Kulisy zbrodni kieleckiej (5)
Szczególnie szokujące jest pominięcie przez prokuratora Falkiewicza w jego
kilkudziesięciostronicowym "Umorzeniu" informacji o niezwykłych wprost rozmiarach
naruszenia prawa w pierwszym, a zarazem głównym procesie wytoczonym osobom
oskarżonym o udział w zbrodni kieleckiej w dniach 8-11 lipca 1946 roku.
W tej tak drastycznej sprawie prokurator Falkiewicz ogranicza się wyłącznie
do stwierdzenia, że do tego pierwszego procesu wytypowano 12 osób "wyselekcjonowanych
według nieustalonych kryteriów" (s. 461).
Przebieg wszystkich 9 procesów karnych wytoczonych w związku ze zbrodnią kielecką
budził ogromne wątpliwości pod względem prawnym. O tym wszystkim dowiadujemy
się z "Umorzenia" prokuratora Falkiewicza tylko z następujących dwóch zdań:
"Przy uwzględnieniu ówczesnych uwarunkowań politycznych i faktycznych, w odczuciu
części społeczeństwa, zwłaszcza społeczności Kielc, wyroki te były oceniane
jako niesprawiedliwe. Ocena ta wynikała z braku społecznego zaufania do władz
politycznych i sądowniczych w ówczesnej Polsce". Otóż ocena ta wynikała nie
tylko z powodu braku takiego zaufania, ale przede wszystkim dlatego, że procesy
te, począwszy od pierwszego procesu z lipca 1946 roku, przeprowadzono w warunkach
drastycznego łamania prawa, wręcz terroru.
Jak przyznaje Falkiewicz, skazanych na śmierć (9 osób) w procesie pokazowym
"wyselekcjonowano według nieustalonych kryteriów". Liczni autorzy uważają,
że skazano i stracono wcale nie tych najbardziej winnych, lecz tych, których
władza postanowiła zlikwidować. Ciekawa pod tym względem jest opinia współautorki
tomu Bożeny Szaynok. W jej ocenie, skazani w procesie po zajściach kieleckich
brali w nich udział. Jak jednak akcentuje (s. 278): "W moim przekonaniu nie
byli to najgłówniejsi i jedyni sprawcy pogromu. Sprawców było więcej, w tym
również żołnierze i milicjanci". Dlaczego prokurator Falkiewicz nie zajął się
w ogóle tą sprawą w swym elaboracie? To przecież bardzo poważny zarzut, iż
nie skazano "najgłówniejszych".
Z kolei inny współautor tomu IPN i zarazem jego redaktor Jan Żaryn zamieszcza
w swoim tekście (por. "Wokół…, op. cit., s. 106) uwagi o interpelacji poselskiej
grupy posłów PSL złożonej we wrześniu 1946 roku. Według J. Żaryna: "Interpelację
podpisali m.in. Hanna Chorążyna, Stanisław Bańczyk i Franciszek Kamiński. Domagano
się w niej wyjaśnienia okoliczności >>pogromu<<. Pisano, że z przebiegu procesu
nie wynikało, iż skazano faktycznych inicjatorów zajść, lecz jedynie wykonawców
i gapiów. Sugerowano, że winnych należy szukać w kręgach władzy komunistycznej".
Prokurator Falkiewicz naiwnie zastanawia się (s. 481-482): "Nie zdołano ustalić,
dlaczego Walentego Błaszczyka nie pociągnięto wówczas do odpowiedzialności
karnej, skoro wiele osób za podobne zachowanie podczas zajść oskarżono i skazano".
Szkoda, że prokuratorowi Falkiewiczowi nie dała nic do myślenia w tej kwestii
informacja, iż: "Zaniechanie objęcia aktem oskarżenia Walentego Błaszczyka
było wynikiem decyzji kierownictwa resortu bezpieczeństwa publicznego" (Wg
zeznań kierownika wydziału śledczego WUBP w Kielcach Edmunda Kwaska w dniu
19 marca 1996 r., s. 348).
Likwidowanie
niewygodnych świadków
Zdumiewa fakt, że prokurator Falkiewicz, poświęcający w swym "Umorzeniu"
wiele miejsca sprawom mało istotnym, przemilcza jedną bardzo ważną sprawę,
najwyraźniej
bardzo niewygodną z jego punktu widzenia. Otóż całkowicie przemilcza on fakt
licznych przykładów zabójstw lub przyspieszenia śmierci niewygodnych świadków
zajść kieleckich. A zgony te mogą być ważnym argumentem na rzecz analiz dowodzących,
że zbrodnia kielecka była świadomie przygotowaną prowokacją. Pierwszym takim
przypadkiem zgonu ważnego świadka wydarzeń – w podejrzanych okolicznościach
– była śmierć Alberta (Fajwisza Altera) Grynbauma, zastępcy szefa Powiatowego
Urzędu Bezpieczeństwa w Kielcach. Zginął on już zaledwie 5 tygodni po zajściach
kieleckich – 12 sierpnia 1946 roku na trasie z Warszawy do Kielc.
Cytowany już były oficer WP żydowskiego pochodzenia Michał Chęciński pisał
o tajemniczym, a tak wygodnym dla sprawców zbrodni zgonie Grynbauma: "Nie
ulega wątpliwości, że Grynbaum wiedział wiele, jeżeli nie za wiele, o kulisach
pogromu.
Miał liczną agenturę wśród mieszkańców Kielc i zapewne próbował po pogromie
ustalić wiele zagadkowych szczegółów, co należało zresztą do jego obowiązków
służbowych" (M. Chęciński, op. cit.). Grynbaum zginął razem ze swym starym
kolegą Henrykiem Ochinem, funkcjonariuszem Komitetu Miejskiego PPR, zięciem
prezydenta Kielc. Chęciński (op. cit.) przypomina w tym kontekście: "od wyjazdu
[Grynbauma i Ochina w sierpniu 1946 roku – J.R.N.] wszelki ślad po nich zaginął.
Rodziny zaginionych interweniowały u ministra bezpieczeństwa Radkiewicza,
domagając się wyznaczenia komisji, która wyjaśniałaby okoliczności ich zaginięcia.
Natrafiały
na mur milczenia. Można wytłumaczyć śmierć tej dwójki trwającą wówczas wojną
domową. Ktoś z podziemia mógł ich w drodze do Warszawy zamordować. Zdziwienie
budzi wszakże nieobecność ich nazwisk w wykazach ofiar bratobójczych walk
w Polsce, choć wymienia się tam nawet nazwiska szeregowych milicjantów" (zob.
np. album "Walka" wydany w 1965 roku).
Chęciński pisał: "W dziwnych okolicznościach zginęli też inni wtajemniczeni
świadkowie pogromu. Wkrótce po tych tragicznych wydarzeniach ginie, otruty
w szpitalu, kierowniczy pracownik – WUBP Kielce – Majewski, przedwojenny
komunista, znany z uczciwości i bezkompromisowości. Pielęgniarz, który otruł
Majewskiego,
umiera tego samego dnia, gdy nadchodzi ekspertyza potwierdzająca, że Majewski
został otruty. Ten splot dziwnych >>przypadków<< nie został do dziś wyjaśniony".
Pisałem już o tym, że uniknął kary, pomimo przejściowego aresztowania, oficer
bezpieki, szef WUBP, major Władysław Sobczyński, dziś podejrzewany o to,
że był faktycznym organizatorem całej antyżydowskiej prowokacji kieleckiej.
Na
tle jego dalszej historii, a zwłaszcza olśniewającej kariery, tym bardziej
dają do myślenia represje, które uderzyły w ówczesnego komendanta wojewódzkiego
MO, ppłk. Wiktora Kuźnickiego. Podobnie jak jego zastępca mjr Kazimierz Gwiazdowicz
i mjr Sobczyński ppłk Kuźnicki był oskarżany o zaniedbanie obowiązków w dniu
zajść, ale przesiedział od nich znacznie dłużej. W ocenie Chęcińskiego, Sobczyńskiego
i Gwiazdowicza uniewinniono, w odróżnieniu od Kuźnickiego, i widać było w
czasie rozprawy w grudniu 1946 roku "zniekształcenie faktów w celu wybielenia
Sobczyńskiego
i Gwiazdowicza". Zdaniem Chęcińskiego, o nieporównanie surowszym potraktowaniu
ppłk. Kuźnickiego zadecydowało jego niezastosowanie się do dyktowanych odgórnie
reguł gry. Otóż – jak pisał Chęciński (op. cit.): "(…) Kuźnicki (…) domagał
się, żeby jego proces odbył się jawnie i żeby powołano świadków, którzy mogliby
dowieść jego niewinności. Zwracał się w tej sprawie do wszystkich możliwych
instancji i przełożonych. Ponieważ nikt na jego prośby nie reagował, zaczął
w więzieniu głodówkę. Wypuszczono go z więzienia w stanie agonalnym. W domu
kontynuował głodówkę. Po kilku tygodniach zmarł".
Krzysztof Kąkolewski pisze (op. cit., s. 134), iż "Wiktor Kuźnicki zaczął
mówić nieostrożnie, że to, co się zdarzyło w Kielcach, było >>absolutną prowokacją<<.
Mówił o tym swym współwięźniom i Kąkolewski nie wyklucza, że w rezultacie
UB
poddało go torturom tak, że z więzienia >>powrócił w stanie ruiny fizycznej
i psychicznej<<. Zmarł w wieku zaledwie 44 lat". Dość nieoczekiwany tragiczny
los spotkał później jednak również i b. zastępcę ppłk. Kuźnickiego – majora
K. Gwiazdowicza. Po latach utonął – według jednej wersji w Wietnamie, według
innej – w Laosie. Kąkolewski pisał (op. cit., s. 136): "Powierzono mu (…)
ważną misję, ale czy przypadkiem nie po to, by jako nosiciela tajemnicy zgładzić
potajemnie na obszarze bardzo dalekim od Polski".
Sprawa prokuratora Wrzeszcza
Inną formą rozprawy z człowiekiem w niewygodny sposób dla władz drążącym
sprawę zbrodni kieleckiej było zaszczucie i doprowadzenie do przedwczesnej
śmierci
prokuratora wojewódzkiego Jana Wrzeszcza. Prokurator ten na wieść o oblężeniu
domu żydowskiego na Plantach natychmiast udał się na miejsce, chcąc, zgodnie
z obowiązującym wówczas jeszcze prawem przedwojennej RP, przejąć władzę
nad aparatem policyjnym i wojskiem zgromadzonym wokół budynku i przywrócić
porządek.
Na próżno domagał się od wojska rozproszenia tłumu albo przynajmniej "wywiezienia
wszystkich oblężonych Żydów samochodami pod eskortą". Oficerowie wprost
stwierdzili, że nie wydadzą takiego rozkazu. Jak później zapisał, podpułkownik
WP, z którym
rozmawiał: "(…) odpowiedział mi, że prokurator go nic nie obchodzi i
nic tu nie ma do powiedzenia, a następnie obrócił się do mnie tyłem (…)"
(za
J. Śledzianowski, op. cit. Kielce 1999, s. 75). Nie powiodły się też próby
interweniowania przez prokuratora J. Wrzeszcza w Wojewódzkiej Radzie Narodowej.
W dokumencie o wydarzeniach, sporządzonym po tragedii lipcowej 1946 roku
i przechowywanym w Kurii Diecezjalnej w Kielcach, zapisano m.in. o wypadkach
po przybyciu prokuratora J. Wrzeszcza: "Całą akcją kierowało UB, w trakcie
walk także sam Urząd Bezpieczeństwa wezwał wojsko, co było sprzeczne z
przepisami prawa, gdyż w takich wypadkach posługiwać się wojskiem może
tylko prokurator.
Tymczasem prokuratorowi powiedziano, że jest niepotrzebny, gdyż akcją kieruje
UB. Po tym fakcie prokurator złożył oficjalny raport do Województwa i Ministerstwa,
zaznaczając, że odpowiedzialność za wypadki kieleckie spada wyłącznie na
Urząd
Bezpieczeństwa" (wg J. Śledzianowski, op. cit., s. 76).
Dzień później prokurator J. Wrzeszcz uczestniczył w Łodzi w Zjeździe Delegatów
Związku Zawodowego Pracowników Sądowych i Prokuratorskich RP jako prezes
Okręgu Kieleckiego tego związku. Pisał o tym później m.in.: "zgłoszona
została rezolucja
potępiająca mord kielecki dokonany >>przez czynniki reakcyjne<< oraz zawierająca
stwierdzenie, że mord ten okrywa hańbą cały naród polski (…). W dyskusji
zabrałem głos, mówiąc, że nie należy w rezolucji przesądzać, kto dokonał
mordu, gdyż jeszcze dochodzenie nie ustaliło tego, a my jako sędziowie
i prokuratorzy
jesteśmy przyzwyczajeni do wydawania wyroku po dokładnym zbadaniu dowodów
(…). Następnie powiedziałem, że hańba, jaka spada na nas, jest niezawiniona
przez
ten naród. Stoję bowiem na stanowisku odpowiedzialności indywidualnej,
zgodnie z nowoczesną teorią prawa karnego i obowiązującym u nas kodeksem
karnym.
Zbiorowa odpowiedzialność była bronią hitleryzmu i nasz naród oraz naród
żydowski najbardziej
odczuli skutki tej odpowiedzialności na sobie. Za zbrodnie chuliganów oraz
niedołęstwo pewnych czynników nie może spadać odpowiedzialność na cały
naród. Przemówienie moje spotkało się z gorącym przyjęciem całej sali"
(za K. Kąkolewski,
op. cit., s. 125).
Już w kilka dni później prokuratora Wrzeszcza gwałtownie zaatakowano w
organie KW PPR "Głos Robotniczy" w artykule pt. "Łajdactwo", nazywając
go prokuratorem
– obrońcą czarnej sotni (a więc grup antysemicko-szowinistycznych w stylu
tych inspirowanych niegdyś przez carską Ochranę). Jeden z najgorszych politruków
pochodzenia żydowskiego, były agent GPU-NKWD, a w 1946 roku wiceminister
sprawiedliwości,
Leon Chajn zaatakował prokuratora Wrzeszcza, insynuując, jakoby bronił
on morderców z Kielc. Wrzeszcza natychmiast zawieszono w pełnieniu funkcji
prokuratorskich.
Zapowiedziano wytoczenie mu postępowania dyscyplinarnego, ale nic takiego
nie
zrobiono. Prokurator Wrzeszcz zdecydował się na odejście z aparatu sprawiedliwości
i przejście do adwokatury. Został radcą prawnym kurii kieleckiej i osobiście
biskupa kieleckiego Czesława Kaczmarka. Bezpieka nie zapomniała jednak
o nim. Wraz z rozpoczętą później akcją przeciwko ks. bp. Kaczmarkowi aresztowano
również
i byłego prokuratora. Przesiedział dwa lata na Mokotowie, gdzie przeszedł
niezwykle brutalne śledztwo. Według relacji jego syna, zmarł przedwcześnie,
świadomie
zarażony gruźlicą (zamknięto go w więzieniu z umierającym na gruźlicę więźniem
Niemcem, który miał otwartą gruźlicę, jej ostatnią fazę). Według relacji
syna prokuratora Wrzeszcza, w momencie przyjmowania jego ojca po przywiezieniu
go
z Kielc na Mokotów oficer bezpieki powiedział mu od razu "na przywitanie":
"(…) ty już stąd nie wyjdziesz" (za K. Kąkolewski, op. cit., s. 128).
Trzeba wznowić śledztwo
Podsumowując swe uwagi ubolewam, że tak fatalny i wręcz szkodliwy tekst, za
to bardzo poprawny politycznie w czasach rządów postkomunistycznych znalazł
się w tomie wydanym właśnie teraz przez IPN. Przez nowy, reformujący się,
już niekieresowy IPN, dążący do wydobycia jak największej ilości wiedzy o
ponurych zaszłościach z przeszłości. W tej sytuacji tym mocniej apelowałbym
do nowego kierownictwa IPN, a przede wszystkim do jego prezesa dr. hab. Janusza
Kurtyki o poparcie wysiłków dla jak najszybszego kolejnego wznowienia śledztwa
w sprawie zbrodni kieleckiej i powierzenia go grupie takich prokuratorów,
którzy rzeczywiście będą dążyć do gruntownego przebadania prawdziwych kulisów
całej sprawy. Równocześnie gorąco apeluję o jak najszybsze odtajnienie wszystkich
akt śledztw prowadzonych w sprawie zbrodni kieleckiej od 1991 do 2004 roku.
Bogactwo materiałów ze śledztw opublikowanych już w tomie IPN w wyborze Jacka
Żurka pokazuje, jak bardzo potrzebne jest to odtajnienie dla przyspieszenia
poszukiwań pełnej prawdy o naszej najnowszej historii. Tego wymaga dobro
Polski, troska o prawdziwą rzetelność badań nad naszą historią.
prof. Jerzy
Robert Nowak
