Czarna legenda inkwizycji

Propagowanie mitu inkwizycji jako zbrodniczej organizacji chrześcijańskiej
staje się dla wielu sztandarowym dowodem na to, że prawdziwa wiara, gorliwość
religijna i przywiązanie do dogmatów mogą stać się źródłem fanatyzmu i
okrucieństwa wobec bliźnich, dlatego wiarę w Boga należy sprowadzić do sfery jak
najbardziej prywatnej i osobistej. Tymczasem – w porządku doczesnym – powołanie
powszechnych sądów kościelnych miało ukrócić samosądy na heretykach oraz
uniezależnić dbanie o czystość doktryny wiary od częstokroć okrutnych sądów
państwowych.

Współczesna tendencja dechrystianizacji Europy przybiera różnorakie formy. Jedną
ze skuteczniejszych metod, którymi próbuje się zdyskredytować Kościół, jest
odwołanie się do jego rzekomej historii, której znajomość nie pozwala dziś
nazwać Kościoła słowami św. Augustyna jako ex maculatis immaculata (wewnętrznie
święty). Za taką przesłanką stawiana jest dużo poważniejsza teza: przeszłość
Kościoła katolickiego przeszkadza, by wierzyć w jedną z podstawowych prawd wiary
mówiącą, że w Kościele tkwi kontynuacja zbawczej misji Chrystusa.
Ten mit zbiorowej wyobraźni o inkwizycji budowany jest misternie od czasów
oświecenia i jest obecnie trudny do obalenia. Mit ten jest pewnym fragmentem
gry, która ma na celu wzbudzenie irytacji wśród wierzących, irytacji w stosunku
do instytucjonalnego Kościoła, czego efektem ma być porzucenie tradycyjnych
praktyk religijnych i zajęcie stanowiska mówiącego, że wiara w Boga nie wymaga
zaakceptowania instytucji Kościoła, która poprzez swą kryminalną historię
straciła moc autorytetu. Należy zatem odrzucić zdyskredytowany balast jako
niepotrzebny, a nawet przeszkadzający w bezpośrednim kontakcie z Bogiem.
Wrogowie Kościoła, powołując się na jego rzekomą zbrodniczą historię, pytają
retorycznie: jakie prawo ma Kościół do nauk moralnych, skoro sam w przeszłości
dopuszczał się tak niegodziwych czynów? Gdy stajemy wobec tego rodzaju
historycznych zarzutów, możemy być pewni, że przywołany będzie casus Świętej
Inkwizycji.
Współczesne odczytanie rzeczywistej roli, jaką odegrała inkwizycja, jest z wielu
powodów zadaniem wyjątkowo trudnym. W historycznym odbiorze inkwizycji
przeszkadza medialny szum tworzony przez pseudointelektualnych publicystów,
którzy zaliczają trybunały wiary do najbardziej zbrodniczych instytucji w
historii ludzkości, przypisują inkwizycji nawet setki milionów ofiar (aby się
przekonać, jak jest to absurdalne, wystarczy sprawdzić, ilu mieszkańców
zasiedlało Europę w wiekach średnich). Prym w promowaniu czarnej legendy
inkwizycji wiodą lewicowe media, w których coraz częściej słyszy się liczne
porównania trybunałów inkwizycyjnych do działalności gestapo czy urzędów
bezpieczeństwa z czasów wczesnego PRL. "Historycy-eksperci" wskazują, że
trybunały inkwizycyjne skazywały w procesach przeważnie na śmierć, a
inkwizytorzy byli okrutnymi zwiastunami systemów totalitarnych. Pamiętajmy, że
to karykaturalne opisy Diderota, Woltera czy nawet Dostojewskiego ukształtowały
w umyśle przeciętnego człowieka upiorną wizję inkwizycji. Polscy autorzy nie
pozostali też w tyle za "postępowymi" historykami: Jerzy Andrzejewski fantazjuje
w "Ciemności kryją ziemię", jak to inkwizycja ad maiorem Dei gloriam krwią
znaczyła swój wkład w rozwój Kościoła, Edward Potkowski zaś w pracy "Heretycy i
inkwizytorzy" wprost pisze o założycielach inkwizycji (np. o św. Dominiku), że
byli to ludzie chorzy psychicznie. Spotykając się na co dzień z taką wizją
inkwizycji, przeciętny człowiek skłonny jest uznać ją za prawdziwą. Istnieje
potoczne wyobrażenie o inkwizytorze jako o geriatrycznym zakapturzonym mnichu o
skłonnościach sadystycznych, który pała żądzą władzy. Najlepszym przykładem
takiego wyobrażenia jest postać Bernarda Gui, inkwizytora Toledo, którego w swej
powieści "Imię róży" opisał znany włoski mediewista Umberto Eco. Jeszcze gorzej
przedstawiono go w filmie na podstawie tej książki. Bernard Gui – rzeczywista
postać historyczna – był inkwizytorem Toledo. Przez szesnaście lat pełnił tę
posługę i orzekł winę w stosunku do 913 osób, z czego tylko 42 osoby, jako
groźnych rebeliantów, pedofilów, kryminalistów, przekazał władzy świeckiej. W
wielu przypadkach Gui (co na te czasy było zupełną nowością) orzekał chorobę
psychiczną u podejrzanych, rezygnując z dalszych przesłuchań. Warto wspomnieć,
że ta "ikona czarnego terroru" wydała 274 wyroki złagodzenia odbywanych kar oraz
zamiany w 139 przypadkach więzienia na noszenie krzyża pokutnego naszywanego na
odzienie. Jednak stworzony przez Eco mit działa mocniej niż prawda historyczna.
Ma on jednak tyle wspólnego z prawdziwym Bernardem Gui, co postać Hansa Klossa
ze Stanisławem Mikulskim. Pamiętajmy, że inkwizytorzy rekrutowani byli głównie z
najlepszych zakonników, wykształconych i o nieskazitelnej opinii. Minimalną
granicą wieku dla inkwizytora było 40 lat (ze względu na doświadczenie życiowe i
niebezpieczeństwo młodzieńczej pochopności w wydawanych wyrokach). Nie mógł on
też nosić broni. Inkwizytorzy byli normalnymi ludźmi, często podróżnikami,
ciekawymi świata intelektualistami. Budzi nasze zdziwienie list Synodu biskupów
z Toledo, który nawołuje, by inkwizytorzy byli powściągliwi w grze w kości…

Strategia oblężenia
Obalenie głęboko zakorzenionego mitu krwawej inkwizycji jest zadaniem wyjątkowo
trudnym, gdyż po drugiej stronie ideologicznej barykady stoją media masowe z
arbitralnymi sądami, deformacjami, legendami wspieranymi przez liczne autorytety
medialne, filmy, książki, pseudonaukowe publikacje czy świat masowej rozrywki,
który w wielu przypadkach stał się jedynym źródłem wiedzy historycznej jej
odbiorców. Nie podejmując działań mających na celu zmianę stanu oceny historii
Kościoła, zezwalamy, by bezdyskusyjnie dać się obarczać pomówieniami i
kłamstwami. Już niebawem nie będzie pewnie w historii takiego miejsca,
naznaczonego cierpieniem, błędem i okrucieństwem, za które nie będzie ponosił
odpowiedzialności Kościół katolicki. Coraz częściej występują bowiem przypadki,
w których ogólna historia Kościoła przedstawiana jest jako śmietnik wad,
wypaczonych idei i mylnych przekonań całego cywilizowanego świata.
Niejednokrotnie efektem owego swoistego oblężenia jest deklaracja wielu
katolików, którzy nie próbując zmienić tego stanu rzeczy, utwierdzają się w
przekonaniu, że instytucja Kościoła katolickiego stworzona jest na wzór
organizacji charytatywnych czy zrzeszeń organizacji pożytku publicznego, gdzie
pracują zwykli ludzie, mogący błądzić czy defraudować majątek. Ten efekt
oblężenia jest misternie budowany jedynie na pewnych medialnych przekazach,
całkowicie pozbawionych podstaw wiedzy historycznej i elementarnej wiedzy z
zakresu teologii.
Do tego zestawu mitów medialnych dołącza się oświeceniową dychotomię
przeciwstawienia sobie dwóch struktur rzekomo nawzajem się wykluczających: wiary
i rozumu, wiary i wolności umysłu, wiary i rozsądku, wiary i nauki. Dlatego tezą
końcową jest niejednokrotnie argument powielany przez media: albo grzęźniemy w
zmurszałej wizji wiary chrześcijańskiej opartej na przemocy i restrykcji, albo
wybieramy wolność i naukę, zapewniając cywilizacji progres.
Analizując historię inkwizycji i chcąc zrozumieć motywy jej powstania i
działalności, należy przyjąć bardzo starannie metodologię badawczą. Analizowanie
działalności trybunałów wiary z punktu widzenia współczesnych uwarunkowań, praw
człowieka, uświęconej medialnie demokracji jest wyrwaniem z kontekstu
kulturowego i historycznego okoliczności jej powstania, jest zabiegiem
niedopuszczalnym, którego efektem są karykaturalne i nieprawdziwe wnioski.
Wystarczy jednak pobieżne spojrzenie w historię, by zauważyć, że większość z
podawanych w mediach rzekomych faktów historycznych wydaje się co najmniej
zagadkowa. Często osąd działalności inkwizycji jest bardzo surowy, nawet
wewnątrz współczesnego Kościoła. Jak zatem pogodzić istnienie znienawidzonej
inkwizycji z wyniesieniem na ołtarze przez Kościół wielu inkwizytorów jako
wzorów postępowania moralnego (Piotra Męczennika, Piotra d´Arbues, Dominika Guzmana
czy Jana Kapistrana), jak pogodzić naukę Ojców Kościoła, od Tomasza z Akwinu po
Grzegorza z Nazjanzu, którzy nie tylko całym sercem popierali działalność
inkwizycyjną, ale wręcz pisali wskazówki i rady dla inkwizytorów, czy też – jak
św. Dominik – wprost uczestniczyli w tworzeniu Świętego Oficjum?
Po wtóre, jeżeli trybunały wiary były tak znienawidzone przez samych wiernych,
dlaczego zatem sami przestępcy wymyślali często powody religijne swych
przewinień? Odpowiedź jest pragmatyczna, gdyż w średniowieczu powszechna była
świadomość tego, że postawienie przestępcy przed sądem inkwizycyjnym gwarantuje
sprawiedliwy przebieg śledztwa oraz broni sprawcę przed powszechnymi praktykami
stosowanymi w sądach grodzkich (np. tortury traktowane jako część procedury
sądowej, obcięcie kończyn jako zabieg prewencyjny, banicja, konfiskata mienia
czy wieloletnie więzienie).

Zapobiec samosądom
By zrozumieć i ocenić działalność inkwizycji, należy przede wszystkim postawić
pytanie o motywy jej powstania. Cele, jakie przyświecały zapoczątkowaniu
inkwizycji, były złożone. Przede wszystkim powołanie powszechnych sądów
kościelnych miało ukrócić samosądy na heretykach (vide: oficjalny zakaz
stosowania ordaliów – sądu Bożego, przez Kościół od roku 1215) oraz uniezależnić
dbałość o czystość doktryny wiary od sądów państwowych. Należy pamiętać, że
pierwsze surowe kary za odstępstwa od doktryny chrześcijańskiej wprowadzili
władcy świeccy, np. dekret Rajmunda hrabiego Tuluzy nakazujący złapanych katarów
kierować bezpośrednio na stos bez sądu i prawa obrony; podobny dekret wydaje
Piotr II, król Aragonii, nakazując bezzwłocznie opuścić królestwo wszystkim
heretykom. Ci, którzy się nie zastosują do tego dekretu, mieli być spaleni na
stosie. We Francji król Francji Robert II Pobożny w 1022 r. mimo ostrego
sprzeciwu lokalnych władz kościelnych rozpoczął ściganie heretyków na własną
rękę, zaś w kronikach Galla Anonima można przeczytać o świeckim dekrecie
nakazującym wybicie zębów drewnianym polanem za publiczne łamanie postu.
Tendencje do stosowania tego rodzaju aktów restrykcyjnych były związane ze
starożytną zasadą rzymską, wedle której władza cesarska rozumiana była jako
po.tif"Ad abolendam diversarum haeresum pravitatem" Papieża Lucjusza III)
wyraźnie traktuje zagrożenie herezją w dwóch kontekstach: w kontekście wiary i
zagrożenia ładu społecznego. Herezja, jak wydawać by się mogło współcześnie, nie
dotyczyła tylko sfery teologicznej, była uderzeniem w równowagę świata
średniowiecznego. Oprócz ewidentnych aspektów infekowania czystości wiary
doktryna heretycka zwalniała i zakazywała (w przypadku ruchu katarów) składania
jakiejkolwiek przysięgi i anulowała wszystkie dotychczas złożone. Każdy, kto
choć pobieżnie zna strukturę społeczną panującą w wiekach średnich, wie, że
fundamentem ładu była przysięga lenna, zobowiązanie stanowe czy złożone śluby
wierności. Ruchy manichejskie odrzucały funkcjonowanie władzy świeckiej i
kościelnej, skutecznie nawoływały do zaniechania stosowania medycyny czy do
całkowitej wstrzemięźliwości seksualnej, nawet w małżeństwie, albo do obrzędu
zwanego endura – czyli dobrowolnej śmierci samobójczej poprzez zagłodzenie
organizmu.

Mity wokół tortur
Mówienie o stosach jako wymyśle inkwizytorów jest grubym nieporozumieniem. Przed
nastaniem bowiem trybunałów inkwizycyjnych, wzorem prawa rzymskiego, sądy
powszechne skazywały na stos fałszerzy monet, przestępców, którzy dopuścili się
rabunku z włamaniem, czy fałszerzy oszukujących na wadze. W penitencjarnej
historii Europy apogeum stosowania tortur przypada zaś na przełom XVI i XVII
wieku, czyli na kilka stuleci po ogłoszeniu bulli "Ad extripanda", zezwalającej
na stosowanie tortur w procesach o herezje. Mało znanym i rzadko wspominanym
faktem jest także to, że w systemach prawa świeckiego w większości krajów
europejskich możliwość stosowania tortur zniesiono dopiero w XIX wieku. Bulla
Papieża Innocentego IV była pod pewnymi względami postępowa, gdyż dopuszczała
tortury jedynie w nielicznych przypadkach. Poddany torturze mógł być tylko
oskarżony o ciężkie przewinienia, nie zaś podejrzany, zezwolenie na tortury
musiało zostać podjęte przez aklamację, tzn. przez wszystkich sędziów biorących
udział w posiedzeniu sądu inkwizycyjnego, najczęściej było to dwunastu dobranych
przez inkwizytora, prawowiernych katolików (boni viri), rekrutujących się
spośród miejscowego kleru i arystokracji. Wystarczył jeden głos przeciwny, by
zabroniono stosowania tortur. Zgodę na nie musiał także wyrazić biskup
miejscowej diecezji, w której obradował sąd inkwizycyjny. Zeznania uzyskane na
torturach nie mogły być traktowane jako materiał dowodowy. Co więcej, oskarżony
poddany torturom mógł w ciągu 24 godzin odwołać swoje zeznania, które złożył
podczas ich wykonywania. Tortury można było stosować tylko w ten sposób, by nie
sprowadziły na torturowanego śmierci lub okaleczeń. Warto tu dodać, że jeśli już
decydowano się na tortury, to w większości przypadków męczono głodem. Bulla
Papieża Aleksandra zabraniała także osobom duchownym uczestniczenia w torturach,
pozostawiając je całkowicie ramieniu świeckiemu. Dekret ten cofnięto osobnym
rozporządzeniem z 27 kwietnia 1260 roku, gdyż nieobecność inkwizytora przy
torturach przewlekała sprawę i żołnierze ramienia świeckiego stosowali tortury w
sposób, w jaki ich używano w prawie świeckim, co było zakazane w sądach
inkwizycyjnych. Warto tutaj też wskazać, że inkwizycja kościelna zdecydowanie
zakazywała karania dzieci, starców, kobiet w ciąży, co było dopuszczalne w
sądach świeckich. Nigdy też nie stosowano tortur (jak to bywało w ówczesnym
prawie świeckim) w pierwszej rozprawie sądowej. Uciekano się do tego środka
jedynie wtedy, gdy oskarżonemu udowodniono winę (więc wykluczało to de facto
stosowanie tortur na podejrzanych o herezję) i mimo jaskrawych dowodów winy
trwał on w uporze i nie przyznawał się do herezji. Przyglądając się dokumentom
inkwizycyjnym, śmiało możemy postawić tezę, że sądy inkwizycyjne w porównaniu z
sądami świeckimi tamtych czasów uciekały się do tortur sporadycznie i na
złagodzonych warunkach. Okrutne metody stosowane były przez inkwizycję nader
rzadko (we Francji, gdzie trwała walka z sektą albigensów, przez 200 lat jedynie
trzykrotnie zdecydowano o użyciu tortur).

Po stronie człowieka
Jakkolwiek dziwacznie to brzmi w kontekście czarnej legendy o inkwizycji, warto
wspomnieć o pewnych nowatorskich rozwiązaniach humanizujących w sposób znaczny
średniowieczny system penitencjarny. Sądy inkwizycyjne jako pierwsze zapewniały
obrońcę z urzędu i to, co do dziś jest praktykowane – uznawały areszt domowy i
zwolnienie za poręczeniem. Ponadto oskarżony miał prawo zabrania głosu w
przypadku niezrozumienia aktu oskarżenia – gdy do tego dochodziło,
przewodniczący trybunału miał obowiązek jego wyjaśnienia. Jeżeli podejrzany
uważał, że któryś z sędziów jest mu nieprzychylny i wrogo do niego nastawiony,
miał prawo odwołania się na tej podstawie do Stolicy Apostolskiej, na ten czas
odraczano postępowanie dochodzeniowe. Nawet współcześnie taki przywilej nie
przysługuje oskarżonym. Każde odwołanie sądzonego heretyka spotykało się z
odpowiedzią ze strony Stolicy Apostolskiej. BenedyktIX (1033-1046) sygnował
średnio 1 list rocznie, Leon IX (1049-1054) już ok. 35, Innocenty II (1130-1143)
– 72 lisy, Aleksander III (1159-1181) – 179, Innocenty III (1198-1215) – 280,
Innocenty IV (1243-1254) – 730, Jan XXII (1316-1324) aż 3 tys. 646 listów
dotyczących odwołań! Świadczy to o tym, że w okresie największej walki z herezją
Stolica Apostolska odpowiadała na liczne apelacje, pytania i sprawy sądowe
wymagające arbitrażu najwyższych hierarchów Kościoła. Średniowieczny przywilej
selekcji trybunału przez oskarżonego nie jest fikcją, a jest niestety często
pomijany w wielu pracach dotyczących inkwizycji. Pewną nowością było także to,
że trybunał inkwizycyjny nie opierał się wyłącznie na zeznaniach świadków, miał
obowiązek wysłuchania i ustosunkowania się do stawianych zarzutów przez
oskarżonego. Dlatego stwierdzenie, jakoby oskarżony nie miał prawa głosu w
sądach inkwizycyjnych, jest wierutną bzdurą. Nową procedurą było także
wprowadzenie obowiązkowego obrońcy z urzędu (niespotykane jako prawo powszechne,
gdyż było rozwiązaniem kosztownym). Częstą karą wymierzaną przez sądy były kary
kanoniczne lub więzienie – tzw. murus largus, czyli odosobnienie w klasztorze
lub murus scrictus, polegające na zamknięciu w celi klasztornej. Zarówno w
przypadku murus largus, jak i murus scrictus dopuszczalne były odwiedziny
współmałżonka. Była to bardziej praktyka pokutna niż kara kryminalna. Z reguły
skazani podlegali wielokrotnym amnestiom skracającym wyroki lub zamieniano je na
inną pokutę, np. codzienne odmawianie psalmów pokutnych czy pielgrzymkę do
miejsc kultu (vide: przypadek Galileusza, który wyrokiem sądu inkwizycyjnego
został skazany na karę… odmawiania 4 psalmów pokutnych dziennie. Jako słabo
widzący karę mógł scedować na wybraną osobę). Należy pamiętać, że tego rodzaju
nowatorskie rozwiązania pojawiały się w momencie powszechnego stosowania kar
mutylacyjnych w prawodawstwie świeckim – czyli kar odzwierciedlających charakter
przestępstwa: obcinanie uszu, kończyn (kradzież), języka (składanie fałszywych
zeznań). Sądy inkwizycyjne także jako pierwsze uwzględniały w prawodawstwie
okoliczności łagodzące, wprowadzając tzw. stan wyższej konieczności (np.
kradzież z nędzy). Trybunały wiary zlikwidowały także instytucję więzień
koedukacyjnych.

Prawda o ofiarach
W debacie nad inkwizycją jednym z najczęściej poruszanych problemów badawczych
jest pytanie o liczbę ofiar, za które pośrednio lub bezpośrednio odpowiedzialne
były trybunały wiary. Trzeba jasno stwierdzić: dokładna liczba ofiar nie jest
możliwa dziś do ustalenia ze względu na zbyt mały (lub fragmentaryczny) materiał
archiwalno-dowodowy. W przybliżeniu podać można (zarówno w przypadku inkwizycji
pontyfikalnej, jak i państwowej inkwizycji hiszpańskiej), że ogólny procent
przekazanych ramieniu świeckiemu przez trybunały wiary waha się w granicach 5
procent. Jednak nawet tak ogólne dane należy opatrzyć komentarzem.
Po pierwsze, niektóre ogłoszenia wyroków śmierci odbywały się zaocznie i nigdy
nie zostały wykonane (np. spalenie na stosie in effigie, czyli wizerunku lub
kukły skazańca jako formy przestrogi i prewencji).
Po drugie, należy też pamiętać, że często sprawy religijne pokrywały się w
oskarżeniach z wykroczeniami kryminalnymi. W tych sytuacjach trudno orzec, czy
trybunał wiary po przekazaniu oskarżonego kryminalisty sądom świeckim może być
statystycznie zakwalifikowany jako odpowiedzialny za wyrok skazujący.
Niejednokrotnie badania historyczne polegają na pewnym uproszczeniu i
niedbalstwie intelektualnym archiwistów, którzy uznawali, że wyrok skazujący
znaczył niechybnie stos, a w wielu przypadkach była to tylko kara kanoniczna. W
kontekście liczby ofiar warto wspomnieć o "polowaniu na czarownice" w Europie.
Całkowitą liczbę kobiet spalonych na stosie ocenia się na 50 tysięcy, z czego –
jak wskazuje prof. Agostino Borromeo badający zachowane archiwa – jedynie 59
czarownic zostało straconych przez inkwizycję hiszpańską, 4 kobiety przez
inkwizycję portugalską i 36 kobiet przez inkwizycję rzymską.
Na podstawie zebranych danych archiwalnych i prac rekonstrukcyjnych można
przyjąć liczbę (niestety, przybliżoną i nieprecyzyjną) około 9 tys. osób
przekazanych ramieniu świeckiemu przez inkwizycję od XIII do XVIII wieku we
wszystkich krajach, w których działały trybunały wiary.
Warto pamiętać, że bez większych zmian Święte Oficjum funkcjonowało w większości
państw Europy do XIX wieku. Dopiero początek wieku XX przynosi zmiany w
funkcjonowaniu trybunałów wiary. Papież Pius X zmienia Sacrum Oficjum w
Kongregację Świętego Oficjum, zaś w 1965 r. Paweł VI w Kongregację Nauki Wiary.
Nazwa ta jest stosowana do dzisiaj. Kongregacja ta jest w pewien sposób
kontynuacją instytucji inkwizycji i cieszy się dziś powszechnym autorytetem
(przez wiele lat Kongregacji tej przewodniczył obecny Papież Benedykt XVI).
Kongregacja wydaje podobnie jak inquisitio haereticae pravitatis ważne dokumenty
(ostatnie lata przyniosły np. wskazanie na błędy teologii wyzwolenia czy notę
dotyczącą książek o. Anthony´ego de Mello, oficjalnie pozbawiając je miana nauki
katolickiej). Na zakończenie warto przytoczyć cytat z Alexisa de Tocqueville´a,
badającego działalność Świętego Oficjum: "Rozpocząłem badania pełen uprzedzeń
przeciwko Papieżom – skończyłem je pełen szacunku i podziwu dla Kościoła".

 

Dr Roman Konik
 

Autor jest historykiem idei, malarzem, publicystą, redaktorem miesięcznika
"Opcja na prawo", autorem wielu artykułów publicystycznych i książek, m.in. "W
obronie Świętej Inkwizycji", oraz powieści historycznej "Ischariot".

drukuj