Sprzeczne raporty
20 lat po awarii reaktora w Czarnobylu eksperci nie są jednomyślni w ocenie
jej skutków dla ludzi
Po 20 latach od awarii reaktora w czarnobylskiej elektrowni
atomowej wydarzenie to nadal uznawane jest za jedną z największych katastrof
przemysłowych w dziejach
ludzkości. Chociaż obecnie dobrze znamy przyczyny tragedii, to jednak trwają
zaciekłe spory o jej konsekwencje i rozmiary poczynionych szkód. Wokół czarnobylskiej
katastrofy wywiązał się także spór natury ideologicznej o przyszłość energetyki
jądrowej.
Dokładnie 20 lat temu, 26 kwietnia 1986 r., o godz. 1.24 nad ranem nastąpiła
awaria reaktora nr 4 w Czarnobylskiej Elektrowni Atomowej. W wyniku nieodpowiedzialnego
eksperymentu prowadzonego na przestarzałym reaktorze RBMK nastąpiły dwie
eksplozje. Wbrew skojarzeniom, jakie zagościły w powszechnej świadomości,
nie był to wybuch
reaktora jądrowego ani też eksplozja jądrowa. Pierwsza z owych dwóch eksplozji
w reaktorze stanowiła wybuch pary, a następnie wodoru. W tym drugim przypadku
doszło do tego na skutek wydzielenia dużej ilości ciepła z paliwa jądrowego
i zapalenia się grafitowego moderatora w reaktorze. Towarzyszyło temu intensywne
wydzielanie się wodoru, który po zetknięciu z tlenem eksplodował. W wyniku
wybuchu
do atmosfery wydzieliła się ogromna ilość materiału promieniotwórczego. W
ocenie autorów raportu opublikowanego w marcu przez Instytut Problemów Jądrowych
(IPJ)
w Świerku, Wojciecha Trojanowskiego, Ludwika Dobrzyńskiego i Ewy Droste,
do atmosfery przedostało się zaledwie 200 razy mniej radioaktywnego materiału
niż ze wszystkich
wybuchów jądrowych.
Obecnie, po 20 latach od czarnobylskiej katastrofy, znamy jej przyczyny.
Dokładnie opisali je autorzy wspomnianej wyżej publikacji (www.ipj.gov.pl).
Na zaistnienie
awarii duży wpływ miała niebezpieczna sytuacja, do jakiej doszło w 1980 r.
w siłowni nuklearnej w Kursku. "Wyłączono zewnętrzne zasilanie pomp i układów
sterujących reaktorem. Ta nienormalna dla reaktora sytuacja daje się opanować,
ponieważ pręty regulacyjne można opuścić do rdzenia także przy odłączonych silnikach.
Jednak do osiągnięcia pełnej mocy generatorów awaryjnego zasilania pomp potrzeba
około 1 minuty i taki czas wystarcza do przegrzania prętów paliwowych" –
czytamy w publikacji IPJ. Aby uniknąć podobnych sytuacji w przyszłości, postanowiono
tak zmodyfikować konstrukcję turbogeneratorów, aby po nagłym zaniku zasilania "generowały
niezbędną ilość energii do czasu osiągnięcia pełnej mocy przez generatory awaryjne".
Okazją do tego miało być wyłączenie w kwietniu 1986 r. czwartego reaktora w czarnobylskiej
elektrowni w celu jego remontu. Zmodernizowane turbogeneratory miały być następnie
przetestowane. Wcześniej opracowano scenariusz doświadczenia. Zostało ono jednak
źle przygotowane, ponieważ "wymagania bezpieczeństwa zostały potraktowane
czysto formalnie". "Nie przewidziano żadnych specjalnych środków zabezpieczających,
a nawet przewidziano odstępstwa od obowiązujących normalnych zasad bezpieczeństwa
po uzyskaniu zgody kierownika zmiany elektrowni. Eksperyment zakładał między
innymi wyłączenie awaryjnego systemu chłodzenia reaktora, wobec czego reaktor
przez ponad 4 godziny miał pracować ze znacznie obniżonym poziomem bezpieczeństwa" –
dowiadujemy się z raportu.
25 kwietnia 1986 r. o godz. 1.00 rozpoczęto obniżanie mocy reaktora. Do godz.
3.47 moc reaktora obniżono do połowy wartości znamionowej, a o 13.05 zredukowano
moc przeznaczoną na jego potrzeby własne. O godz. 14.00 wyłączono system
awaryjnego chłodzenia reaktora i można było rozpocząć doświadczenie. Jednak
na żądanie
dyspozytora Kijowskiego Okręgu Energetycznego wstrzymano wyłączenie reaktora
do godz. 23.00.
Opóźnienie to zadecydowało o klęsce eksperymentu, ponieważ o godz. 0.00,
a więc już 26 kwietnia, pracę podjęła nieprzygotowana do przeprowadzenia
go zmiana. "Wskutek
trudności ze sterowaniem oraz niestabilnej pracy reaktora przy niskich mocach
moc cieplna reaktora spadła do 30 MW (…). Na tym etapie należało przerwać doświadczenie,
jednak postanowiono je kontynuować, aby nie dopuścić do jeszcze większego opóźnienia
w realizacji eksperymentu" – czytamy w raporcie. Dlatego zdecydowano
się na zwiększenie mocy reaktora. Jednak dodatkowe obciążenie mogło doprowadzić
do uszkodzenia systemu chłodzenia, a w konsekwencji do automatycznego wyłączenia
reaktora. Żeby do tego nie dopuścić, zablokowano systemy zabezpieczające.
I
chociaż
wszystkie te okoliczności doprowadziły do drastycznego spadku reaktywności
reaktora, to nie wyłączono go i doświadczenie kontynuowano.
O godz. 1.23 rozpoczął się test. Po zamknięciu zaworów turbin moc reaktora
zaczęła rosnąć w sposób niekontrolowany. Przy braku chłodzenia i wyłączonych
systemach
awaryjnych "nastąpiło przegrzanie paliwa, rozerwanie otaczających je koszulek
cyrkonowych oraz wyciek stopionego paliwa". To z kolei minutę później doprowadziło
do dwóch eksplozji w reaktorze. W ich wyniku przesunięta została 2000-tonowa
płyta pokrywająca reaktor, który został częściowo odsłonięty. "Na zewnątrz
zostały wyrzucone fragmenty grafitowego rdzenia oraz stopionego paliwa reaktorowego,
które wywołały ok. 30 ognisk pożaru. Do atmosfery dostały się duże ilości radioizotopów.
Około 8 ze 140 ton paliwa zawierającego pluton i inne wysoce promieniotwórcze
produkty rozpadu wydostało się z reaktora razem z resztkami moderatora i zostało
rozproszone w okolicy". Podczas wybuchu i spowodowanego nim pożaru do
atmosfery przedostały się pary cezu i jodu. Emisja substancji promieniotwórczych
do atmosfery
trwała do 6 maja, kiedy to samoczynnie gwałtownie spadła.
Mapa skażeń
W wyniku awarii skażony został teren o powierzchni ok. 100 tys. km kw. na pograniczu
Ukrainy, Białorusi i Rosji. Ponadto radioaktywne chmury dotarły do wielu
państw Europy, a nawet do północno-wschodnich wybrzeży Ameryki Północnej.
Na terenach tych promieniowanie kilkakrotnie przekroczyło dopuszczalne normy
(np. w Finlandii 6-krotnie). Sowieckie władze jeszcze przez trzy lata od
katastrofy ukrywały mapę skażeń.
Tymczasem po awarii w promieniu 10 km od elektrowni utworzono strefę szczególnego
zagrożenia, w promieniu 30 km zaś – strefę o najwyższym stopniu skażenia, z
której wysiedlono całą ludność, także z 50-tysięcznego miasta Prypeć. Zlikwidowano
20 okolicznych kołchozów i wyłączono z uprawy
100 tys. ha ziemi. Akcję przesiedleńczą przeprowadzono bardzo sprawnie. Od
27 kwietnia do 7 maja ze strefy wysiedlono ok. 116 tys. osób, w późniejszych
zaś latach z innych silnie skażonych miejsc na Ukrainie, Białorusi i w Rosji
przesiedlono kolejnych 220 tys. osób.
Obecnie wielu naukowców uważa, że poza ewakuacją mieszkańców leżących niedaleko
elektrowni Prypeci i Janowa inne wysiedlenia nie miały uzasadnienia. Autorzy
raportu IPJ zwracają uwagę, że akcja opierała się na słabo umotywowanym zaleceniu
władz. Często decyzje o ewakuacji i przesiedleniach podejmowano wbrew opiniom
specjalistów. Co gorsza zdarzało się, że ludność przemieszczano na tereny bardziej
skażone. "W oparciu o nieracjonalne przepisy wysiedlano ludzi z terenów
o poziomie promieniowania niższym niż naturalne tło w Norwegii. Czasem przesiedleńcy
w miejscu docelowym otrzymywali większe dawki promieniowania od radonu z podłoża,
niż otrzymywaliby ze skażeń, pozostawszy w domu. Z Prypeci wysiedlono ludzi
do miejscowości Pleskoje, gdzie dawki na tarczycę od jodu-131 były 5 razy większe
niż w opuszczanym miejscu" – czytamy w raporcie IPJ.
Zbrodnicza dezinformacja
Władze ZSRS od samego początku starały się ukryć katastrofę. Jednak po trzech
dniach przyznały się do awarii reaktora w czarnobylskiej elektrowni. Przyznanie
się do katastrofy nie było równoznaczne z poinformowaniem o niej społeczeństwa.
Bagatelizując rozmiary katastrofy w oczach państw zachodnich, jednocześnie
sowiecka propaganda wewnątrz ZSRS nałożyła całkowite embargo na jakiekolwiek
informacje na ten temat.
Aby ukryć rozmiary tragedii, ówczesne władze sowieckie dopuściły się zbrodniczej
praktyki, zmuszając mieszkańców terenów dotkniętych skażeniem do udziału w
obchodach 1-majowego święta. Cztery dni po awarii na ulice ukraińskich, białoruskich
i rosyjskich miast położonych na dotkniętych skażeniem terenach wyszły dziesiątki
tysięcy ludzi, w tym szczególnie zagrożone jej skutkami dzieci. Tego samego
dnia sowieckie władze odrzuciły amerykańską ofertę dostarczenia tabletek jodowych
dla ochrony ludności. Demonstracyjnie nie zmieniono też trasy Wyścigu Pokoju,
która wiodła przez Kijów, położony ok. 130 km od czarnobylskiej siłowni. Dopiero
po trzech miesiącach od awarii sowieckie władze poinformowały o jej śmiertelnych
ofiarach i olbrzymich zniszczeniach.
Ukrywanie, a następnie uporczywe pomniejszanie rozmiarów katastrofy bardzo
negatywnie wpłynęło na działania zapobiegające skutkom awarii. Z jednej strony
milczenie władz, a z drugiej postępowanie profilaktyczne, takie jak zamknięcie
szkół czy nakaz przebywania w domach, uświadomiły ludziom, że stało się coś
strasznego. Sytuacja taka sprzyjała powstawaniu różnych plotek.
W powszechnej świadomości awaria utrwaliła się jako wybuch reaktora, który
w przekonaniu przeciętnych ludzi niczym nie różni się od wybuchu bomby atomowej.
W tej sytuacji bardzo szybko uznano, że konsekwencje czarnobylskiej awarii
muszą być identyczne z konsekwencjami eksplozji ładunku nuklearnego. Pojawiły
się więc plotki, że kobiety w stanie błogosławionym mogą urodzić zdeformowane
potomstwo. W efekcie kobiety w stanie błogosławionym bały się rodzić i zaczęły
zabijać własne poczęte dzieci. W latach 1986-1987 liczba tzw. aborcji sięgnęła
na Białorusi i Ukrainie ok. 1/3 wszystkich urodzeń w Europie Wschodniej.
W sukurs sowieckiej propagandzie
Polacy dowiedzieli się o awarii wczesnym rankiem 28 kwietnia 1986 r. Po stwierdzeniu
podwyższonej radioaktywności pracownicy Centralnego Laboratorium Ochrony
Radiologicznej (CLOR) w Warszawie postulowali natychmiastowe powiadomienie
o katastrofie władz PRL. Jednak ówczesny prezes CLOR Tadeusz Rzymkowski początkowo
odmówił zawiadomienia prezesa Państwowej Agencji Atomistyki dr. Mieczysława
Sowińskiego. W tej sytuacji w zawiadomieniu władz o katastrofie pośredniczył
ówczesny sekretarz naukowy PAN prof. Zdzisław Kaczmarek.
Polityka informacyjna władz PRL w pierwszych dwóch dniach od awarii była nieodpowiedzialna.
28 kwietnia jedynie ostatnie dzienniki radiowe i telewizyjne przekazały krótkie
informacje agencyjne o wypadku w Czarnobylu. Wczesnym rankiem 29 kwietnia spotkali
się przedstawiciele władz PRL; ostatecznie zrezygnowano z wydania komunikatu
z zaleceniami dla ludności. W popołudniowych serwisach informacyjnych ukazała
się jedynie kłamliwa informacja, że 28 kwietnia nad północnymi regionami Polski
na dużej wysokości przeszedł radioaktywny obłok oraz że utworzono Komisję Rządową
i że nikomu nic nie grozi.
29 kwietnia została przygotowana rzeczowa informacja o sytuacji radiologicznej
w kraju, która miała być pierwszym oficjalnym komunikatem w tej sprawie, jednak
tekst ten został całkowicie zmieniony przez Wydział Prasy KC PZPR oraz ówczesnego
rzecznika prasowego rządu Jerzego Urbana. W efekcie następnego dnia podano
do publicznej wiadomości kłamliwą informację, że nastąpiło jedynie podwyższenie
stężenia aktywnego jodu w powietrzu oraz stwierdzono spadkową tendencję poziomu
jego stężenia i że nie odnotowano podwyższenia stężenia innych pierwiastków.
Dopiero 5 maja opublikowano rzetelny komunikat o sytuacji radiologicznej w
kraju.
Tymczasem niezależnie od wasalnej wobec sowieckiej propagandy postawy władz
PRL CLOR szybko rozpoczęło akcję podawania ludności płynu Lugola, blokującego
tarczycę przed wchłanianiem radioaktywnego jodu. Akcja była przeprowadzona
wyjątkowo sprawnie. W ciągu pierwszej doby objęto nią 75 proc. ludności skażonych
wówczas rejonów północno-wschodniej Polski, co było swoistym światowym rekordem.
Akcją tą polskie służby radiologiczne zyskały międzynarodowe uznanie.
Rozbieżna ocena sytuacji
Chociaż od czarnobylskiej awarii minęło już 20 lat, a od zamknięcia elektrowni
prawie 5 i pół roku, eksperci nadal nie są zgodni co do liczby ofiar katastrofy
i spowodowanych nią skutków zdrowotnych. Według większości badaczy, wielkimi
dawkami od 800 do 26 000 milisivertów (mSv) napromieniowanych zostało 134
pracowników elektrowni i ratowników. W ciągu kilku tygodni w wyniku ostrej
choroby popromiennej zmarło 28 osób oraz 2 osoby na skutek poparzeń, a jedna
na zawał serca.
Jednak ogłoszony 5 września 2005 r. w Wiedniu raport tzw. Forum Czarnobylskiego
(Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej, Światowa Organizacja Zdrowia, agendy
ONZ: FAO, UNDP, UNEP, UN-OCHA, UNSCEAR oraz rządy Białorusi, Rosji i Ukrainy)
podaje, że z powodu awarii czarnobylskiej śmierć poniosło 50 osób (2 pracownicy
elektrowni, około 40 likwidatorów skutków awarii i osoby zmarłe na raka tarczycy,
którego związek z awarią można było udokumentować). Autorzy przewidują, że
jeszcze może umrzeć 4 tys. ludzi, chociaż nie podają, na czym opierają swoje
szacunki.
Z kolei Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej (MAEA) ocenia, że z powodu
skażenia atomowego spowodowanego wybuchem reaktora czarnobylskiego dotychczas
zmarło 4 tys. ludzi.
Dane te różnią się od zaprezentowanych przez Komitet Naukowy ONZ
ds. Skutków Promieniowania Atomowego (UNSCEAR). Komitet doliczył się 31 śmiertelnych
ofiar czarnobylskiej awarii – 28 osób zmarłych w wyniku ostrej choroby popromiennej
oraz 3 osoby zmarłe z innych przyczyn. Wprawdzie UNSCEAR przyznaje, że do 2004
r. z pozostałej grupy 106 osób zmarło 19, jednak "liczba ta w ciągu niemal
20 lat jest normalną umieralnością w populacji nie narażonej radiacyjnie".
Nie da się też potwierdzić prognoza 4 tys. potencjalnych zgonów, która zdaniem
UNSCEAR wynika z arbitralnie przyjętej w 1951 r. przez Międzynarodowy Komitet
Ochrony Radiologicznej (ICRP) "liniowej bezprogowej hipotezy skutków promieniowania",
która zakłada, że każda dawka promieniowania jonizującego szkodzi, co nie jest
zgodne z prawdą. Poza tym upłynął już wystarczający okres, aby przewidywane
nowotwory się ujawniły. Tymczasem sytuacja ma się dokładnie odwrotnie. Według
raportu Forum Czarnobylskiego, wśród rosyjskich ratowników stwierdzono o mniej
więcej 30 procent niższą umieralność na nowotwory niż średnio w Rosji.
Powołując się na badania epidemiologiczne, autorzy raportu UNSCEAR stwierdzają,
że wśród ludności terenów uznanych za silnie skażone epidemiolodzy nie zauważyli
żadnego wzrostu zachorowań na nowotwory inne niż tarczycy. Nie stwierdzono
też wad genetycznych u potomstwa osób napromieniowanych. Wprawdzie potwierdzono,
że w pierwszym roku po awarii nastąpił znaczny wzrost liczby zachorowań na
raka tarczycy, zwłaszcza u dzieci, na terenie Białorusi, Rosji i Ukrainy, jednak
eksperci UNSCEAR inaczej interpretują przyczyny tego wzrostu. Po pierwsze,
ich zdaniem, nie wiadomo, czy przyczyną był zwiększony poziom promieniowania
w wyniku awarii. Specjaliści z UNSCEAR zwracają uwagę, że rak tarczycy rozwija
się przez wiele lat, zanim się ujawni, dlatego przyczyną zaistniałych przypadków "mogą
być czynniki inne niż promieniowanie". Jednym z nich może być tzw. niemy
rak tarczycy, który nie daje łatwo dostrzegalnych objawów klinicznych. Niektórzy
specjaliści tłumaczą zwiększoną wykrywalność nowotworów tarczycy u dzieci poprawą
metod diagnostycznych i intensyfikacją badań na terenach skażonych. Na szczęście
uleczalność nowotworów tarczycy jest bardzo wysoka, dlatego, jak dotąd, z tego
powodu na skażonych terenach zmarła jedna dziewczynka. Niektóre źródła mówią
o trojgu dzieciach.
W skrajnej sprzeczności, zwłaszcza z raportem UNSCEAR, stoi raport organizacji
obrońców środowiska Greenpeace. W opublikowanym w ubiegłym tygodniu dokumencie
podano, że liczba śmiertelnych ofiar katastrofy w elektrowni atomowej w Czarnobylu
może być znacznie wyższa, niż wynikałoby to z oficjalnych ocen. Raport, który
oparto na badaniach Państwowej Akademii Nauk Białorusi, mówi, że z 2 mld ludzi,
których dotknęły skutki awarii w Czarnobylu, u 270 tys. rozwinie się nowotwór,
a 93 tys. z nich umarło bądź umrze z tego powodu.
Raport Greenpeace zakłada, że w sumie ok. 200 tys. ludzi w Rosji, na Ukrainie
i Białorusi zmarło dotychczas z powodu różnych chorób – np. układu krążenia
– które można uznać za wywołane katastrofą. Ten raport zwraca także uwagę,
że zachorowalność na raka na Białorusi między 1990 a 2000 r. wzrosła o 40 proc.
Również u dzieci, których w momencie awarii nie było jeszcze na świecie, liczba
nowotworów tarczycy wzrosła 88,5-krotnie.
Odzwierciedlenie walki ideologicznej
Niezgodność powyższych raportów jest zadziwiająca i rodzi pytania o jej przyczyny.
Otóż jak nie wiadomo o co chodzi, to najprawdopodobniej chodzi o pieniądze.
Wielkie emocje towarzyszące dyskusji wokół czarnobylskiej awarii, a także
powstałe przy tym stereotypy na temat zagadnień związanych z atomistyką doprowadziły
do pewnej mitologizacji wydarzenia.
W 1986 r., poza nielicznymi wyjątkami, niemal wszyscy wierzyli, że nawet najmniejsza
dawka promieniowania powoduje powstawanie nowotworów. Było to następstwem przyjęcia
w 1959 r. administracyjnego założenia w celu ochrony radiologicznej ludzi zawodowo
narażonych na promieniowanie jonizujące. Chociaż założenie to nie zostało udowodnione
naukowo, uzyskało rangę pewnika i stało się najważniejszym źródłem obaw związanych
z katastrofą w Czarnobylu.
Okazuje się jednak, że oparte na tym założeniu procedury ochrony radiologicznej
prowadzą do niebotycznie wysokich kosztów. Autorzy raportu IPJ podają, że hipotetyczne
uratowanie jednego życia ludzkiego przez wprowadzenie do amerykańskiej energetyki
jądrowej przepisów opartych na tym paradygmacie kosztuje ok. 2,5 mld USD. Dla
porównania: koszt szczepień ochronnych przeciw dyfterytowi, krztuśćcowi i odrze,
które rzeczywiście ratują życie, wynosi w państwach Trzeciego Świata 50-100
USD na osobę. Na takie szczepienia jednak brakuje pieniędzy. Również wydatki
związane z niwelowaniem konsekwencji awarii w Czarnobylu idą w miliardy dolarów,
chociaż nie wiadomo, czy wszystkie podejmowane działania mają uzasadnienie.
Tak więc awaria sprzed 20 lat stała się główną pozycją w arsenale argumentów "za" bądź "przeciw" w
gorącym sporze o przyszłość energetyki jądrowej, ale nie tylko. Trudno oprzeć
się wrażeniu, że wspomniane wyżej raporty są odzwierciedleniem trwającej już
od wielu lat walki ideologicznej o przyszłość energetyki jądrowej.
Zainteresowanemu jej rozwojem lobby chodzi o to, aby minimalizować negatywne
skutki awarii w czarnobylskiej elektrowni jądrowej, a nawet lansować hipotezy,
że niewielkie napromieniowanie może być korzystne dla zdrowia ludzi. Z pewnością
upowszechnienie tego typu poglądów pozwoliłoby zaoszczędzić na kosztach związanych
z radiologiczną ochroną, a także sprzyjałoby rozwojowi energetyki jądrowej
w przyszłości.
Z kolei przeciwnicy energetyki jądrowej są zainteresowani maksymalizacją strat
i zagrożeń związanych z jej rozwojem. Niezwykle wojownicze środowiska ekologiczne
uparcie lansują uproszczone poglądy, że każda elektrownia atomowa jest w praktyce
bombą nuklearną. Oficjalnie czyni się to w trosce o środowisko naturalne i
kondycję zdrowotną ludzkości, chociaż niewykluczone, że jest to sposób na życie
dla pewnej grupy ludzi. Ostatnio coraz częściej słyszy się o przypadkach wyłudzania
dotacji przez stowarzyszenia ekologiczne.
Z pewnością dla przeciwników energetyki jądrowej czarnobylska awaria była wydarzeniem
niezwykle korzystnym. Proekologiczne media zaczęły przedstawiać katastroficzny
obraz sytuacji. "Dziennikarze (…) zaczęli dostrzegać w okolicach Czarnobyla
potworne kurczaki mutanty wielkości strusia, a nawet sugerowano możliwość powrotu
na Ziemię dinozaurów. Nakręcono też kilka filmów, m.in. 'Czarnobyl, autopsja
chmury’ oraz nieco później 'Igor – dziecko Czarnobyla’, które przedstawiały
wierutne bzdury na temat skutków awarii (co wytknęły autorom środowiska naukowe).
Bzdury te, niestety, trafiały na podatny grunt społeczny. Świat żył wówczas
w strachu przed wojną jądrową, a obie strony potencjalnego konfliktu pilnie
dbały o to, by przeciwnik bał się ich broni" – czytamy w raporcie Instytutu
Problemów Jądrowych w Świerku. W efekcie obecnie protestuje się przeciwko wszystkiemu,
co ma przymiotnik "jądrowy". Z obawy przed cofnięciem rządowych dotacji
niemiecki Ośrodek Badań Jądrowych w Karlsruhe zmienił swoją nazwę na Ośrodek
Badawczy, w wielu państwach zaś podjęto decyzje o rezygnacji z rozwoju energetyki
jądrowej.
Interesujące, że przeciwnicy rozwoju energetyki jądrowej w swojej argumentacji
opierają się na danych zaczerpniętych z białoruskich i ukraińskich raportów
(np. raport Greenpeace). Tymczasem trudno ocenić ich rzetelność. Nie chodzi
tutaj jedynie o przyjętą metodologię badań, ale także o fakt, że ze względu
na dotacje otrzymywane od państw zachodnich na likwidację skutków czarnobylskiej
awarii rządy Białorusi i Ukrainy nie są zainteresowane publikowaniem raportów
minimalizujących straty i ofiary.
Co innego w wypadku Rosji, która wprawdzie bezpośrednio ucierpiała w wyniku
katastrofy w Czarnobylu, jednak jako sukcesorka ZSRS musiałaby liczyć się z
ewentualnymi roszczeniami odszkodowawczymi ze strony osób poszkodowanych. W
tej sytuacji władze w Moskwie nie są zainteresowane maksymalizacją negatywnych
skutków Czarnobyla.
Nie ma jednoznacznych odpowiedzi
W obecnej sytuacji trudno jest więc ocenić rzeczywiste szkody, jakie spowodowały
dwie eksplozje w reaktorze nr 4 Czarnobylskiej Elektrowni Atomowej oraz oszacować
dokładną liczbę ofiar. Przyznał to zresztą członek Greenpeace Jan van de
Putte. "Nie ma przyjętej metody oceniania liczby osób, które mogły umrzeć
z powodu takich chorób. Jedyna przyjęta metoda dotyczy obliczania przypadków
raka – stwierdził, chociaż i w tym ostatnim przypadku trudno jest ze 100-procentową
dokładnością ocenić, na ile pojawienie się nowotworu jest następstwem Czarnobyla".
Chociaż nie da się zaprzeczyć, że w regionie rośnie zachorowalność na białaczkę,
nowotwory jelit, odbytu, piersi, pęcherza, nerek i płuc, to wielu ekspertów
zastrzega, że przyczyny tego zjawiska mogą być różnorakie. Autorzy raportu
Greenpeace sami zasugerowali, że czynnikiem, który mógł mieć wpływ na osłabienie
zdrowia mieszkańców terenów dotkniętych promieniowaniem radioaktywnym, było
ich przesiedlenie, które "dostarczyło tym ludziom dodatkowych napięć". "Złożone
współdziałanie różnych czynników, jak słabe zdrowie, większe koszty systemu
ochrony zdrowia, przemieszczenie ludzi, utrata ziem uprawnych i zatrucie żywności,
kryzys ekonomiczny, koszta rehabilitacji dla państwa, problemy polityczne,
osłabienie siły roboczej, stworzyły ogólny kryzys" – napisali autorzy
raportu, sugerując, że sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana, niż mogłoby
się wydawać.
Krzysztof Warecki
