Pawłokoma: niech przemówi historia, a nie polityka

Z doktorem Zdzisławem Koniecznym z Przemyśla, historykiem, byłym dyrektorem
Archiwum Państwowego w Przemyślu, autorem książki o wydarzeniach w Pawłokomie
w 1945 r., rozmawia Waldemar Moszkowski

Na 13 maja planowane jest spotkanie prezydentów Polski i Ukrainy Lecha Kaczyńskiego
i Wiktora Juszczenki w Pawłokomie, gdzie na wniosek strony ukraińskiej zostanie
odsłonięty pomnik na mogile ukraińskich mieszkańców tej wsi. Spotkanie ma się
stać kolejnym przejawem normalizacji stosunków i pojednania między naszymi
narodami. W tej nieznanej większości Polaków wsi 3 marca 1945 r. doszło do
polskiej akcji odwetowej, w wyniku której zginęli Ukraińcy. Co można w skrócie
powiedzieć o historii tej miejscowości?
– Pierwsza wzmianka historyczna o Pawłokomie pochodzi z XV wieku. Obecnie wieś
należy do gminy Dynów, powiat rzeszowski, województwo podkarpackie. W roku
1938 liczyła 1171 mieszkańców, w tym 273 Polaków i 898 Ukraińców. We wsi były
cerkiew, świetlice – ukraińska i polska. W latach II Rzeczypospolitej, w czasie
okupacji niemieckiej, sowieckiej i ponownie niemieckiej wieś znana była z antypolskich
wystąpień Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN). Podczas okupacji sowieckiej
wywieziono na Sybir w 1940 r. sześć polskich rodzin – 40 osób. W czasie okupacji
niemieckiej (1941-1944) wielu ukraińskich mieszkańców współpracowało z hitlerowcami,
za co kilku z nich zostało skazanych przez sądy Polski Podziemnej na karę śmierci.
Do SS Galizien wstąpiło 10 Ukraińców. We wsi była komórka Armii Krajowej. Kilku
jej członków zostało aresztowanych i zamordowanych przez policję ukraińską.
Ponadto gestapo aresztowało czterech mieszkańców wsi, w tym jedną Ukrainkę,
których więziono w obozach koncentracyjnych. Prawie 200 Ukraińców pracowało
w Niemczech w ramach wyjazdów ochotniczych i przymusowych. W styczniu 1945
r. we wsi mieszkało 570 Ukraińców. W akcji odwetowej zginęło około 150 mężczyzn
ukraińskich sympatyzujących z OUN-UPA lub do niej należących. We wsi przebywali
uciekinierzy z Wołynia i Małopolski Wschodniej. Dziś wieś liczy 520 mieszkańców,
posiada kościół i szkołę.

Trudno jest zrozumieć stosunki polsko-ukraińskie w minionych latach bez podania
przyczyn…

– Ukraińcy zamieszkujący ziemie II Rzeczypospolitej dążyli do stworzenia własnego
państwa z ziem oderwanych od Polski. Uważali oni za etnicznie ukraińskie: Wołyń,
województwa – stanisławowskie, tarnopolskie, część lwowskiego, łącznie z dzisiejszymi
powiatami Polski: ustrzyckim, sanockim, leskim, krośnieńskim, jasielskim, nowosądeckim
wraz z Krynicą, przemyskim, rzeszowskim z Rzeszowem, przeworskim, jarosławskim,
łańcuckim, wschodnią częścią powiatu kolbuszowskiego z Sokołowem, wschodnią
częścią powiatu niżańskiego z Rudnikiem i Ulanowem nad Sanem. Za swoje ziemie
etniczne uważali również wschodnią część województwa lubelskiego z dzisiejszymi
powiatami: biłgorajskim, hrubieszowskim, tomaszowskim, zamojskim, bialskopodlaskim,
chełmskim, włodawskim aż po Lublin. Koncepcja ta była realizowana przez nacjonalistów
ukraińskich do 1947 r. Dziś skrajne elementy nacjonalistów ukraińskich wysuwają
takie same roszczenia terytorialne.

Chodzi o tzw. Zakerzonie (Zacurzonie), jak to określają Ukraińcy, o którym
można przeczytać nawet w ukraińskiej prasie ukazującej się w Polsce?
– Tak, oni to traktują po prostu jako ziemie okupowane lub ewentualnie je określają
wymyślonym przez siebie ukraińskim terminem "Zakierzonija".
Wróćmy jednak do genezy OUN-UPA. Po przegranej wojnie w 1919 r. nacjonaliści
ukraińscy w celu dalszej walki z Polską utworzyli Ukraińską Organizację Wojskową,
której członkowie wstąpili do powstałej w 1929 r. Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów,
która kontynuowała walkę o oderwanie od Polski tych terenów. OUN w oparciu
o doktrynę Dmytro Doncowa, która dopuszczała stosowanie wszelkich metod, nawet
zbrodni, jeśli miałyby służyć interesom Ukrainy, dążyła do utworzenia państwa
ukraińskiego, podejmowała też wysiłki zmierzające do usunięcia z terenów "etnicznie
ukraińskich" wszystkich obcych, w tym Polaków.

Jaka była skala fizycznego eliminowania Polaków z terenów, do których OUN-UPA
rościła pretensje w latach II wojny światowej i po jej zakończeniu?
– Dążąc do usunięcia Polaków z ziem uznawanych przez nacjonalistów ukraińskich
za "swoje", w latach 1943-1947 starano się zmusić ich do opuszczenia
tych terenów, a w przypadku oporu dokonać likwidacji fizycznej. Realizując
ten ludobójczy plan, OUN-UPA wymordowała na Wołyniu około 60 tys. Polaków,
a w województwach stanisławowskim i tarnopolskim oraz wschodniej części województwa
lwowskiego około 90 tys. Na terenach obecnej Polski zginęło z rąk OUN-UPA ponad
8 tys. Ogółem przez OUN-UPA zostało zamordowanych około 160 tys. Polaków, w
tym kobiety, dzieci i starcy. Trzeba podkreślić, że było to ludobójstwo dokonane
na ludności polskiej. Niestety, tego określenia nie używają politycy, a rzadko
historycy i publicyści.

Kremlowscy politycy już wykorzystują tę niekonsekwencję polskiej polityki,
broniąc się przed uznaniem za ludobójstwo wymordowania polskich oficerów m.in.
w Katyniu, Charkowie i Kalininie. Zarzucają nam stosowanie podwójnych standardów:
22 tys. rozstrzelanych polskich oficerów to ludobójstwo, a 160 tys. wymordowanych
Polaków to nie? Akurat tu nie sposób nie przyznać im racji…
– To prawda. Słusznie domagamy się karania odpowiedzialnych za ludobójstwo
Niemców i Rosjan, milczymy natomiast o ludobójstwie dokonanym przez OUN-UPA.
Zbrodni ludobójstwa na Polakach popełnionych przez OUN-UPA nie potępił wyraźnie
rząd Ukrainy ani Związek Ukraińców w Polsce. Dlaczego?

Wracając do sprawy Pawłokomy, jakie były przyczyny polskiej akcji odwetowej?
– Od roku 1944 miały miejsce liczne bestialskie zbrodnie dokonywane na ludności
polskiej przez OUN-UPA w okolicznych i dalej położonych od Pawłokomy wioskach.
Mordowano mężczyzn (w tym księży), kobiety i dzieci, jak to miało miejsce
np. w Iskani i w Borownicy. Duchownych zamordowano pod koniec okupacji niemieckiej.
Pogrzeb księdza Józefa Kopcia z Borownicy, który odbył się w Dynowie, był
wielką manifestacją polskiego społeczeństwa – miasta, okolicznych wiosek
i mieszkańców Borownicy. W wioskach gminy Dynów, w tym w Pawłokomie, zamieszkiwali
uciekinierzy z Wołynia i Małopolski Wschodniej. Przebywały tam też oddziały
Armii Krajowej przybyłe ze wschodu, którym udało się uniknąć rozbrojenia
i aresztowania przez NKWD. Niektórzy z nich stracili swych krewnych i przyjaciół
zamordowanych przez OUN-UPA. Można więc zrozumieć, że pałali oni chęcią odwetu
na nacjonalistach ukraińskich i Ukraińcach w ogóle. Tymczasem OUN-UPA groziła
wyrżnięciem Polaków, którzy nie opuszczą wiosek na prawym brzegu Sanu. Znając
dotychczasowe zbrodnie popełnione na ludności polskiej, mieszkańców wielu
wsi, w tym Pawłokomy, ogarnął popłoch. W Pawłokomie oddział UPA uprowadził
10 mieszkańców, w tym członków AK i jedną Ukrainkę, która sprzyjała Polakom.
Po uprowadzonych wszelki ślad zaginął. Przerażeni chłopi, uciekając z Pawłokomy,
podobnie jak mieszkańcy innych wiosek, zostawiali na pastwę losu swe gospodarstwa.
W tej atmosferze zagrożenia przypominano sobie wszystkie krzywdy doznane
od nacjonalistów ukraińskich, uprowadzenia i morderstwa. W Dynowie odbywały
się burzliwe wiece, podczas których domagano się od władz w Brzozowie zaprowadzenia
porządku i ukarania winnych zbrodni na Polakach. Starostwo milczało, nie
mając żadnych możliwości. Siły milicji wywodzącej się z AK były niewielkie,
a wojsko przebywało na froncie. Na oddziały sowieckie nikt nie mógł liczyć.
Napadały one na okolicznych mieszkańców i rabowały ich, rozbrajały milicję,
a ich członków czasami dotkliwie bito. W tej sytuacji polskie podziemie niepodległościowe
podjęło decyzję przeprowadzenia akcji odwetowej w znanej z antypolskich wystąpień
Pawłokomie. Jej celem było ostrzeżenie, że Polacy nie będą dalej tolerować
napadów i zabójstw ludności polskiej przez OUN-UPA tak w Pawłokomie, jak
też w okolicznych wioskach, jeżeli będą się one powtarzać.

Ilu Ukraińców zginęło w akcji odwetowej w Pawłokomie?
– Mieszkańcy wsi i biorący udział w akcji odwetowej żołnierze poakowskiego
oddziału "Wacława" oraz lokalnych samoobron podają zgodnie, że
zostało zastrzelonych około 150 Ukraińców (mężczyzn) działających w OUN-UPA
lub z nią współpracujących. Ukraińcy natomiast podają, że zostało zastrzelonych
366 osób, w tym kobiety i dzieci. Utrzymują również, że część kobiet i dzieci
została przez oddział "Wacława" przekazana UPA w Gdeszynie, a część
wypędzono w kierunku Birczy z nakazem udania się na Ukrainę. O tym, ilu więc
Ukraińców zostało rozstrzelanych w Pawłokomie, mogłaby rozstrzygnąć ekshumacja.
Ale tej nie domagali się Ukraińcy i nie zrobiły tego władze polskie. Dlaczego
więc przyjmuje się tylko jedną wersję – ukraińską? Należy również zapytać,
dlaczego spór o liczbę rozstrzelanych, wbrew polskim opiniom, jest wiarygodny
tylko w oparciu o twierdzenia ukraińskie, w tym członka UPA Piotra Poticznego,
który w wydanej we Lwowie w 2001 r. pracy "Pawłokoma – istorija seła
1441-1947" ("Pawłokoma – historia wsi 1441-1947") dolicza
osoby zabite przed 3 marca 1945 r. i po nim, a także Ukraińców zastrzelonych
poza Pawłokomą. Spis Poticznego nie zgadza się ze spisem ludności ukraińskiej
Pawłokomy sporządzonym przed pacyfikacją przez miejscowego księdza greckokatolickiego.
Nie podaje w nim części nazwisk zastrzelonych osób, przy innych różnią się
imiona i daty urodzenia. Część wykazanych zastrzelonych przebywała w tym
czasie na robotach w Niemczech, a inna część przebywała poza wsią, w innych
miejscowościach Polski. Ważnym epilogiem tragedii było spalenie Pawłokomy
przez OUN-UPA w październiku 1945 r. Stosowała ona taktykę "spalonej
ziemi", aby uniemożliwić zasiedlenie jej przez polskich uchodźców i
repatriantów z ZSRS. Gdy przy tak podstawowych wątpliwościach nie przeprowadza
się ekshumacji i przyjmuje jednostronną i – jak jestem przekonany – wątpliwą
wersję wydarzeń, muszę zapytać, czy nie kroi się nam powtórka z Jedwabnego.
Tam też nie dokonano ekshumacji, ponieważ nie godzili się na to Żydzi. Ja
nie mam nic przeciwko Żydom, ale tu jest państwo polskie, w którym obowiązują
określone prawa, i trzeba było tę sprawę wyjaśnić do końca. A można było.

Tymczasem niestety również w Polsce stawia się pomniki gloryfikujące OUN-UPA,
przekłamujące prawdę, zacierające ślady…

– Takiej operacji dokonano nawet na cmentarzu żołnierzy polskich w Przemyślu
poległych w walce z UPA. Na ich mogiłach widniały kiedyś tabliczki z napisem: "Poległ
w walce z bandami UPA". Tak zwani nieznani sprawcy ściągnęli te wszystkie
tabliczki, zamieniając je na inne: "NN żołnierz Wojska Polskiego, zmarł
w 1945 r.".

Przepraszam, jacy nieznani sprawcy? Zwykle ten eufemizm
stosowany był wobec sprawców "nieznanych" tylko oficjalnie…

– Nieznani sprawcy, bo nikt nie wie, nikt nie pamięta, nikt nie chce pamiętać…
Ja też nie potrafię powiedzieć kto, bo naprawdę nie wiem. Ale wróćmy do Pawłokomy.
Strona ukraińska akcentuje, że akcji odwetowej dokonał oddział Armii Krajowej.
Stawiają więc na tej samej płaszczyźnie AK i UPA. W taki sposób można by konflikt
polsko-ukraiński uprościć do schematu: mordowali Polacy Ukraińców, Ukraińcy
mordowali Polaków. W czym zatem tkwi różnica? Mamy przecież symetrię…

A przecież planowane spotkanie w Pawłokomie może zostać
ocenione właśnie jako próba "symetrycznego", politycznego odwzajemnienia
się przez Polskę stronie ukraińskiej za spotkanie Leonida Kuczmy z Aleksandrem
Kwaśniewskim
w Porycku (Pawliwce) 11 lipca 2003 r. Tam ukraińscy nacjonaliści okrutnie wymordowali
około 300 Polaków w kościele. W Pawłokomie z kolei ma być mowa o polskiej winie.
Czy rzeczywiście możemy tu mówić o historycznej symetrii i czy przyjęcie takiego
schematu nie zabija prawdy?
– Co więcej, pojednanie polsko-ukraińskie ma być również polską odpowiedzią
na zgodę władz ukraińskich na otwarcie cmentarza Orląt we Lwowie. Istnieje
jednak problem. Na cmentarzu Orląt spoczywają Polacy polegli w wojnie polsko-ukraińskiej
w latach 1918-1919 oraz w walce z bolszewikami w 1920 r. Gdyby pojednanie odbywało
się na jednym z cmentarzy żołnierzy Ukraińskiej Armii Galicyjskiej, którzy
zmarli w obozach jenieckich, i internowanych w Polsce, sprawa byłaby prosta.
Dotyczyłaby tego samego okresu. Pawłokoma takiego statusu nie ma.
Często dokonuje się przy tym wielu innych uproszczeń. Milicja, która powstawała
na terenach zagrożonych przez UPA, wyglądała zupełnie inaczej niż np. milicja
warszawska czy lubelska, czyli na obszarach zwarcie zamieszkałych przez ludność
polską. Na terenach zagrożonych przez OUN-UPA dowódcy AK i BCh kierowali swoich
członków do milicji, dlatego że mogli oni legalnie posiadać broń, w obronie
miejscowej ludności. Zostali oni później z milicji usunięci: część z nich zwolniono,
a niektórych nawet aresztowano, jak to się zdarzyło np. w powiecie lubaczowskim.

Jak będzie odbierana próba pojednania w Pawłokomie?
– Różnie. Zadowoleni będą Ukraińcy, gdyż przyznajemy im, że polskie podziemie
niepodległościowe w akcji odwetowej zabiło 366 osób, w tym kobiety i dzieci.
Usprawiedliwia to OUN-UPA, która mordowała mieszkańców polskich wsi nie tylko
na Kresach, ale również na terenach obecnej Polski, tłumacząc swoje zbrodnie
odwetem za morderstwa dokonywane przez Polaków na niewinnej ludności ukraińskiej.
Prasa będzie podawała informacje, jak np. "Dziennik" z 22-23 kwietnia
br., zamieszczając artykuł M. Majewskiego, który napisał: "Ukraińcy
za przyzwoleniem Niemców wymordowali 60 tys. Polaków. Zaś w Akcji Wisła w
1947 i w 1948 r. polska władza ludowa wysiedliła na ziemie odzyskane ok.
130 tys. Ukraińców i Łemków. Według źródeł ukraińskich zginęło wówczas także
kilkadziesiąt tysięcy ludzi". Jest to zupełna nieprawda, ale zgodnie
z twierdzeniem Goebbelsa, ciągle powtarzana, za sto pierwszym razem może
zostać uznana przez ludzi za prawdę.
Inną opinię będą prezentować mieszkańcy Pawłokomy, którzy przeżyli i pamiętają
zarówno okrucieństwa upowców, jak i akcję odwetową, w której, jak twierdzą,
zginęło 150 członków OUN i wspierających UPA ukraińskich mieszkańców wsi. Jak
odbierać będą takie "pojednanie" członkowie polskiego podziemia niepodległościowego
broniący ludności polskiej przed napadami OUN-UPA oraz walczący z narzuconą
Polsce władzą?

Federacja Organizacji Kresowych już wystosowała list
otwarty do prezydenta RP, w którym protestuje przeciwko pojednaniu, w którym
zbrodnie ludobójstwa
nie zostały przez Ukraińców potępione, a zbrodniarze – osądzeni, a wręcz są
usprawiedliwieni. Działacze Federacji mają żal do polityków, że gdy "pomordowani
Polacy milczą, żyjących świadków nikt nie pyta o zdanie"…

– Czy nikt nie zastanawia się, jak jest to odbierane przez mieszkańców tych
terenów? Politycy dążący do dobrych stosunków z Ukrainą winni w większym stopniu
zwracać uwagę na rozwój naszych wzajemnych stosunków gospodarczych, kulturalnych
i wymianę młodzieży. Właśnie rezultaty takich działań będą wpływały na pozytywne
kontakty nie tylko między naszymi rządami, ale i zwykłymi ludźmi żyjącymi po
obu stronach granicy.

Zdaniem ukraińskiego historyka prof. Wiktora Poliszczuka, "wystarczy
wyeliminować z tych stosunków działania struktur nacjonalizmu ukraińskiego
od jego powstania w latach 20. i do dnia dzisiejszego, a okaże się, że do całej
reszty narodu ukraińskiego lub jego części Polacy nie mają jakichkolwiek zastrzeżeń,
jak też nie ma zastrzeżeń wobec Polski co najmniej 95% Ukraińców". Czy
w tym kontekście uroczystości w Pawłokomie nie pomogą w legitymizacji OUN-UPA
jako "uprawnionej" strony konfliktu i równorzędnego podmiotu wobec
AK? Inaczej mówiąc: czy nie pomagamy w ten sposób nacjonalistom ukraińskim
wyciągnąć z szafy trupa UPA, który wyciągając rękę w geście "pojednania",
faktycznie stoi mu na przeszkodzie?
– To prawda. Trudne stosunki polsko-ukraińskie w przeszłości wymagają rozważnego
i poważnego opracowania. Dokonać go winni historycy, a nie politycy, którzy
kształtują obecne stosunki z Ukrainą. Pawłokoma jest wyłącznie jednym z licznych
epizodów z przeszłości. Aby jednak stosunki polsko-ukraińskie układały się
dobrze, muszą się one opierać na prawdzie postrzeganej jednakowo przez obie
strony. Trzeba ją przedstawić taką, jaką ona była, bez przekłamań i przeinaczeń.

Słuchając niektórych polityków, czasami można nawet odnieść absurdalne wrażenie,
że ten, kto występuje przeciwko OUN-UPA, działa przeciwko pojednaniu czy narodowi
ukraińskiemu… Ale przecież OUN-UPA okrutnie mordowała również dziesiątki
tysięcy Ukraińców, którzy nie chcieli zabijać Polaków…
– Z pewnością mamy wielki dług wdzięczności wobec tych Ukraińców, którzy udzielali
pomocy swym polskim sąsiadom, ostrzegali przed napadami OUN-UPA i rzeczywiście
często płacili za to życiem, mordowani przez swych rodaków. O tym też warto
mówić. Dosłownie w tych dniach ukazała się moja najnowsza książka na temat
stosunków polsko-ukraińskich na terenach obecnej Polski w latach 1918-1947.
Z tego co udało się ustalić, na tym terenie OUN-UPA zamordowała ponad 400 Ukraińców.
Zabijała ich Służba Bezpeky i tzw. Samoobronne Kuszczowe Widdiły (SKW).

Doktor Aleksander Korman w swoim referacie opublikowanym
w czasopiśmie "Na
Rubieży"[1] podaje aż 136 udokumentowanych najbardziej wyrafinowanych
tortur, jakich dopuszczali się ukraińscy nacjonaliści na swoich ofiarach. Przyznam
szczerze, że całej tej potwornej listy nie udało mi się przeczytać do końca.
Mimo to z OUN-UPA uparcie tworzy się legendę…
– Tym bardziej nie wolno więc pozwalać na stawianie na naszych ziemiach pomników
upamiętniających sotnie UPA z napisami: "Polegli za wolną Ukrainę".
Dziś dawni członkowie tej zbrodniczej organizacji twierdzą, że oni również
walczyli z komunistyczną władzą w Polsce. Ale czy walka ta wymagała ludobójstwa
ludności polskiej tak w czasie wojny, jak też po uwolnieniu tych terenów od
okupacji niemieckiej i po wojnie? Trzeba w tym kontekście podkreślić, że ówczesne
wojsko polskie, niezależnie od tego, komu było wtedy podporządkowane, walczyło
z UPA o integralność ziem państwa polskiego, w granicach, które zostały określone
w układach wielkich mocarstw. Walczyło wówczas również w obronie życia i mienia
ludności polskiej.

Tymczasem prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko, występując
w ubiegłą sobotę z cotygodniowym radiowym przemówieniem do narodu, jednoznacznie
i zdecydowanie
wezwał nowo wybrany parlament, by uznał banderowców za "weteranów Wielkiej
Wojny Ojczyźnianej": "Rada Najwyższa winna oddać cześć wszystkim,
którzy bronili swojej Ojczyzny, i zagłosować za prawem, które uznaje bojowników
UPA za weteranów wojny. Jest to nasz dług wobec pokolenia rodziców… Przedkładam
swoje wielkie oczekiwania nowemu parlamentowi. Mam nadzieję, że zdoła on rozwiązać
problem statusu wszystkich, którzy walczyli. (…) To winno stać się jednym
z punktów politycznego porozumienia na temat formowania koalicji" – ocenił
lider pomarańczowej rewolucji, którego słowa cytuje rosyjska agencja Regnum…
– No cóż… My, Polacy, szczególnie ci z dawnych Kresów Wschodnich i dzisiejszych,
mamy tylko smutne doświadczenia z UPA. W naszej zbiorowej pamięci upowiec to
nie weteran II wojny światowej, ale ten, który mordował, często w okrutny sposób,
cywilną ludność polską, a jej wioski zamieniał w perzynę.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

[1] Aleksander Korman, Ukraińska Powstańcza Armia na terenach II Rzeczypospolitej
Polskiej i jej stosunek do ludności polskiej, w: "Na Rubieży", nr
35/1999. Zob. także: http://www.kki.pl/piojar/polemiki/rubiez/wirtuoz/wirtuoz.html

drukuj