Kulisy zbrodni kieleckiej

Zbliżamy się do kolejnej, 60. rocznicy krwawych zajść
kieleckich z 4 lipca 1946 roku. Posłużyły one do zainicjowania ogromnej nagonki
na rzekomy "dziki
antysemityzm" Narodu Polskiego, co przyniosło ogromne szkody dobremu imieniu
Polaków. Nagonki prowadzonej w interesie stalinowskiej Rosji. Miała ona pokazać
Zachodowi, jak bardzo w Polsce potrzebne są sowieckie wojska – do trzymania
pod butem "faszystowskich" i "antysemickich" Polaków. Zbrodnia,
zorganizowana zaledwie kilka dni po sfałszowaniu referendum z 30 czerwca 1946
roku, miała odwrócić uwagę Zachodu od kolejnego, szczególnie brutalnego pogwałcenia
demokracji w Polsce. Natychmiast wykorzystano ją do dalszego maksymalnego umocnienia
systemu represji komunistycznych w Polsce. Zdaniem syna prokuratora Jana Wrzeszcza,
zaszczutego w dobie stalinizmu: "Po pogromie terror był bardzo głęboko
odczuwalny, zakorzeniony. To (…) było zamówienie, żeby pokazać, że Polacy
są straszliwi, krwiożerczy, że trzeba ich trzymać za mordę" (cyt. za:
K. Kąkolewski, Umarły cmentarz, Warszawa 1996, s. 128).

Przypomnijmy skrótowo przebieg zbrodniczych zajść kieleckich 4 lipca 1946
roku. Tego dnia rano zaczęto rozpowszechniać pogłoskę o rzekomym porwaniu przez
Żydów 8-letniego chłopca, Henryka Błaszczyka. Kilka osób udało się z milicjantami
do budynku Wojewódzkiego Komitetu Żydowskiego przy ul. Planty 7, by domagać
się rewizji domu w poszukiwaniu chłopca. W budynku tym zamieszkiwało wówczas
wielu Żydów. Doszło do szarpaniny wewnątrz budynku, a wokół domu zaczęły się
gromadzić grupy ludzi. Do budynku zaczęli wchodzić kolejni milicjanci, a potem
grupy wojskowych i żołnierzy KBW. W niewyjaśnionych w pełni okolicznościach
doszło do strzelaniny między żołnierzami i milicjantami a Żydami, a później
do mordowania i rabunku Żydów. Do ataku na Żydów dołączały się zgromadzone
wokół domu żydowskiego grupy cywilów. Ich agresywne wystąpienia wzmogły się
po przybyciu ok. godz. 12.30 dużej grupy robotników Huty "Ludwików".
W najnowszej książce IPN o Kielcach liczebność tej grupy oceniana jest na kilkaset
osób (część autorów innych publikacji podaje tu dużo mniejsze liczby). W czasie
krwawych zajść, trwających aż 5 godzin – od godz. 10 rano do godz. 15 – zginęło
trzydzieścioro siedmioro Żydów, dwóch polskich cywilów i jeden polski oficer.

Mit o wielotysięcznym tłumie
Komunistyczne władze winę za mordy zrzucały na polski "krwiożerczy motłoch" i
kierujące rzekomo całą akcją z ukrycia "siły reakcyjne" na czele
z andersowcami. Liczni autorzy, począwszy od raportów ks. bp. Czesława Kaczmarka
i ambasadora Stanów Zjednoczonych w Warszawie Artura Bliss-Lane z 1946 roku,
już wtedy akcentowali, że większość Żydów poległa z rąk żołnierzy i oficerów.
Propaganda komunistyczna specjalnie wielokrotnie wyolbrzymiała wielkość zgromadzonego
przed domem żydowskim tłumu, aby go obciążyć całą winą za masakrę. I tak np.
w odezwie do ludności miasta Kielce i województwa z 11 lipca 1946 r. twierdzono,
jakoby Żydów zabijał "tłum 20-tysięczny przy pomocy kamieni, kijów i kopania" (cyt.
za: J. Śledzianowski, Pytania nad pogromem kieleckim, Kielce 1999, s. 99).
Zdaniem ks. Jana Śledzianowskiego, autora jednej z najgruntowniej opracowanych
książek o zbrodni kieleckiej, "Ogromny tłum – tak wielotysięczny był potrzebny
kłamcom, aby usprawiedliwić rzekomą "niemoc" władzy ludowej, milicji,
wojska i UB, zdominowanych przez wielki tłum" (tamże, s. 99). Już pierwszy
prowadzący śledztwo w sprawie kieleckiej w latach 90. sędzia Andrzej Jankowski,
dyrektor Okręgowej Komisji ds. Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu
w Kielcach, stwierdził w wywiadzie dla "Słowa – Dziennika katolickiego" (nr
199 z 1996 roku): "Zacznę od liczb, gdyż podaje się je zwykle zawyżone.
Np. tygodnik 'Wprost’ pisze, że 20 tys. kielczan biło Żydów. Jest to fizycznie
niemożliwe, jako że przy domu żydowskim na Plantach mogło się zmieścić co najwyżej
500 osób. Przy czym zdecydowana większość to byli gapie. Cywilnych uczestników
pogromu mogło być jednorazowo maksymalnie kilkudziesięciu". W wywiadzie
udzielonym parę lat później ks. J. Śledzianowskiemu, 1 marca 1998 r., sędzia
A. Jankowski stwierdził, że tłum na Plantach nie przekraczał 300 osób i w 90
proc. składał się z gapiów, w przeważającej mierze młodzieży, a nawet dzieci,
które miały wakacje i na dochodzące krzyki zbiegły się na Planty. Około 10
proc., według sędziego A. Jankowskiego, to byli prowokatorzy, którzy podburzali
zebranych z ciekawości gapiów przeciw Żydom. Mogło ich być w pierwszej fazie
pogromu około 20-30 osób" (cyt. za: J. Śledzianowski, op. cit., s. 97).
Dość zbliżone do sędziego A. Jankowskiego dane liczbowe podaje prokurator Krzysztof
Falkiewicz, autor postanowienia o umorzeniu śledztwa w sprawie pogromu kieleckiego,
wydanego 21 października 2004 roku. Według niego: "Wydaje się uzasadnione
przyjęcie, że grupa osób znajdujących się na ul. Planty i wokół budynku Komitetu
Żydowskiego w apogeum swej liczebności – po dojściu na miejsce robotników –
liczyła nie więcej jak 500 osób. Liczbę tę determinuje nie tylko materiał dowodowy,
ale także obiektywna ocena obszaru miejsca zdarzenia przeprowadzona w trakcie
jego oględzin. Z tych osób jedynie stosunkowo nieliczna część brała czynny
udział w zajściach. Grupę agresywnych uczestników z ludności cywilnej należy
szacować na co najwyżej kilkadziesiąt osób" (cyt. za: Wokół pogromu kieleckiego,
red. Ł. Kamiński i J. Żaryn, IPN, Warszawa 2006, s. 480).
Taki "tłum", złożony w przeważającej części z gapiów, mogła z łatwością
rozproszyć niewielka nawet, ale uzbrojona jednostka wojska, milicji czy UB.
A w tym czasie w Kielcach stacjonowały stosunkowo duże liczebnie formacje wojska
i różnych sił porządkowych, ze względu na to, że Kieleckie było jednym z najsilniejszych
centrów działania partyzantki antykomunistycznej. Krzysztof Kąkolewski pisał
w swej książce "Umarły cmentarz" (s. 145) o obliczeniach Zenona Wrony,
szacującego na 215 osób liczbę stacjonujących w Kielcach żołnierzy (z wojska,
KBW, Informacji Wojskowej), pracowników UB, pracowników MO. Do tego doliczył
jednak jeszcze pominięte przez Wronę takie jednostki jak II Kompania KBW, szkoła
milicyjna, służba ochrony gmachów budynków UB. Do tego dochodził również stacjonujący
w Kielcach garnizon sowiecki. Warto w tym kontekście przypomnieć uwagi Michała
Chęcińskiego, byłego oficera Informacji Wojskowej pochodzenia żydowskiego,
przebywającego od dziesięcioleci na Zachodzie. W swoim artykule na temat zbrodni
kieleckiej, opublikowanym w "Gazecie Wyborczej" z 5 lipca 2000 roku,
Chęciński pisał, że "rok wcześniej podczas pogromu w Krakowie radzieckie
czołgi wyruszyły na ulice Krakowa i niezwłocznie ochłodziły zamiary tłumu.
W Kielcach garnizon radziecki znajdował się kilkaset metrów od miejsca pogromu".
Tylko że dowódcy sowieccy nie zrobili niczego dla spacyfikowania sytuacji przed
domem na Plantach, podobnie jak przez kilka godzin nie zrobili tego dowódcy
polskich jednostek wojskowych, milicji czy UB. Zbrodnicza bezczynność stacjonujących
w mieście dużych jednostek zbrojnych polskich i sowieckich (przy równoczesnym
udziale niektórych przedstawicieli oficjalnych "sił porządku" w mordach)
spowodowała zabicie kilkudziesięciu Żydów. Warto w tym kontekście przytoczyć
opinię Bożeny Szaynok, autorki książki "Pogrom Żydów w Kielcach 4 VII
1946" (Warszawa 1991). Pisała ona tam (s. 108): "Działania milicji
służyły niewątpliwie rozwojowi wydarzeń pogromowych. Działania szefa WUBP [Wojewódzkiego
Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego – JRN] były niewątpliwie skierowane na spotęgowanie
wydarzeń pogromu". Już w 1946 r. na łamach prasy podziemnej komentowano,
że wydarzenia kieleckie pokazały taką nieudolność sił rządowych, które nie
zdusiły zajść w zarodku, iż wyglądało na to, "jakby władzy zależało na
jak największej ilości ofiar".

Podejrzenia co do winy władz komunistycznych
Zadziwiająca "nieudolność" sił proreżimowych w spacyfikowaniu sytuacji
w Kielcach, przedłużanie się krwawych zajść aż przez 5 godzin musiały od razu
wzbudzić podejrzenia co do intencji ówczesnych władz komunistycznych. Tym bardziej
że to komunistyczne władze, a zwłaszcza władze ZSRR najbardziej korzystały
na propagandowym nagłośnieniu kieleckiej zbrodni w świecie przeciwko "antysemickim
i faszystowskim" Polakom. Nic dziwnego, że bardzo szybko zaczęły się pojawiać
oceny, iż cała zbrodnia w Kielcach miała swoich ukrytych komunistycznych inspiratorów
i mocodawców.
Jako pierwsza wystąpiła z oskarżeniami tego typu – zaledwie w trzy dni po zbrodni,
7 lipca 1946 roku – grupa wybitnych intelektualistów polskich przebywających
w USA, w tym kilku osób żydowskiego pochodzenia. W opublikowanej w Nowym Jorku
deklaracji, podpisanej przez Komitet Wykonawczy Związku Obrony Niepodległości
Polski, grono intelektualistów z emigracji stwierdzało m.in.: "Zbrodnia
popełniona w Kielcach była rezultatem niesławnej prowokacji zaplanowanej przez
tajną policję reżimu warszawskiego (…) Reżimowi warszawskiemu zależy na odwróceniu
uwagi światowej opinii publicznej od swoich ogromnych problemów w administrowaniu
krajem, ponieważ nie opiera się ona na woli większości Narodu Polskiego – lecz
potężnej policji bezpieczeństwa, za którą stoi okupacyjna armia sowiecka. W
tej chwili, kiedy opinia publiczna krajów demokratycznych zaczyna sobie zdawać
sprawę z oszustw i nadużyć, jakie popełnia w Polsce prosowiecki reżim (by wspomnieć
tylko ostatnie, oszukańcze referendum), rząd warszawski sprowokował morderstwa
w Kielcach, ubierając się w togę obrońcy społeczności żydowskiej, aby pozorować,
że jest za obroną demokracji".
W dalszym ciągu deklaracji jej sygnatariusze stwierdzali m.in., że prosowiecki
reżim warszawski postawił sobie za cel przekonanie Żydów o konieczności opuszczenia
przez nich terytorium Polski. Zdaniem sygnatariuszy deklaracji z 7 lipca 1946
r., "Reżim warszawski działa na polecenie i z rozkazów Moskwy, w wyniku
posłuchu wdraża politykę taką, jaką obserwujemy w stosunku do polskich Żydów.
Używa ich także jako sposobu zaangażowania rządu brytyjskiego wobec prowadzonej
przezeń polityki w Palestynie. Co więcej, stara się zantagonizować strony i
stworzyć kryzys polityczny na Bliskim Wschodzie poprzez zaognienie konfliktu
arabsko-żydowskiego". Deklarację podpisali: H. Aszkenazy, O. Halecki,
M. Kranc, L.J. Obierek, M. Dąbrowski, W. Korsak, H. Landau, Z. Protasewicz,
S. Strzelecki, J. Frejlich, K. Kranc, J. Lechoń, R. Rathaus, K. Wierzyński.
Tezy o wydarzeniach kieleckich jako prowokacji komunistycznej pojawiały się
również w licznych innych ocenach z 1946 roku, m.in. w słynnym tajnym raporcie
biskupa kieleckiego Czesława Kaczmarka na temat zbrodni kieleckiej, przekazanym
amerykańskiemu ambasadorowi w Warszawie Arturowi Bliss-Lane, w ówczesnych raportach
ambasady amerykańskiej w Warszawie etc. Stopniowo mnożyły się różnego typu
publikacje zagraniczne i emigracyjne oskarżające sowieckie NKWD o odegranie
decydującej roli w zorganizowaniu kieleckiej zbrodni. Szczegółowo udokumentowaną
ocenę na ten temat przyniosła wydana w 1982 roku w Nowym Jorku książka cytowanego
już wcześniej byłego oficera Informacji Wojskowej Michała Chęcińskiego "Poland.
Communism – Nationalism – Antisemitism", ciągle jeszcze zbyt mało znana
w Polsce. Jej autor wyemigrował z Polski w 1968 roku. Oskarżając NKWD o przygotowanie
zbrodni kieleckiej, Chęciński jako pierwszy dowodził, że główną rolę w całej
sprawie odegrał z ramienia NKWD oficer sowieckiego wywiadu Michaił Aleksandrowicz
Diomin.
Lata 90. przyniosły wreszcie wydanie w Polsce pierwszych prawdziwie ważkich
książek na temat zbrodni kieleckiej. Mam tu na myśli przede wszystkim dwie
obszerne (ponad 200 stron każda), cytowane już publikacje, które wyszły spod
piór ks. Jana Śledzianowskiego i Krzysztofa Kąkolewskiego. Obie przyniosły
bardzo bogate udokumentowanie faktograficzne tez o zbrodni kieleckiej 1946
r. jako zbrodni komunistycznej. Tezy te znalazły wyraźne odbicie również w
wypowiedziach dwóch pierwszych osób odpowiedzialnych w latach 90. za śledztwa
na temat zbrodni kieleckiej: sędziego Andrzeja Jankowskiego i prokuratora Zbigniewa
Mieleckiego. Na odrębne odnotowanie zasługuje również ważna książka polonijna
na temat zbrodni kieleckiej, wydana w 1996 r. w Toronto i Chicago praca zbiorowa "Kielce
– July 4, 1946. Background, Context and Events". Jednym z głównych współautorów
tej książki był po tylekroć publikowany na łamach "Naszego Dziennika" znakomity
naukowiec polonijny profesor Iwo C. Pogonowski.

Sprawa nadreprezentacji Żydów w kieleckich władzach
Za najważniejsze chyba novum pojawiające się w pracach badawczych po 1989 r.
można uznać wyraźnie niepodejmowaną wcześniej w Polsce sprawę nadreprezentacji
Żydów w kieleckim aparacie władzy, w UB i PZPR. Sprawa ta miała duże znaczenie
dla szczególnie widocznego wyjątkowego skonfliktowania lokalnych władz w
Kielcach. Krzysztof Kąkolewski pisał dość szeroko w "Umarłym cmentarzu" o
zadawnionych konfliktach między komunistami pochodzenia żydowskiego a dawnymi
partyzantami z GL i AL oraz głównym agentem NKWD w Kielcach, skrajnie antyżydowskim
Władysławem Spychajem-Sobczyńskim. Jak duże było zgromadzenie osób pochodzenia
żydowskiego w kieleckim aparacie władzy, niech świadczą następujące dane
personalne, które zaczerpnąłem z różnych pozycji omawiających zbrodnię kielecką.
Otóż Żydami z pochodzenia byli m.in. prezydent miasta Kielce Tadeusz Żarecki,
szef WUBP Andrzej Kornecki (Dawid Kornhendler), sekretarz Komitetu Wojewódzkiego
PPR Józef Kalinowski, kierownik Wydziału Personalnego KW PPR Julian Lewin,
zastępca szefa Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego Albert Grynbaum,
dowódca oddziału wojskowego wysłanego na pomoc Żydom na Plantach major Konieczny,
szef wydziału personalnego WUBP Marian (po wyjeździe z Polski występował jako
Morris) Kwaśniewski. (Dane za książkami: Antyżydowskie wydarzenia kieleckie
4 lipca 1946 roku. Dokumenty i materiały, tom II, opracował i przygotował do
druku S. Meducki, Kielce 1994, s. 81, 102, 106, 139; Zabić Żyda. Kulisy i tajemnice
pogromu kieleckiego 1946, oprac. T. Wiącek, Kraków 1992, s. 6 i 11; K. Kąkolewski,
op. cit., s. 43-44, 81, 144-145; J. Śledzianowski, op. cit, s. 52, 65, 77,
138; Kielce – July 4, 1946, s. 37).
W wydanej niedawno przez IPN wspomnianej już książce "Wokół pogromu kieleckiego" pojawiają
się dodatkowe informacje o wpływowych osobach pochodzenia żydowskiego w kieleckim
aparacie władzy. W przygotowanym przez Jacka Żurka szerokim wyborze materiałów
z kolejnych śledztw w sprawie zbrodni kieleckiej możemy na przykład przeczytać
o pochodzeniu żydowskim szefa Wydziału Specjalnego (kontrwywiadu) w Kielcach
– Majewskiego, i szefa Wydziału Politycznego KW MO – Erlickiego, który później
wyemigrował do Izraela (zeznania komendanta kieleckiej milicji R. Przybyłowskiego, "Wokół
pogromu", s. 376), oraz o żydowskim pochodzeniu szefa Wojskowej Prokuratury
Rejonowej w Kielcach Golczewskiego i następcy Kalinowskiego na stanowisku sekretarza
KW PPR – Kozłowskiego (Szpryngera) (według zeznań wojewody kieleckiego E. Wiślicza-Iwańczyka, "Wokół
pogromu", s. 271). Dodatkowe informacje o żydowskim pochodzeniu innych
funkcjonariuszy kieleckiej władzy można znaleźć również we wcześniejszej części
tomu – w studium Jana Żaryna "Hierarchia Kościoła katolickiego wobec relacji
polsko-żydowskich w latach 1945-1947". Autor przytacza tam (s. 85) fakt,
że funkcjonariusze Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Kielcach
wytykali, iż "na stanowiskach kierowniczych w WUBP stoją Żydzi – wskazując
jako przykład (…) Dmowskiego, naczelnika Wydziału Pers.[onalnego] oraz naczelnika
Wydziału Więz [iennictwa] i Ob [ozów] – Blajchmana i innych (…)".
W zamieszczonym w tomie "Wokół pogromu…" tekście prokuratora K.
Falkiewicza o umorzeniu śledztwa w sprawie pogromu kieleckiego znalazło się
stwierdzenie o nadreprezentacji Żydów w kieleckich organach władzy komunistycznej
(s. 478). Powstawały na tym tle ukryte podziały i napięcia. Mogły one też mieć
swój wpływ na zbrodnicze "zaniechania" części lokalnych funkcjonariuszy
w czasie zajść.

Nowy tom IPN
Chciałbym teraz nieco szerzej odnieść się do parokrotnie już cytowanego nowego
tomu IPN "Wokół pogromu kieleckiego" pod redakcją Łukasza Kamińskiego
i Jana Żaryna. Tom, ukazujący się właśnie w tych dniach, ma szansę stać się
znaczącym krokiem naprzód w dalszych badaniach nad zbrodnią kielecką, przede
wszystkim ze względu na niezwykle cenny parusetstronicowy wybór materiałów
z dotychczasowych śledztw, prowadzonych od 1991 do 2004 roku. Wybór, przygotowany
ze znawstwem i świetnym poczuciem syntezy przez pracownika IPN Jacka Żurka,
zawiera wiele wręcz sensacyjnych materiałów po raz pierwszy udostępnianych
czytelnikom. Ma to m.in. tę ogromną zaletę, że utrudni różne manipulowania
i przemilczania w sprawie zbrodni kieleckiej, choćby takie, jakie zaprezentowane
zostały w najsłabszej, wręcz kompromitującej części tomu, we wspomnianym
już tekście postanowienia o umorzeniu śledztwa, przygotowanym przez prokuratora
Krzysztofa Falkiewicza. Co najciekawsze, w tomie IPN występują niebywale
liczne sprzeczności między jego najlepszą częścią (wyborem materiałów ze
śledztwa dokonanym przez J. Żurka) a jego najbardziej katastrofalną częścią,
tj. opus prokuratora K. Falkiewicza. Czasem sprzeczności te przybierają wręcz
formę groteski (np. sprawa pracownika NKWD Diomina). W dziale studiów zdecydowanie
największe zainteresowanie budzi praca tak wypróbowanego już historyka Kościoła
dziejów najnowszych Jana Żaryna: "Hierarchia Kościoła katolickiego wobec
relacji polsko-żydowskich w latach 1945-1947". Autor bardzo głęboko
wnika w ówczesne nader trudne uwarunkowania działalności Kościoła pod rządami
komunistycznymi, ukazując pełne rozmiary kłamliwej propagandy antykościelnej.
Już wtedy – jak pokazuje Jan Żaryn – pojawiały się perfidne próby dzielenia
hierarchów przez czynniki komunistyczne. Ich dzisiejszą dość swoistą recydywę
w innym kształcie politycznym widzieliśmy niedawno w dwóch obszernych tekstach
Adama Michnika, wielce deformujących prawdę o stanowisku Kościoła wobec zbrodni
kieleckiej. Mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości będę mógł osobno powrócić
do tematyki przedstawionej przez Jana Żaryna. Cenną lekturą jest niewątpliwie
również studium Ryszarda Śmietanki-Kruszelnickiego "Pogrom w Kielcach
– podziemie w roli oskarżonego". Jest to nader pouczające studium monstrualnego
charakteru komunistycznych manipulacji propagandowych, które w związku ze
sprawą zbrodni kieleckiej doszły do swoistego apogeum. Brak miejsca nie pozwala
mi tu na szersze ustosunkowanie się do dwóch studiów – Bożeny Szaynok "Polacy
i Żydzi lipiec 1944 – lipiec 1946" i "Spory o pogrom kielecki".
Nie zgadzam się z wielu jej konkluzjami, a zwłaszcza z wciąż dominującą skłonnością
do szukania źródeł zbrodni kieleckiej w rzekomej sile "polskiego antysemityzmu".
Tyle że B. Szaynok podaje swoje dyskusyjne tezy z troską o zachowanie podstawowych
standardów badawczych, czego absolutnie nie można powiedzieć o katastrofalnym
tekście prokuratora Krzysztofa Falkiewicza. Jego postanowienie o umorzeniu
śledztwa, zawierające ogromną ilość deformacji i przemilczeń, ukazuje się
na kilka zaledwie dni przed 60. rocznicą zbrodni kieleckiej. Grozi to – ze
względu na status autora, przedstawiciela wymiaru prawa, umarzającego śledztwo
– ogromnym dezinformowaniem opinii publicznej. Stąd też z prawdziwym żalem
muszę się zająć w całej reszcie mego tekstu prostowaniem zawartych tam deformacji
i uproszczeń, rezygnując na razie z szerszego zajęcia się innymi pozycjami
tomu, prezentującymi rzeczywiste osiągnięcia badawcze.

Deformacje i przemilczenia
Prokurator Krzysztof Falkiewicz prowadził śledztwo w latach 2001-2004. Jego
liczące ponad 40 stron druku "Postanowienie o umorzeniu śledztwa" w
sprawie pogromu kieleckiego nosi datę 21 października 2004 roku. Czytając
tekst jego "umorzenia śledztwa", odnosi się wciąż nieodparte wrażenie,
jakby autor starał się maksymalnie zasłużyć, głównie u postkomunistów. Wbrew
przeważającym opiniom badaczy i przytłaczającym dowodom prokurator Falkiewicz
przywrócił do życia zdawałoby się już martwą teorię o zbrodni kieleckiej
jako efekcie polskiego antysemityzmu, po raz pierwszy wylansowaną przez władze
komunistyczne w 1946 roku. Równocześnie zaś z ogromną pasją zabrał się za
obalanie coraz bardziej dominującej i… udokumentowanej tezy o tym, że inspiratorami
kieleckiej zbrodni byli pracownicy sowieckiego NKWD. Przypomnę tu, że tezę
o odpowiedzialności NKWD za kielecką zbrodnię 1946 r. wyraźnie podzielali
prowadzący śledztwa przed prokuratorem Falkiewiczem – sędzia Andrzej Jankowski
i prokurator Zbigniew Mielecki. Prokurator Falkiewicz najwyraźniej gruntownie
zerwał z osiągnięciami ich dorobku śledczego, aby wrócić do dawno skompromitowanej
tezy o zbrodni kieleckiej jako wyniku "spontanicznego" wybuchu
polskiego antysemityzmu.
Aby dowieść swych "rewelacji", prokurator Falkiewicz depcze prawdę
i ilustrujące ją fakty, stara się przemilczeć maksymalnie wiele spraw przeczących
jego tezom. W razie potrzeby nie waha się nawet przed sięganiem do najbardziej
kuriozalnych uogólnień. Oto dzisiaj – w 2006 roku – w tomie IPN można przeczytać
arcyodkrywcze stwierdzenia prokuratora Falkiewicza, jakoby Związek Sowiecki
nie miał "żadnego oczywistego interesu" w zorganizowaniu zajść kieleckich!!!
Trzeba podziwiać tupet, z jakim prokurator Falkiewicz podjął się tak karkołomnego
zadania jak udowodnienie tezy o zbrodni kieleckiej jako wyniku "spontanicznego" wybuchu
polskiego antysemityzmu. Ci, którzy głosili tę tezę w 1946 r. w imieniu władz
komunistycznych, podpierali ją fałszami o rzekomych siłach faszystowsko-reakcyjnych,
które zmobilizowały tłumy polskich zajadłych antysemitów do krwiożerczych działań
w Kielcach. Dziś na takie twierdzenia nie można się już powoływać, bo kolejne
śledztwa niezaprzeczalnie dowiodły, jak oszczercze były twierdzenia o rzekomych "faszystowsko-reakcyjnych" inspiracjach.
Przyznaje to sam prokurator Falkiewicz w swym "umorzeniu". Śledztwa
dowiodły również, jak wcześniej zaznaczyłem, że nie było żadnych wielotysięcznych
tłumów, a liczba uczestników zbiegowiska mogła sięgać góra 500 osób. I jak
tu teraz prokurator Falkiewicz może wytłumaczyć na tym tle, że z tak niewielką
grupą (bo agresywnie występowało tylko kilkadziesiąt osób) nie mogły uporać
się aż przez pięć godzin siły porządku w dużym mieście wojewódzkim, siły złożone
z kilkuset uzbrojonych żołnierzy, żołnierzy KBW, milicjantów, pracowników UB.
Jakie wyjście znajduje w tej sytuacji prokurator Falkiewicz, by dowieść swej
fantastycznej tezy? Otóż winę za pięciogodzinne przeciąganie się krwawych zajść
i mordowanie Żydów zrzuca na różne spory kompetencyjne między UB, MO a wojskiem,
sprzeczne rozkazy, ciągłe nieporozumienia w lokalnych komunistycznych siłach
porządku. Jakby w ogóle nie było ogromnego scentralizowania całej ówczesnej
władzy! Jakby nie wystarczyło dosłownie jednego polecenia z Warszawy do natychmiastowego
rozstrzygnięcia sporów kompetencyjnych i powołania jednego głównego dowódcy
mającego obronić dom żydowski. Tylko że takiego polecenia nie było przez brzemienne
pięć godzin. Władzy najwyraźniej zależało na tym, by zajścia się rozszerzały,
a nie gasły. Groteskowe wręcz jest tłumaczenie prokuratora Falkiewicza, iż "zasadniczą
przyczyną uniemożliwiającą opanowanie sytuacji była niemożność użycia broni
palnej wobec agresywnej grupy osób z tłumu. Zakaz taki wynikał z wyraźnych
poleceń w tym zakresie wydawanych przez funkcjonariuszy państwowych szczebla
centralnego, w tym ministra gen. Spychalskiego, który podejmując taką decyzję,
nie posiadał dobrej oceny skali wydarzeń" (Wokół pogromu kieleckiego,
s. 479). Jak wiemy z innych przykładów z owych lat, funkcjonariusze władzy
komunistycznej wcale nie patyczkowali się z użyciem broni palnej przeciw tłumom.
A tu dopuszcza się trwanie pięciogodzinnych zajść i zamordowanie 40 ludzi,
których władza powinna była chronić. Jeśli gen. Spychalski "nie posiadał
dobrej oceny wydarzeń", to przecież chyba należy wątpić w brak takiej
oceny u stojących znacznie wyżej od niego ludzi typu Bermana i Bieruta, na
bieżąco informowanych wielu kanałami informacyjnymi o tym, co się dzieje w
Kielcach. Nie mówiąc o rezydentach tak potężnego sowieckiego wywiadu. Dziwne,
że nikt z wierchuszki partyjnej i państwowej przez tyle godzin nie zdecydował
się na wydanie rozkazu rozproszenia tłumu już choćby samą groźbą użycia broni
palnej. Rzecz w tym jednak, że wśród atakujących dom żydowski i mordujących
Żydów dominowali przedstawiciele komunistycznych "sił porządku",
żołnierze, żołnierze KBW, milicjanci. A nie robiliby tego chyba bez czyjejś
inspiracji i poczucia bezkarności. Prokurator Falkiewicz dziwnie jakoś przemilcza
rozliczne dowody istnienia takiej odgórnej inspiracji. I to pomimo faktu, że
pojawiały się one wielokrotnie w toku śledztw i są niejednokrotnie odnotowywane
na kartach znakomitego wyboru materiałów śledczych dokonanego przez Jacka Żurka.
Nie dowiemy się od prokuratora Falkiewicza również niczego o "niepasujących" mu
do tekstu wcześniejszych bardzo znaczących ustaleniach, wskazujących na winę
przynajmniej części władz. Dlaczego prokurator Falkiewicz przemilcza na przykład
napisaną już 19 lipca 1946 roku opinię ówczesnego naczelnego prokuratora WP
płk. Henryka Holdera? Cóż stwierdził płk Holder? Otóż odręcznie dopisał w sprawozdaniu
skierowanym do zastępcy naczelnego dowódcy WP gen. M. Spychalskiego: "Ze
sprawozdania wynika nie tylko indolencja władz odpowiedzialnych za bezpieczeństwo
i porządek w Kielcach, ale wręcz udział i [słowa nieczytelne] szeregu osób
urzędowych w dokonywaniu pogromu" (cyt. za: J. Śledzianowski, s. 80).
Jak na tle tego "udziału (…) szeregu osób urzędowych w dokonywaniu pogromu" wygląda
lansowana przez prokuratora Falkiewicza teza o "spontaniczności" zbrodni
kieleckiej?
Inna, dość podobna sprawa. Andrzej Jankowski, sędzia sądu wojewódzkiego w Kielcach,
w swym postanowieniu z 22 czerwca 1992 r. tak pisał m.in. w uzasadnieniu wszczęcia
śledztwa w sprawie pogromu Żydów w Kielcach (wybór J. Żurka, w: Wokół pogromu,
s. 217): "W toku postępowania (…) ustalono, że w czasie tzw. pogromu
Żydów w Kielcach 4 VII 1946 postępowanie organów i niektórych osób odpowiedzialnych
za zapewnienie porządku i bezpieczeństwa było tego rodzaju, że nasuwa się podejrzenie,
że nie zależało im na natychmiastowym stłumieniu zamieszek (…), prawdopodobna
staje się teza, że do pogromu doszło w wyniku czyjegoś zorganizowanego działania,
które to działanie co najmniej szło na rękę niektórym organom ówczesnych władz
polskich lub 'sprzymierzonych’". Prokurator Falkiewicz odrzuca tę ostatnią
tezę. Dlaczego więc nie zdobywa się na żadne przekonywające obalenie podejrzeń,
że niektórym organom nie zależało na natychmiastowym stłumieniu zamieszek?
Podane przez niego informacje o różnych sporach kompetencyjnych między szefami
UB, MO etc. nic nie wyjaśniają.
Trzeba przyznać, że prokurator Falkiewicz z dużą werwą stara się za wszelką
cenę podważyć zeznania dowodzące ubeckiej zbrodni, choćby zeznania Henryka
Błaszczyka, rzekomo porwanego w lipcu 1946 roku. Skrajnie tendencyjne są również
głoszone przez prokuratora Falkiewicza pochwały stanowczych działań władz komunistycznych
po zajściach kieleckich, uparte dowodzenia rzekomych szlachetnych intencji
tych władz. Jest to jedna z najbardziej groteskowych części umorzenia (vide
strony 477 i 478). I znowu spotykamy się z bardzo wielką porcją przemilczeń
rzeczy niepasujących do obrazu kreowanego przez prokuratora Falkiewicza. Nie
dowiemy się na przykład, jakie były przyczyny uniewinnienia najbardziej winnego
zbrodniczych "zaniechań" szefa WUBP Władysława Sobczyńskiego-Spychaja.
A już z poprzednich śledztw wynikało, że uniewinniono go, bo za wiele wiedział
o przyczynach zbrodni.

prof. Jerzy Robert Nowak

Kulisy zbrodni kieleckiej (2)

drukuj