tu mówić?
W tymże numerze "Tygodnika Powszechnego" warto natomiast przyjrzeć
się namiastce redakcyjnego komentarza do Grossa, jaką stanowi dyskusja pięciu
pracowników naukowych, kierowana przez Bogdana Białka. Ton i wydźwięk dyskusji
odzwierciedlają też chyba stanowisko samego "Tygodnika". Punktem
wyjścia jest w niej pytanie: "Jak to możliwe, że oszalały tłum przez cały
dzień zabijał Żydów?". I potem prowadzi się dywagacje psycho-socjologiczne
na temat możliwych przyczyn tego zabijania, w których znajdujemy i "wysoki
poziom pobudzenia emocjonalnego" w tłumie, i "dehumanizację" ofiar,
i "kumulującą się radykalizację", i "silny dysonans poznawczy" w
świadomości zbiorowej Polaków, którzy "żeby sobie z nim poradzić, zaczęli
nienawidzić Żydów". Hipotezę manewru politycznego NKWD szybko się odrzuca
jako niegodną uwagi. Mówi dr Żbikowski: "nie wiemy do końca, czy nie była
to prowokacja. Osobiście jej nie dostrzegam, podobnie jak w Jedwabnem".
Dopuszcza się jedynie, że ex post władze wykorzystały pogrom do własnych celów.
Uczestnicy zadowalają się stwierdzeniem, że "w świetle zakończonego w
zeszłym roku śledztwa prokuratorów IPN-u nie ma dowodów na działania władzy
zmierzające do wywołania pogromu". Co więcej, dochodzą do wniosku, iż "można
powiedzieć, że mieszkańcy Kielc – na wzór Niemców – dokonali u siebie ostatecznego
rozwiązania problemu żydowskiego". Dodają przy tym, niby zmiękczająco,
że "dotyczyło to jedynie części społeczeństwa kieleckiego – nie więcej
niż jednej czwartej". A profesor Mirosław Kofta daje wyraz swemu wrażeniu,
że my, Polacy, "jeszcze nie osiągnęliśmy takiego poziomu publicznego dyskursu,
by uznać, że jakaś część Polaków również uczestniczyła w eksterminacji Żydów".
(Za to inni ten poziom już osiągnęli. Recenzując książkę Grossa na łamach dziennika "Baltimore
Sun", niejaka Joan Mellen określiła właśnie pogrom kielecki jako "mały
polski Holokaust" – bez cudzysłowu, ten jest nasz).
Jaka część? Odpowiedzi udzielono: jedna czwarta! Według dyskutantów "Tygodnika",
jedna czwarta Polaków uczestniczyła w eksterminacji Żydów, dokonując u siebie
na wzór Niemców ostatecznego rozwiązania problemu żydowskiego. To już nie jest
podstawianie Polski za Niemcy, to jest przelicytowywanie ich Polską. Mawia
się eufemistycznie, że Wielkiej Zagłady dokonali "naziści". Nigdy
jednak nie spotkaliśmy się z ocenami, jaki procent narodu niemieckiego owi
żydobójczy "naziści" stanowili. A tutaj polski autor pcha się ochoczo
z oceną, że takich polskich "nazistów" było 25 procent. Czyli że
co czwarty Polak to kryptohitlerowiec. Czy jest na świecie drugi naród, którego
warstwa intelektualna byłaby tak skora do jego zniesławiania?
Powiedzmy wyraźnie. Polacy jako naród w żadnej "eksterminacji Żydów" udziału
nie mieli, albowiem "eksterminacja Żydów" to jest dziś synonim "Wielkiej
Zagłady". Ta zaś jest jasno określoną historycznie zbrodnią dziejową,
której dokonali Niemcy, tylko oni. Fakt, że dla machinacji i kalkulacji politycznych
odpowiedzialność tę usiłuje się rozrzedzać i wciągać w nią kogo się da, a Polaków
przede wszystkim, nie powinien nas mylić. Na obrzeżach Wielkiej Zagłady działy
się inne zbrodnie, niejako "satelitarne". Ale okoliczność, że były
z nią związane czasowo, a nawet przyczynowo, nie znaczy, że ich sprawcy – zbrodniarze
na własny rachunek – byli tej zagłady wspólnikami i współsprawcami. Związek
czasowy i przyczynowy między czynami dwu podmiotów nie stwarza jeszcze między
nimi więzi wspólnictwa ani współsprawstwa.
Rozszerzanie odpowiedzialności za Wielką Zagładę to paralogizm, który służy
celom czysto politycznym. Jest propagandowo skuteczny, bo jego logiczną wadliwość
nie tak łatwo przejrzeć. Zilustrujmy go więc na materiale neutralnym, w którym
ani emocje, ani interesy nie zaciemnią nam jasności widzenia.
W maju 1987 r. zdarzyła się wielka katastrofa LOT-u: samolot pasażerski IŁ-62
z kompletem pasażerów rozbił się tuż po starcie w Lesie Kabackim. Wszyscy zginęli.
Niech śmierć tych lotników i pasażerów będzie nam logicznym odpowiednikiem
Wielkiej Zagłady. Tutaj przyczyną była jednak awaria, rozleciał się wirnik
silnika i zniszczył system sterowniczy samolotu. By więc naszą analogię uzupełnić,
dopuśćmy jeszcze – całkiem realistycznie, jak pokazała katastrofa samolotu
PANAM nad Lockerby w Szkocji – że zagłada IŁ-a i jego pasażerów nie była wynikiem
defektu technicznego, lecz dziełem jakichś islamskich terrorystów. Oni są wtedy
odpowiednikiem Niemców. Na miejscu katastrofy zjawiły się jednak od razu ludzkie
hieny, by wśród szczątków grzebać za dolarami. (Samolot leciał do Ameryki).
Czyny tych hien są odpowiednikiem zbrodni wobec Zagłady satelitarnych. Można
by tu rzec, i sami bylibyśmy skłonni, że gotowość do żerowania na cudzym nieszczęściu
jest – przynajmniej w tym przykładzie – czymś jeszcze paskudniejszym niż jego
spowodowanie. Ale żerowanie na katastrofie nie czyni żerujących jej współsprawcami
ani nie obarcza ich odpowiedzialnością za nią. Mamy wtedy dwa czyny przestępcze
osobne, choć czasowo i przyczynowo związane, i osobno trzeba je rozpatrywać.
Wrzucanie ich do jednego worka to jest właśnie oszukańczy paralogizm, typowy
dla Grossa – grossizm.
5. Raport
Trudno o większy kontrast z paszkwilem Grossa niż raport ks. bp. Kaczmarka.
Tam tendencyjność – tu rzeczowość, krytyczna także wobec swoich. Z okładki "Przekroju" (numer
jw.) wrzeszczy do nas buta Grossa: "Zabijaliście z nienawiści" –
wy, Polacy, więc i my, dzisiejsi. Gross to siewca niezgody i sączyciel jadu
w stosunki między narodami.
Ani śladu takiego sączycielstwa nie ma w raporcie ks. bp. Kaczmarka; przeciwnie,
sieje się tam pokój. Byliśmy zdumieni wysoką jakością tego tekstu, zwłaszcza
biorąc pod uwagę, że pisany był niemal nazajutrz po tak bliskich, tak wstrząsających
i tak niejasnych wydarzeniach.
Rzeczowość cechuje też oceny owych wydarzeń dokonywane wtedy przez nasze podziemie
– w jaskrawym kontraście do propagandy polskich komunistów, kubek w kubek podobnej
w tym do Grossa. Rzeczowość owych ocen jest wręcz przedwojenna. Oto w artykule "Wypadki
kieleckie", zapewne z lipca 1946 r., jego nieznany autor pisał (IPN, s.
181): "Wypadki kieleckie, nazwane przez prasę zagraniczną 'pogromem żydowskim’,
stanowią typową sprawę poszlakową. Nic w tej sprawie, nawet stan faktyczny,
nie daje się ustalić ze stuprocentową pewnością. (…) Czyni to całą sprawę
od razu podejrzaną. Gdy powiem, że każde sprawozdanie i każda relacja z miejsca
wypadków są w znacznej mierze odmienne, jest to możliwe tylko w wyniku starannego
zacierania faktów i tworzenia śladów fałszywych, co leży w możliwościach jedynie
władz bezpieczeństwa".
To samo można powtórzyć dzisiaj: ślady dalej są splątane i zatarte. Czuje to
każdy, kto na podstawie istniejących dokumentów, albo ich falsyfikatów, usiłuje
wyrobić sobie obraz tamtych zdarzeń.
Na tę samą trudność natrafiali duchowni kurii kieleckiej w swym raporcie. O
tym trzeba stale pamiętać. Nie liczy się z tym zupełnie Gross, podający za
rzecz ustaloną treści wzięte z byle zapiski, jeżeli tylko ich wymowa jest dostatecznie
antypolska.
Raport ks. bp. Kaczmarka wychodzi od pytania: dlaczego doszło do zajść kieleckich?
I odpowiada bez ogródek: "Dlatego, że tłum nienawidzi Żydów". Jednak
nienawiść ta jest tylko przyczyną materialną zajść, nagromadzonym materiałem
wybuchowym. By do wybuchu doszło, musi dojść przyczyna sprawcza, która energię
tego materiału wyzwoli.
Według raportu, materiałem nie był stary antagonizm polsko-żydowski ani nie
stworzyła go Wielka Zagłada. Przyniósł go dopiero najazd sowiecki i promowanie
na kierowniczą warstwę kraju przybyłych wraz z nim lub ocalałych w Polsce Żydów. "Przeciętny
Polak sądzi (mniejsza, czy słusznie), że prawdziwymi i szczerymi zwolennikami
komunizmu w Polsce są tylko Żydzi". Niechęć zaczęła przeradzać się wtedy
w nienawiść.
Przyczyną sprawczą były krążące po Kielcach od paru miesięcy wcześniej wieści "o
ginięciu dzieci obu płci"; a ostateczną było rzekome zniknięcie owego
chłopca. Raport wskazuje przy tym na dziwny fakt, że "zaraz 4 lipca chłopca
wraz z ojcem aresztowano i nie pozwolono nikomu się z nimi widzieć. Siedzi
on w więzieniu aż dotąd. (…) W dniu 8 lipca na rozprawę sądową nie dostarczono
go. Najważniejszy świadek oskarżenia był na rozprawie nieobecny, choć władze
miały go w rękach". W raporcie wskazuje się dalej na "fakt, że milicja
nie próbowała przeszkodzić tłumowi w mordowaniu, co wyjaśnić można tylko w
ten sposób, że takie miała rozkazy". Wskazuje się też na znowu dziwną
dla tak ważnej sprawy sądowej okoliczność, że "urzędowy akt oskarżenia,
a za nim prasa rządowa, opisuje początek i przebieg zajść kieleckich w trzech
zdaniach" – i te trzy zdania przytacza.
W jednym tylko punkcie trudno się z raportem zgodzić – nie co do opisu faktów,
lecz co do wyprowadzanych z nich wniosków. Według informacji, jakie na własną
rękę udało się kurii uzyskać od świadków zdarzeń, "ktoś z tłumu, w cywilnym
ubraniu, rzucił z ulicy kamieniem w szybę mieszkania żydowskiego (…). I wtedy
właśnie dano serię strzałów z okien domu zamieszkałego przez Żydów". Na
tej podstawie mówi się w raporcie: "fakt, że Żydzi zaczęli pierwsi strzelać
do milicji i tłumu, nie ulega najmniejszej wątpliwości. Stwierdzają to wszyscy
bez wyjątku świadkowie". Otóż z tego, że z okien domu żydowskiego padła
seria strzałów, nie wynika jeszcze, że strzelającymi byli mieszkający tam Żydzi.
To mógł być przybyły z zewnątrz prowokator, dom miał kilka wejść. Przemawiałaby
za tym dodatkowo okoliczność, że z domu "dano s e r i ę". Niektórzy
jego mieszkańcy rzeczywiście mieli broń, ale krótką. A taka seriami strzelać
nie pozwalała.
Raport podkreśla też dziwne nieprawidłowości proceduralne w rozprawie. Obronie
uniemożliwiono porozumiewanie się z oskarżonymi. Co więcej, akt oskarżenia
przeczytano im "dopiero na godzinę przed zaczęciem rozprawy, wbrew kodeksowi
postępowania karnego wojskowego", który dawał na to 5 dni. W raporcie
czytamy:
"
Wprawdzie podsądni podpisali oświadczenie, że zrzekają się tego przysługującego
im okresu 5 dni, ale dziwne jest, że zgodzili się [na to]. Dziwniejsze, że
zrobili to wszyscy, a jeszcze dziwniejsze, że pozwolił na to sąd. Ten zupełnie
niezrozumiały krok oskarżonych można wytłumaczyć jedynie tym, że tak im kazano,
i to prawdopodobnie w sposób, jaki jest praktykowany w polskich więzieniach
[tego okresu! – Z.M., B.W.]. Jeden oskarżony miał świeże rany głowy, inny wyraźnie
powiedział na rozprawie, że go bito podczas śledztwa".
(Gross nie bierze w ogóle pod uwagę możliwości, że zeznania, na których się
opiera, były składane przez ludzi straszliwie bitych, żeby je złożyli).
W raporcie stwierdza się również wyraźnie: "Wypadki kieleckie niezależnie
od ich tła (…) były jednak zbrodnią zostawiającą plamę na społeczeństwie
polskim. Wiadomo było, że czynniki wrogie Polsce będą się starały ją atakować
z tego powodu. Każdy uczciwy rząd polski (…) starałby się przedstawić wypadki
kieleckie jak najsumienniej i podać wszystkie okoliczności łagodzące. (…)
Sąd kielecki odbyty w dniach 9-11 lipca wykazał niezbicie, że tymczasowemu
rządowi polskiemu chodziło o przedstawienie wypadków kieleckich w świetle możliwie
jak najgorszym".
Władze starały się nadać rozprawie maksymalny rozgłos, ściągnięto na nią nie
tylko wielu dziennikarzy polskich, lecz także "cały tłum korespondentów
zagranicznych".
Ówczesna prasa rządowa, a za nią część prasy zagranicznej, gwałtownie zaatakowała
Kościół, że jakoby nie chce potępić wypadków kieleckich, co oznacza, że jest "antysemicki
i faszystowski". Zaatakowano w szczególności osobiście Prymasa Polski
ks. kard. Augusta Hlonda. Replika księdza kardynała była nad wyraz przekonująca
i godna. Po pierwsze, wskazywała, że Kościół stanowczo potępia ekscesy kieleckie,
ale nie może czynić tego w takiej formie, jakiej życzyłyby sobie władze. Byłoby
to bowiem piętnowanie połączone z przemilczaniem – "piętnowanie wybiórcze",
jak byśmy powiedzieli dziś. Piętnując bezpośrednich uczestników pogromu, przemilczałoby
się jego inspiratorów; a ponadto sprawców mordów dokonywanych wtedy na Polakach.
Żydzi mają ponoć powiedzenie "pół prawdy to całe kłamstwo". Na półprawdy
Kościół polski nie chciał pójść – i po trzykroć słusznie.
Raport ks. bp. Kaczmarka kończy się stwierdzeniem: "Ci, którzy zabijali
w Kielcach, godni są najsurowszego potępienia niezależnie od tego, że byli
sprowokowani, że działali w afekcie. Wszelki antysemityzm jest uczuciem poniżającym
człowieka. Mordowanie ludzi, choćby innej rasy czy przekonań, czy klasy społecznej,
jest zawsze zbrodnią. [Na ławie oskarżonych] powinni zasiąść także i ci, którzy
do wypadków kieleckich doprowadzili, którzy je sprowokowali, którym na nich
zależało".
Politowania godni są ci, którzy zamiast czytać rzetelny i rozumny raport wprost
z miejsca zdarzeń, wolą słuchać oszczerstw i zmyśleń hochsztaplera.
6. Pytanie
Książka Grossa "Strach – antysemityzm w Polsce po Auschwitz" wywołała
– jak czytamy – "duże poruszenie wśród diaspory żydowskiej w Ameryce.
Pierwsze recenzje są entuzjastyczne". Jednym z entuzjastów jest pisarz
Thane Rosenbaum. W recenzji na łamach "Los Angeles Times" opiewa
on odkrycie dokonane – jego zdaniem – przez Grossa, że "ostatecznego rozwiązania
nie dokonali naziści. Wyręczyli ich dawni polscy sąsiedzi". Cóż na to
rzec? Tak brzmi głos nienawiści do drugiego narodu – ślepej na fakty, a radej,
że może w jego stronę strzyknąć trochę swego jadu.
W sporach polsko-żydowskich roi się od paralogizmów i wspierających je stereotypów.
Jest wielką kwestią z zakresu metodologii tych sporów, czy prześwietlanie stereotypów
i rozładowywanie paralogizmów służy wygaszaniu czy może – wbrew intencjom –
spory te jeszcze podsyca. Skłaniamy się ku pierwszemu, ale może nie mamy racji?
To by jednak znaczyło, że usiłowania, by wprowadzić do tych sporów ton rozsądku,
są z góry skazane na niepowodzenie. I całkiem możliwe, że tak właśnie jest,
ale pogodzić się z tym trudno, przynajmniej nam.
prof. Bogusław Wolniewicz,
prof. Zbigniew Musiał
