Rosjanie mogli odczytać polską czarną skrzynkę
Z Pawłem Jajkowskim, dyrektorem do spraw sprzedaży i marketingu firmy
ATM Awionika, producenta rejestratora ATM-QAR/R 128 ENC, czyli tzw.
polskiej czarnej skrzynki zamontowanej w Tu-154M 101, rozmawia Marta
Ziarnik
Na pokładzie tupolewa oprócz czarnych skrzynek
produkcji rosyjskiej znajdował się także dodatkowy rejestrator,
zamontowany w Polsce. Po ujawnieniu tej informacji rosyjscy śledczy
stwierdzili jednak, że Państwa rejestrator można odczytać jedynie w
Polsce. To prawda?
– Rosjanie zachowali taką asekurację. Jedynie
linie lotnicze Aerofłot w Rosji używały tego rejestratora dla
bezpieczeństwa. A wiadomo, że jeżeli się czegoś nie zna, to lepiej się
zwrócić albo do osoby, która coś więcej wie na ten temat i potrafi się
danym urządzeniem posługiwać, albo po prostu nie zajmować się tym.
Najgorzej byłoby, gdyby np. podjęli się odczytu naszej czarnej skrzynki
przy pomocy ludzi z Aerofłotu i nagle się okazało, że coś się popsuło –
bo i taka możliwość istnieje. Jeśliby bowiem samolot wylądował
bezpiecznie w krzakach, czyli nic by się takiego nie stało, to wówczas
rzeczywiście można by było to urządzenie bez problemu odczytać.
Natomiast ten rejestrator uległ uszkodzeniu, ponieważ cały samolot
rozbił się na kawałki. Jest zatem podejrzenie, iż ten rejestrator został
uszkodzony, i jakikolwiek nierozważny ruch, który w standardowych
warunkach byłby zgodny z instrukcją obsługi, w tym przypadku mógłby
spowodować bezpowrotną utratę danych z rejestratora.
Rosjanie zwrócili się z tym do Państwa od razu po katastrofie?
–
Nie, ponieważ nie mogli zwrócić się bezpośrednio do nas. Rosjanie
zwrócili się do polskich przedstawicieli, którzy brali udział w komisji
jako obserwatorzy, żeby tę sprawę pociągnąć dalej. Prośba ta wpłynęła
więc do nas od polskiej komisji.
Kiedy dokładnie dostali Państwo to urządzenie?
– Dokładnie to już nie pamiętam. Mogę jednak powiedzieć, że to było w miarę szybko.
Ale ile po katastrofie, tydzień, miesiąc?
– Tuż przed tym, jak w gazetach pojawiły się informacje o tym odczycie. Było to bodajże z dokładnością jednego dnia.
Informacje o czwartej czarnej skrzynce pojawiły sie dopiero pod koniec kwietnia. Nie od razu jednak była mowa o ich odczycie.
–
Całkiem możliwe. Jednak naprawdę nie pamiętam, kiedy to było. Coś mi
się tylko kojarzy, że na przełomie kwietnia i maja. W każdym razie było
to w miarę szybko, choć ten rejestrator został znaleziony dopiero po
kilku dniach.
Dlaczego tak późno?
– Trochę czasu
potrzeba przecież na przekopanie tak ogromnej ilości metalu. Tym
bardziej że rejestrator naszej produkcji faktycznie jest czarną
skrzynką, a nie – jak wszystkie inne – pomarańczową. Jeżeli się o tym
nie wie, to poszukiwania trwają dłużej. Podejrzewam, iż gdybyśmy byli na
miejscu katastrofy, to może odnaleźlibyśmy go w jeden dzień.
W jakim stanie był rejestrator w chwili, gdy go Państwo dostali?
– Niestety, ta informacja jest jeszcze objęta tajemnicą. Nie mogę na to pytanie pani odpowiedzieć.
Może Pan chociaż powiedzieć, czy był zniszczony tak bardzo jak np. rejestratory rosyjskie?
–
Jedynie, co mogę pani powiedzieć, to to, że udało nam się go odczytać.
Jeżeli więc się udało, to znaczy, iż stan rejestratora był w
zadowalającym stanie, pozwalającym na odczyt. To jedyne, co mogę pani
powiedzieć. Niestety, nie mogę wchodzić w szczegóły. Może za jakiś rok,
dwa, gdy Rosjanie oddadzą nam sprzęt, to zaproszę panią, by go pani
pokazać.
Jeżeli Rosjanie oczywiście oddadzą.
– Oddać
na pewno oddadzą. Tylko tu jest ten problem, że to dowód w sprawie, a
dowodu się nie wydaje, dopóki nie zakończy się postępowanie sądowe. Bo
to nie MAK wyda zgodę na przekazanie sprzętu do Polski, tylko sędzia.
Czyli udało się Państwu odczytać wszystkie zawarte w rejestratorze informacje?
–
Naszym zadaniem jest odzyskanie danych bez analizowania. My
przygotowujemy jedynie dane do dalszej analizy. Tak więc my je
skopiowaliśmy na dysk komputera i przekazaliśmy komisji. I na tym nasza
rola się skończyła.
Nie było problemu z odczytem żadnego z parametrów?
–
To nie jest tak, że kiedy odczytujemy dane, to widzimy te parametry. My
widzimy tylko jakiś zbiór danych – tak jak w komputerze. Dopiero
analiza pozwala ocenić, czy czegoś brakuje, czy powstały jakieś
uszkodzenia w zapisie i ile tego się zapisało. To jest po prostu jakiś
zbiór ogólny. Jak już mówiłem, myśmy te dane skopiowali na dysk
komputera i przekazaliśmy komisji. I to komisja dalej zaczęła pracować
nad nimi. Czyli, powiedzmy, wyświetlać kolejne parametry, przebieg i
wartości. I tu dopiero zaczyna się analiza. To się właśnie tak odbywa.
To, co Państwu udało się odzyskać, pokrywa się z tym, co przekazali nam Rosjanie?
– Nie wiem. Ja nie mam dostępu do danych, które nam przekazali Rosjanie.
Ale zna Pan stenogram MAK. Zgadzają się z nim zapisane na Państwa skrzynce parametry lotu?
–
Faktycznie dostaliśmy te stenogramy w formie elektronicznej oraz
papierowej. Ja jednak znam akurat tylko wersję papierową, a takiej
wersji z danymi się nie łączy. Łączy się rzeczywisty zapis dźwięku z
zapisem parametru, czyli w komputerze nakładamy na przebieg parametrów
zapisy rozmów.
Ktoś od Państwa będzie się zajmował taką dokładną analizą?
– Nie. Tym zajmować się będzie komisja. Ona ma w swoim składzie specjalistów, którzy potrafią takie rzeczy robić.
Gdzie jest teraz Państwa rejestrator?
– W Rosji. Zaraz po odczycie odesłaliśmy go tam.
Czyją własnością on tak naprawdę jest?
–
Teoretycznie sprzęt jest własnością strony polskiej, ale w momencie
kiedy jest dowodem w sprawie, należy – można tak powiedzieć – do
prokuratury rosyjskiej. Mamy jednak nadzieję, że po zakończeniu śledztwa
ten rejestrator do nas wróci.
Kiedy tę skrzynkę zamontowano w Tu-154M?
–
Jeżeli mnie pamięć nie myli, bo to były naprawdę dawne czasy, to był
chyba rok 1991 albo 1992. W drugim tupolewie – 102, który najpierw był w
PLL LOT, nasz rejestrator został zamontowany dwa, trzy lata później.
I od tego czasu rejestrator nie były unowocześniany?
– Nie, nie było takiej potrzeby. Zresztą niemal takie same skrzynki są do tej pory używane w Locie.
Czym różnią się Państwa urządzenia od chociażby rosyjskich rejestratorów?
–
Pierwsza różnica jest taka, że to rosyjskie czarne skrzynki – te
prawdziwe, muszą przetrwać katastrofę. A więc coś za coś. Rosyjskie
rejestratory mają przetrwać katastrofę, ale w normalnych warunkach
dostęp do nich jest bardzo utrudniony, więc praktycznie się ich nie
odczytuje. Jedynie raz do roku standardowo się je odczytuje – gdy są
m.in. przeglądy. Ale to też tylko na zasadzie sprawdzenia, czy on
sprawnie rejestruje dane, czy nie jest zepsuty.
Natomiast nasza
czarna skrzynka, która rzeczywiście jest czarna, służy do bieżącej
eksploatacji. Po każdym locie. Jej plusem jest bardzo łatwy dostęp do
niej. Minusem zaś to, że ona nie jest tak bardzo zabezpieczona jak ta
rosyjska skrzynka i gdy dochodzi do katastrofy, rejestrator ten nie musi
wcale przetrwać.
W Tu-154M jednak przetrwał.
– Tak. I to, że przetrwał, jest zrządzeniem losu, gdyż zasadniczo on nie jest do tego przeznaczony.
Państwa rejestrator zbiera takie same dane jak rosyjskie skrzynki?
– Tak, ponieważ on jest dublerem rosyjskich urządzeń.
Ale na czymś jednak musi polegać różnica.
–
No tak. Nasze urządzenie rejestruje trochę więcej parametrów i z
większą częstotliwością. Są to dane dotyczące bieżącej obsługi
wszystkich urządzeń w samolocie. Czarna skrzynka zamontowana w Tu-154M
rejestrowała także dane z dodatkowych czujników poziomu wibracji
silników.
Czyli jednak może wnieść dodatkowe informacje na temat pracy chociażby silników?
–
Tak. Jeżeli byłoby coś nie tak z silnikami, np. gdyby była duża
wibracja, to oczywiście nasz rejestrator mógłby wnieść nowe kwestie do
sprawy. Ale docierają do mnie przecieki, że takich informacji nie było.
Tak szybko wykluczono awarię silników? Przecież nikt w Polsce nie widział ich na oczy.
–
Te dodatkowe parametry dotyczą tylko poziomu wibracji i zostały
zamontowane po katastrofie Iła-60 w Lesie Kabackim. Wtedy – jak zapewne
pani pamięta – uszkodzone zostało łożysko międzywałowe, wskutek czego
rozpadł się dysk turbiny, co doprowadziło do katastrofy. Wtedy też się
okazało, że to miejsce nie było monitorowane, że pojawiające się w tym
miejscu wibracje nie były do końca rejestrowane przez standardowy system
czujników zamontowanych na silniku. To spowodowało, że został
zamontowany dodatkowy zestaw czujników i dane z nich były w naszym
rejestratorze.
W którym miejscu samolotu montuje się Państwa skrzynkę?
–
Jak by pani weszła przednim wejściem i stanęła na krawędzi drzwi, to
trzeba lewą rękę skierować na wysokość pół metra i tam jest taki
schowek. I w tym właśnie miejscu znajduje się nasz rejestrator.
Jakie jeszcze kraje montują w swoich samolotach Państwa rejestrator?
– Nasze rejestratory są używane chyba przez pięć krajów: Polskę, Czechy, Rosję, Chiny i Mongolię.
W sytuacji wypadków lotniczych zwracano się do Państwa o odczyt?
–
Do tej pory były chyba tylko dwie katastrofy z udziałem naszego
rejestratora – w Chinach i Czechosłowacji. Tę drugą, w której rozbił się
rosyjski samolot, mało kto pamięta, bo to była kontrabanda. Samolot
zapalił się od przewożonych papierosów i nikt nie dochodził przyczyn.
Natomiast po katastrofie w Chinach też nikt się do nas nie zwracał. Ale
to wynika chyba ze specyfiki tego kraju. Natomiast w tamtym przypadku
rzeczywiście nasz rejestrator przetrwał, i to w stanie praktycznie
nienaruszonym. Praktycznie, ponieważ samolot uderzył wówczas w ziemię w
ten sam sposób co nasz rządowy Tu-154 w Smoleńsku i rejestrator przebił
płytę pilśniową oddzielającą go od kabiny pilotów, wybił szybę i
wyleciał na zewnątrz. Tak więc choć samolot cały się spalił, nasz
rejestrator leżał kawałek dalej, jedynie trochę poobijany. U nas by to
nie było możliwe, ponieważ w naszym samolocie zamiast płyty pilśniowej
była płyta pancerna.
Jednak Pana szef, prezes Tomasz Tuchołka,
w rozmowie z „Gazetą Polską” powiedział: „Nie proszono nas o jego
odczytanie, a z tego, co nam wiadomo, poradzili sobie z tym Chińczycy i
Rosjanie”.
– Tak, ale czasami słowo pisane nie oddaje słowa
mówionego. Z tego, co analizowaliśmy, wynika, że prawdopodobnie
poradzili sobie sami, ponieważ nie zwracali się z tym do nas. Ale od
„prawdopodobnie” do „poradzili” jest wielka różnica.
Ale nie może Pan wykluczyć, że polski rejestrator został odczytany?
–
Mógł być, bo przecież nie jest to jakiś ściśle tajny wojskowy produkt.
To jest produkt komercyjny. Więc razem z urządzeniem były dostarczane
urządzenia do odczytu, do obsługi tego urządzenia.
Zauważyli Państwo podczas odczytywania tego rejestratora znaki, które mogłyby świadczyć o tym, że był on wcześniej sprawdzany?
– Nie widziałem, żeby coś takiego było. Aczkolwiek to jest, powiedzmy, moje subiektywne odczucie.
Czyli twierdzenie Rosjan, jakoby to tylko Państwa firma mogła odczytać rejestrator ATM-QAR/R 128 ENC, nie jest prawdą?
–
To jest takie troszkę łapanie za słowa. Przecież wiadomo, że jak chcemy
mieć sto procent pewności, to wybiera się opcję najlepszą. Oczywiście
każdy może, jeśli się uprze, odczytać takie urządzenie. Jednak żeby było
wszystko dobrze, powinna zrobić to strona polska, ponieważ w tym
przypadku mamy największe doświadczenie.
Dziękuję za rozmowę.
