Katyński życiorys

W lipcu 1939 r. Stanisław Malicki, kapitan piechoty Wojska Polskiego,
otrzymał przeniesienie ze Szczuczyna Nowogródzkiego do Mikołowa na Śląsku. Żona
z córką miały dołączyć do niego za miesiąc, kiedy się urządzi i przygotuje
wszystko na ich przyjazd. Dziewięcioletnia wówczas Marysia razem z mamą i ciocią
odprowadziła ojca na dworzec, a gdy pociąg ruszył, zaczęła szlochać i krzyczeć z
całych sił: "Tatusiu, tatusiu, wróć! Nie odjeżdżaj!". W pamięci pozostał jej
obraz taty, który wychyla się przez okno pociągu z uniesioną w pożegnalnym
geście ręką. Mama z ciocią nie mogły się nadziwić, dlaczego Marysia tak żałośnie
żegna tatusia, ale też nikt nie przypuszczał, że tak tragicznie potoczą się jego
losy.

Pani Maria Wysoczańska, córka kapitana Malickiego wspomina, że nie mając żadnych
informacji o ojcu, który w kampanii wrześniowej walczył w szeregach Armii Kraków
na południowo-wschodnim odcinku frontu, sądziła, podobnie jak jej mama, iż
poległ podczas walki. Był żołnierzem "pierwszego szeregu" i nigdy nie siedział
na tyłach, więc należało się spodziewać najgorszego. Aż tu pod koniec listopada
przyszła radosna wiadomość, że tatuś żyje, choć jest w niewoli sowieckiej w
obozie w Starobielsku. Przyniósł ją żołnierz, który uciekł ze Starobielska, a
razem z listem dostarczył krzyżyk z cierniową koroną od taty, zrobiony z kawałka
drewna wyjętego z obozowej pryczy. Radość i nadzieja były tak wielkie, że
wszystko zdawało się łatwiejsze i znośniejsze, nawet głód, zimno, wielogodzinne
kolejki za chlebem i strach przed aresztowaniem. Przetrwać pomagała nadzieja, a
co najważniejsze, wkrótce przyszedł też kolejny list, w którym kapitan Malicki
informował, że jest zdrów i nic mu nie potrzeba. Z pewnością nie chciał martwić
żony, bo przecież w nieludzkich warunkach starobielskiego obozu więźniom
brakowało wszystkiego, a on, ruszając na front letnią porą, nie zabrał żadnej
ciepłej odzieży. Ale nawet wtedy gdy napisał list nie tak starannym jak zawsze
charakterem, stawiając litery – jak się zdawało pani Janinie – drżącą ręką, nie
skarżył się na nic. Poprosił tylko o przysłanie ciepłego ubrania. Pani Janina i
Marysia, domyślając się, że jest chory, wpadły w rozpacz. Jakby nie dość było
jednego nieszczęścia, wieczorem tego samego dnia otrzymały od kwaterującego w
ich mieszkaniu sowieckiego oficera poufną wiadomość, że są na liście do wywózek.
Był początek kwietnia i ludność polska pod okupacją sowiecką zdążyła się już
przekonać, co oznacza słowo "wywózki". Miesiąc wcześniej na Sybir została
wywieziona serdeczna przyjaciółka Marysi, Basia Szmigiero. Po aresztowaniu przez
Sowietów ojca i po śmierci matki Basia, która miała zaledwie dziesięć lat,
została w domu sama z młodszą siostrą. Gdy do Szczuczyna przyjechała ich ciotka,
okazało się, że dziewczynki nad ranem zostały zabrane przez NKWD i przewiezione
na stację kolejową, gdzie stały wagony przeznaczone do wywózki Polaków na Sybir.
Ciotka odnalazła je i ubłagała enkawudzistów, żeby pozwolili jej jechać razem z
siostrzenicami.

"Pojadę tam, gdzie wszyscy"
Sowiecki oficer, który został zakwaterowany w domu państwa Malickich, był
przyzwoitym człowiekiem, szczerze współczującym Polakom. Aby uchronić panią
Janinę i Marysię przed wywózką, zaproponował jej ślub. Przekonywał, że to będzie
tylko "bumaga", nic nieznacząca, bo on za kilka dni wyjedzie na front fiński,
skąd się już nie wraca. Gdy pani Janina odparła, że przecież jest mężatką i
dopiero co otrzymała list od męża, oficer powiedział: "Jego uże zdies" niet".
Słowa te wzbudziły w niej nadzieję i przekonanie, że może nareszcie się spotka z
mężem – choćby na Sybirze – i że Sowieci zaczną łączyć rodziny. Podziękowała za
ostrzeżenie, tłumacząc jednocześnie, iż jako żona polskiego oficera nie może
splamić jego munduru przez małżeństwo z sowieckim żołnierzem. Na koniec dodała:
"Pojadę tam, gdzie wszyscy". Marysia tak bardzo pragnęła spotkać się z tatą, że
gdy 13 kwietnia 1940 r. enkawudziści załomotali kolbami karabinów w drzwi ich
domu, nie czuła strachu. Pani Janina zabrała nawet płaszcz wojskowy męża w
przekonaniu, że może mu się przecież przydać. Gdy ulicami Szczuczyna wieziono
Polaków przeznaczonych do wywózki, ludzie pomimo bardzo wczesnej pory wychodzili
przed domy i wrzucali na ciężarówki chleb, którego sami przecież nie mieli za
wiele. Żeby kupić choć pół bochenka, trzeba było stać całą noc w kolejce. Do
bydlęcego wagonu wraz z panią Janiną i Marysią załadowano wiele rodzin. Gdy
wagony ruszyły, w niebo wzbiła się błagalna modlitwa, niesiona tysiącami głosów:
"Pod Twoją obronę, uciekamy się, Święta Boża Rodzicielko…", a zaraz po niej
pieśń "Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród". Raz dziennie zesłańcy, z których
ogromną większość stanowiły rodziny z małymi dziećmi, otrzymywali po łyżce kaszy
jaglanej i kubku bardzo słonej zupy. Gdyby nie żywność, którą zabrano z domów, i
wzajemna pomoc, nie przetrwaliby tej strasznej kilkutygodniowej podróży. Myśl o
tym, że wkrótce być może spotka ukochanego ojca, pozwalała Marysi dzielnie
znosić gehennę.
W tym samym czasie, gdy pani Janina z Marysią wiezione były w bydlęcych wagonach
na Sybir, kpt. Stanisław Malicki być może wieziony był ze Starobielska do
miejsca kaźni w Charkowie, bo jeńców tego obozu wywożono od 5 kwietnia 1940
roku. Pociąg, którym na zesłanie jechała późniejsza przyjaciółka Marysi – Halina
Szpilewska, przez kilka godzin stał na stacji kolejowej w Smoleńsku. W tym
czasie mogły przyjeżdżać tu eszelony z jeńcami z obozu w Kozielsku, bo tędy
wieziono ich do Katynia. Może przez ten moment rozdzielone wcześniej rodziny,
nie wiedząc o tym, po raz ostatni znalazły się blisko siebie. Mama Halinki, jako
że była osobą wyznaczoną do przynoszenia wrzątku dla całego wagonu, wyszła w
Smoleńsku na peron. Orientując się w topografii, zapytała nadzorującego
transport milicjanta: "Gdzie tu jest Kozielsk? Tam jest mój mąż", a ten odparł:
"Ich uże tam niet". Nawet nie przypuszczała wówczas, co te słowa znaczą.

Dorosłe dzieci
Kresem tej podróży był kołchoz we wsi Krywoszczakowo około tysiąca kilometrów na
wschód od Uralu. Miejscowe władze poinformowały mieszkańców wsi, że przyjechali
do nich burżuje i krwiopijcy z Polski. Jednak jak się wkrótce okazało, wszyscy
żyjący tam ludzie byli zesłańcami… tyle tylko, że Rosjanie mieli przy chatach
maleńkie ogródki, dzięki którym łatwiej im było się wyżywić. Pani Janina z
Marysią zamieszkały w lepiance u Rosjanki. Była to pokryta strzechą, dwuizbowa
chatka, zbudowana z torfu oraz gliny, z klepiskiem. Aby pozbyć się robactwa,
Marysia raz w tygodniu smarowała to klepisko kiziakiem, czyli rozpuszczonymi w
wodzie krowimi odchodami. W ciemnej maleńkiej izbie, którą zajęły, panowała taka
wilgoć, że po jednym dniu pleśniał chleb, ale i ten chleb zjadały, bo nic nie
mogło się zmarnować. Zimą cała lepianka obsypana była śniegiem tak, że nieraz
trzeba było wychodzić przez dach i robić tunel do drzwi. Choć przed wojną mama
Marysi nie musiała pracować, tu, na syberyjskim stepie, wykonywała najcięższe
prace, aby zdobyć dla córki i siebie odrobinę żywności – tak jak tysiące
polskich matek, które musiały często wyżywić liczne potomstwo. Starsze dzieci
pomagały rodzicom, ale często mając niewiele ponad 10 lat, same wymagały jeszcze
troski. Sowieci zesłali na Sybir około 140 tys. dzieci, które nie ukończyły
dwunastego roku życia. Mama Marysi została drwalem, a jej dziesięcioletnia
córka, pracując od świtu do nocy, wybierała z lasu ścięte gałęzie. Zimą chodziła
do szkoły, ale w dni wolne od nauki musiała pracować razem z mamą. Praca w polu
była ciężka nie tylko ze względu na 40-stopniowy skwar, ale też dlatego, że
idące za kombajnem albo kosiarzem dzieci, nie posiadając butów, chodziły boso po
rżysku, więc na stopach robiły się im bolesne bąble i rany. Pewnego dnia z
powodu awitaminozy nogi Marysi pokryły się wielkimi bolesnymi wrzodami, czemu
towarzyszyła gorączka. O godzinie piątej rano predsiedatiel pukał już w okno i
krzyczał: "Marusia, do roboty! Co to znaczy, że chora? Jest wojna, giną
żołnierze, do roboty!". Ale kiedy zobaczył jej nogi, sam się przeraził i już nie
nalegał.

Tatusiu, ratuj!
Zaraz po przyjeździe do Krywoszczokowa Marysia miała sen, w którym zobaczyła
gazetę z ogromną ilością zdjęć legitymacyjnych, pośród których było zdjęcie jej
taty z czarną obwódką. Po przebudzeniu opowiedziała o tym mamie, ale ta starała
się dodać jej otuchy. Jednak w listopadzie 1941 r., gdy Marysia miała niespełna
dwanaście lat, jej mama zachorowała i została odwieziona do szpitala. Na nogach
pani Janiny zrobiła się róża, na którą lekarz miał tylko jedno lekarstwo –
amputacja! W szpitalu nie było co jeść, dlatego Marysia donosiła mamie jedzenie
– to, co udało jej się zdobyć. Pruła przywiezioną z Polski wełnianą kołdrę i
inne nadające się do tego rzeczy, a z uzyskanej w ten sposób wełny robiła na
drutach sweterki, po czym wymieniała je na żywność. Obrus wymieniła na kilka
główek kapusty, którą zakisiła, żeby zawieźć dla mamy. Jak tylko nadarzała się
sposobność, jechała z kimś saniami do oddalonego o 12 km szpitala w Mariewce,
ale wracać musiała już na piechotę, i to przez zawiany śniegiem step.
Gdy kolejny raz wracała do domu od mamy, w ciemności zobaczyła ogniki wilczych
oczu. Spojrzała w jedną stronę i w drugą – wszędzie błyszczały ślepia. Ciągle
słyszało się opowieści o wygłodniałych wilkach, które napadały na ludzi. Zaczęła
się żarliwie modlić i krzyczeć: "Tatusiu, ratuj!". O dziwo wilki odeszły i
Marysia z duszą na ramieniu dotarła do wsi. W kilka dni później zdarzył się
drugi cud. Na dzień przed terminem operacji z UNRRA [United Nations Relief and
Rehabilitation Administration – Administracja Narodów Zjednoczonych do spraw
Pomocy i Odbudowy – przyp. red.] przyszły leki do szpitala, m.in. antybiotyki,
dzięki czemu można było podjąć leczenie pani Janiny i nie trzeba było
przeprowadzać amputacji nóg. Radość Marysi była ogromna. Jeszcze przed chorobą,
na wieść o tworzącej się w ZSRS armii gen. Władysława Andersa, pani Janina
wysłała list do Buzułuku z pytaniem o męża. Niedługo potem przyszła odpowiedź
podpisana przez Józefa Czapskiego, że los jeńców z obozów w Kozielsku,
Starobielsku i Ostaszkowie jest nieznany i nikt z nich dotychczas nie dotarł do
punktów tworzenia się armii polskiej. Nadziei więc było coraz mniej.

Zginął 9 maja 1945 roku
Po powrocie z zesłania nie mogło być już wątpliwości co do losów kpt. Stanisława
Malickiego. Znany był los oficerów z Kozielska i można było przypuszczać, że to
samo spotkało jeńców z Ostaszkowa i Starobielska. W metryce zgonu tych, którzy
nie powrócili z wojny do domów, wpisywano jako datę śmierci 9 maja 1945 roku. O
tym, co się stało z ojcem, Marysia mogła rozmawiać tylko z mamą, podobnie jak
inne dzieci zamordowanych przez Sowietów oficerów. Wiedziały, że dociekając
informacji na temat przyczyn, okoliczności i miejsca śmierci swoich ojców
naraziłyby się na represje.
Ciężko było więc nikomu nie mówić o ojcu, który przecież był bohaterem, a dla
Marysi najukochańszym na świecie tatą, który w jej pamięci pozostał jako
człowiek niezwykle dobry i wrażliwy na los innych ludzi. Pamiętała, jak przed
wojną wiele osób doświadczyło od niego pomocy i jak bardzo był przez to
szanowany przez innych. W każdym normalnym państwie o takich jak on pisano by w
podręcznikach szkolnych… Ale w "normalnych" państwach sprawę jeńców z
Kozielska, Starobielska i Ostaszkowa też na wiele lat ostemplowano pieczęcią
"top secret"!
Jeszcze w 1989 r. pani Maria sądziła, że jej ojciec jest pochowany w Katyniu,
dopiero po ujawnieniu przez Borysa Jelcyna dokumentów na temat losu jeńców z
pozostałych obozów dowiedziała się, że miejscem spoczynku jej ojca jest Charków.

Choć zabrano im życie, a ich dzieciom usiłowano zabrać życiorysy, pamięć o nich
przetrwała.

 

Anna Kołakowska

drukuj