Brutalne przejęcie władzy

Zadzwonił do mnie minister Lech Czapla (p.o. szef Kancelarii Sejmu), który
poinformował mnie, że marszałek Sejmu Bronisław Komorowski za chwilę wygłosi
oświadczenie o przejęciu obowiązków prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej do
tymczasowego wykonywania. Zapytałem ministra Czaplę, na podstawie którego
przepisu Konstytucji ma to nastąpić. Pan minister wyjaśnił mi, że chodzi o
przepis regulujący następstwa śmierci prezydenta RP. Na to ja zapytałem, czy
mają pewność, że prezydent zginął w katastrofie. Wtedy minister Czapla
powiedział do mnie: "No, niech pan nie żartuje! Przecież to jest oczywiste!".

Piątek, 9 kwietnia 2010 roku, był dla mnie ostatnim dniem pracy w tamtym
poświątecznym tygodniu. Jak zawsze spotkaliśmy się o 17.00 w Pałacu
Prezydenckim, w gabinecie ministra Macieja Łopińskiego (szefa Gabinetu
Prezydenta RP), na zebraniu kierownictwa kancelarii. Takie zebrania odbywały się
zawsze dwa razy dziennie – przed południem o 9.30 i wieczorem o 20.00. Tylko w
piątki zbieraliśmy się o 17.00. Tamtego dnia na spotkaniu było nas wyjątkowo
mało. Już na miejscu dowiedziałem się, że pan prezydent prof. Lech Kaczyński
jest w Belwederze, gdzie przygotowuje się do wystąpienia podczas uroczystości
katyńskich, a towarzyszą mu Maciej Łopiński i Zofia Kruszyńska-Gust (zastępca
szefa Gabinetu Prezydenta RP). Na zabraniu nie było też ministra Władysława
Stasiaka (szefa Kancelarii Prezydenta RP), który udał się do jednej z rozgłośni
radiowych, ministra Jacka Sasina (zastępcy szefa Kancelarii Prezydenta RP),
który w czwartek pojechał samochodem do Smoleńska, a także ministra Mariusza
Handzlika (podsekretarza stanu w Kancelarii Prezydenta RP zajmującego się
sprawami międzynarodowymi), który w tym czasie miał spotkanie z jednym z
ambasadorów w innej części Pałacu.

Zebranie było krótkie,
rozmawialiśmy może pół godziny. Sprawa wizyty w Katyniu nie była jakimś
zasadniczym tematem, bo wszystko zostało już wcześniej ustalone i każdy znał
swoje zadania. Po zakończeniu spotkania, gdy już wychodziłem z Pałacu,
zobaczyłem jeszcze ministra Mariusza Handzlika siedzącego wraz z dyrektorem
Kazimierzem Kuberskim w tzw. Sali Białej (na wprost głównego wejścia do Pałacu).
Podszedłem do nich i pożegnaliśmy się, jak zawsze przed weekendem. Pamiętam, że
Mariusz był uśmiechnięty, w dobrym nastroju, żartował.
Z Pałacu pojechałem prosto na Dworzec Centralny. Żona i córka czekały już na
mnie w domu, w Krakowie. Jeszcze zanim wsiadłem do pociągu, zadzwoniłem do pana
prezydenta. To była krótka rzeczowa rozmowa na tematy służbowe. Pan prezydent
przypomniał mi między innymi o konieczności przygotowania wniosku do Trybunału
Konstytucyjnego w sprawie ustawy zmieniającej ustawę o IPN. Dzień wcześniej (w
czwartek) omawialiśmy ten temat w czasie lotu z Wilna. Pan prezydent dał mi
wtedy szczegółowe wytyczne co do zawartości wniosku. Był przekonany o
niezgodności z Konstytucją kilku istotnych przepisów tej ustawy. Kończąc
rozmowę, pan prezydent powiedział, że musi już wracać do pracy, i polecił, żebym
przyszedł do niego w poniedziałek koło południa. "To do poniedziałku" –
powiedziałem. Pamiętam to jak dziś. To była moja ostatnia rozmowa z panem
prezydentem… Chwilę później wsiadłem do pociągu i wieczorem byłem już w domu.
Następnego dnia, w sobotni poranek 10 kwietnia 2010 roku, jeszcze nie zdążyłem
włączyć telewizora, by obejrzeć transmisję z uroczystości w Katyniu, gdy rozległ
się dzwonek telefonu. Było koło godziny dziewiątej, może kwadrans po dziewiątej.
Dzwoniła nasza znajoma, przyjaciółka rodziny. Powiedziała: "Andrzej…", i chyba
spytała: "Gdzie ty jesteś? Nie poleciałeś do Katynia?", a potem się rozpłakała.
Pamiętam, zaskoczony odpowiedziałem, że jestem w domu, w Krakowie, i zapytałem,
co się stało, a ona, łkając, powiedziała:

"Spadł samolot z prezydentem,
rozbił się przy lądowaniu". Nie mogłem w to uwierzyć. Opowiadała mi później, że
kilkakrotnie powtarzałem: "To niemożliwe, niemożliwe!". Powiedziała: "Włącz
telewizor!". Pobiegłem i włączyłem. Podawano pierwsze informacje o katastrofie.
Byłem zszokowany, ale miałem jeszcze nadzieję, że może nic strasznego się nie
stało. Ta nadzieja gasła jednak wraz z kolejnymi informacjami nadchodzącymi ze
Smoleńska. Zanim w telewizji pokazano zdjęcia wraku, jeszcze wierzyłem, że te
pierwsze doniesienia medialne i sformułowanie "rozbił się" są przesadzone, że
może samolot uległ jakiemuś uszkodzeniu przy lądowaniu lub spadł na podwozie i
sunął po płycie lotniska czy nawet po trawie koło pasa startowego. Tliła się we
mnie nadzieja, bo wiedziałem, że to był samolot specjalnie wyposażony, o
wojskowej konstrukcji, miał wzmocnione podwozie i skrzydła, wzmocnione
zawieszenie kół. Mówiono mi, że był nawet przygotowany do lądowania na łące.
Liczyłem więc, że nawet jeśli ten samolot spadł na podwozie przy lądowaniu, to
może są jakieś osoby ranne, ale nie dopuszczałem do siebie takiego scenariusza,
jaki w efekcie miał miejsce. Czyli tego, że samolot, spadając z ośmiu czy
dziesięciu metrów, w tak straszny sposób rozpadnie się i wszyscy zginą. A
przecież fakty są takie, że ten samolot był bardzo nisko i zostały z niego
dosłownie strzępy… W to do dziś nie sposób uwierzyć.
Po chwili rozdzwoniły się telefony, dzwonili znajomi, rodzina. Dzwonili na
wszystkie możliwe numery telefonów – do mojej żony, do mnie, do córki. Jak się
potem dowiedziałem, także do moich rodziców, do siostry. W kółko słyszałem, jak
żona i córka odpowiadały tylko: "Jest w domu. Nie, nie poleciał", i następny
telefon, i tak chyba przez ponad godzinę. Trudno to opisać. Ja z kolei w
przerwach pomiędzy telefonami od rodziny i znajomych rozmawiałem z moimi
koleżankami i kolegami z Kancelarii Prezydenta – z ministrem Maciejem Łopińskim,
minister Małgorzatą Bochenek (sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP),
minister Bożeną Borys-Szopą (podsekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP) i
ministrem Jackiem Sasinem. Musieliśmy ustalić, jaka jest rzeczywiście sytuacja,
i podzielić czynności. Maciej Łopiński był w Trójmieście i w pośpiechu
przygotowywał się do wyjazdu do Warszawy. Obie panie były w Warszawie, więc od
razu pojechały do Pałacu Prezydenckiego. Jacek Sasin był w Smoleńsku i ta
rozmowa była dla mnie szczególnie dramatyczna. Gdy zadzwoniłem, Jacek Sasin stał
nad szczątkami samolotu. W pierwszych słowach powiedział do mnie: "Andrzej!
Samolot jest kompletnie rozbity, chyba wszyscy nie żyją, prezydent nie żyje…".
Zapytałem, czy jest pewny, że pan prezydent zginął, czy widział ciało pana
prezydenta. Odpowiedział, że nie. To były strasznie trudne chwile. Powiedziałem:
"Jacek, to szukajcie! Szukajcie prezydenta!". Jacek powiedział: "Andrzej, ty nie
widzisz, jak to wygląda. Nie jesteśmy w stanie. Nie damy rady tego zrobić…".

Wiedziałem, że muszę jak najszybciej wracać do Warszawy. Pociąg odjeżdżał kilka
minut po dwunastej. Jeszcze zanim wyszedłem z domu, koło godziny jedenastej,
otrzymałem telefon z Kancelarii Sejmu. Dzwonił minister Lech Czapla (p.o. szef
Kancelarii Sejmu), który poinformował mnie, że marszałek Sejmu Bronisław
Komorowski za chwilę wygłosi oświadczenie o przejęciu obowiązków prezydenta
Rzeczypospolitej Polskiej do tymczasowego wykonywania. Zapytałem ministra
Czaplę, na podstawie którego przepisu Konstytucji ma to nastąpić. Pan minister
wyjaśnił mi, że chodzi o przepis regulujący następstwa śmierci prezydenta RP
(art. 131 ust. 2 pkt. 1 Konstytucji). Na to ja zapytałem, czy w takim razie ktoś
wiarygodny ze współpracowników marszałka Komorowskiego widział zwłoki pana
prezydenta. Czy może dostali jakąś notę dyplomatyczną ze strony rosyjskiej,
która stwierdza, że pan prezydent prof. Lech Kaczyński nie żyje. Krótko mówiąc,

czy mają pewność, że prezydent zginął w katastrofie.
Wtedy minister Czapla powiedział do mnie: "No, niech pan nie żartuje! Przecież
to jest oczywiste!". Ja – o ile pamiętam – powiedziałem: "Co jest oczywiste?
Przecież nie mamy żadnej pewności, co się stało z panem prezydentem. A w takim
razie, czy marszałek Komorowski zamierza przejąć władzę na podstawie informacji
telewizyjnych, na podstawie paska, który gdzieś tam przebiega na ekranie?".
Miałem świadomość, że jestem prawnikiem prezydenta Rzeczypospolitej. Dla mnie
było jasne, że przejęcie obowiązków w tym trybie może nastąpić jedynie wówczas,
gdy jest pewność, że pan prezydent nie żyje. Wobec jej braku można było zakładać
różne scenariusze. Na przykład taki, że pan prezydent przebywał w czasie
katastrofy w swojej salonce, która była specjalnie zabezpieczona, więc mogło się
okazać, że został ranny i wkrótce zostanie odnaleziony. Podkreślę jeszcze raz –
marszałek Komorowski i jego współpracownicy nie mieli w tamtej chwili żadnego
dowodu, że prezydent Rzeczypospolitej rzeczywiście nie żyje. Minister Czapla
mimo to cały czas naciskał, powołując się między innymi na kwestię
bezpieczeństwa państwa. Odpowiedziałem, że jest przecież inny przepis
Konstytucji (art. 131 ust. 1), który reguluje postępowanie w przypadku, gdy
prezydent przejściowo nie może wykonywać swoich obowiązków. Jeśli prezydent sam
nie może o tym zawiadomić marszałka Sejmu, wówczas fakt ten – na wniosek
marszałka – stwierdza Trybunał Konstytucyjny i powierza marszałkowi obowiązki
prezydenta do tymczasowego wykonywania. Przejęcie obowiązków następuje jednak
dopiero na mocy orzeczenia Trybunału. Proponowałem więc zastosowanie tego trybu.
Tłumaczyłem, że skoro doszło do katastrofy i nie wiadomo, co się stało z panem
prezydentem, to o ewentualnym przejęciu obowiązków powinien zdecydować Trybunał,
a nie marszałek Sejmu. Minister Czapla nie podzielił jednak mojego stanowiska i
zdecydowanie nalegał na tryb natychmiastowy, bez udziału Trybunału. Koniec
rozmowy był dosyć ostry, zapytał: "Czy pan w takim razie sprzeciwia się temu?".
Powiedziałem: "Tak, sprzeciwiam się, bo uważam, że dopóki nie będzie
stuprocentowej pewności, że pan prezydent nie żyje, samodzielne przejęcie
obowiązków prezydenta Rzeczypospolitej przez marszałka Sejmu będzie oznaczało
naruszenie Konstytucji". Na tym rozmowa się skończyła. Jej przebieg natychmiast
zrelacjonowałem najpierw Jackowi Sasinowi, a następnie Maciejowi Łopińskiemu.
Obaj byli wstrząśnięci. Jacek Sasin wspominał potem, że w rozmowie z nim
wypowiedziałem słowa:

"Tu już trwa zamach stanu".
Nie zaprzeczę temu, bo tak to wówczas widziałem. Nikt nie wiedział jeszcze,
gdzie jest pan prezydent i co się z nim stało, a marszałek Komorowski już
podejmował próby przejęcia władzy. O ile wiem, ciało pana prezydenta zostało
odnalezione na miejscu katastrofy dopiero koło godziny trzynastej.
Jeszcze w domu, a potem w pociągu odebrałem kolejne telefony z Kancelarii Sejmu.
Dzwonił najpierw jeden ze współpracowników ministra Czapli, a potem znów
minister Czapla. Cały czas próbowano skłonić mnie, abym zaakceptował przejęcie
obowiązków prezydenta RP przez marszałka Komorowskiego w trybie natychmiastowym.
Konsekwentnie wciąż pytałem, czy mają wiarygodne potwierdzenie śmierci pana
prezydenta. Nie mieli, więc podtrzymywałem, że konieczna jest w tej sprawie
decyzja Trybunału Konstytucyjnego. Już nie pamiętam, ile było w sumie tych
rozmów, trzy, cztery czy pięć. Wszystkie miały ten sam temat.
Koło godziny czternastej zadzwonił do mnie minister Lech Czapla, już po raz
ostatni tego dnia. Powiedział, że właśnie przed chwilą przyszedł telegram od
prezydenta Dmitrija Miedwiediewa zawierający informację, że pan prezydent Lech
Kaczyński zginął w katastrofie, że nie żyje. Dodał też, iż prezydent Miedwiediew
rozmawiał również telefonicznie z marszałkiem Komorowskim. Pamiętam doskonale,
że mówił o dokumencie pisemnym i o rozmowie telefonicznej. Następnie zapytał,
czy uważam, że to jest wystarczająca przesłanka. To był dla mnie trudny moment.
Rozważałem, co odpowiedzieć. Musiałem jednak wziąć pod uwagę, że jeżeli strona
rosyjska wysłała w tej sprawie oficjalny dokument, jeżeli jest to dokument
wystosowany przez prezydenta Federacji Rosyjskiej, to trudno zanegować jego
wartość jako dowodu. Powiedziałem wtedy: "Jeżeli mają państwo taki dokument, to
cóż, nie będę tego dłużej blokował". Miałem pełną świadomość, że decyzja w tej
sprawie należy do marszałka Komorowskiego, to marszałek odpowiada za jej
legalność.
I marszałek Komorowski dosłownie zaraz, po kilku czy kilkunastu minutach,
wygłosił oświadczenie przed kamerami. Powiedział, że pan prezydent zginął i że
on przejmuje obowiązki prezydenta Rzeczypospolitej do tymczasowego wykonywania.
Wkrótce, gdy pociąg, którym jechałem, był już na przedmieściach Warszawy, z
sekretariatu marszałka Komorowskiego otrzymałem telefoniczną informację, że
marszałek zaprasza nas, pozostałych przy życiu ministrów Kancelarii Prezydenta,
na godzinę 16.00 do swojego gabinetu w gmachu Sejmu. Przyjąłem to do wiadomości.
Miałem jeszcze sporo czasu, więc nie zmieniałem wcześniejszych planów i
zamierzałem udać się najpierw do Pałacu.
Koło 14.30 prosto z Dworca Centralnego skierowałem się na Krakowskie
Przedmieście. Już w drodze usłyszałem komunikat radiowy, że pod Pałacem zbierają
się ludzie, składają kwiaty i zapalają znicze. Pamiętam, pomyślałem wtedy, że to
pewnie jakaś grupka, kilka osób, że wysiądę z samochodu i podziękuję im za ten
gest. Wkrótce przekonałem się, jak dalece nie doceniłem ducha Polaków. Na
Krakowskim Przedmieściu przed Pałacem Prezydenckim stało tak wielu ludzi, że nie
było żadnych szans dojechania do bramy prowadzącej na dziedziniec. Wysiadłem z
samochodu, wszyscy płakali, młodzi i starsi – bez różnicy. Zrozumiałem, że nie
tylko rodziny ofiar, przyjaciele i ja przeżywamy to, co się stało. Łzy stanęły
mi w oczach. Wiele osób trzymało w rękach zdjęcia pana prezydenta i pary
prezydenckiej. Ogromnie się wzruszyłem. Ta natychmiastowa, spontaniczna reakcja
mieszańców Warszawy dobitnie pokazywała, że

ludzie znali prawdę o moim prezydencie,
to był też ich prezydent, którego cenili jako wielkiego człowieka i patriotę,
mądrego i nieugiętego rzecznika spraw Polski jako wspólnego dobra. Teraz
demonstrowali to mimo wieloletnich wysiłków ze strony polityków PO i
postpeerelowskiego establishmentu, wspieranych przez niektóre media, a
zmierzających do podeptania i ośmieszenia jego osoby i dzieła. Społeczeństwo
oddawało mu hołd jako mężowi stanu.
W ciągu następnego tygodnia przez Pałac przeszło około 180 tysięcy ludzi, by
pokłonić się przed trumnami pary prezydenckiej i ich współpracowników. To było
niezwykłe i wymagało ogromnej determinacji, bo w kolejce stało się nawet
kilkanaście godzin. A widziałem tam także osoby, które – jak przypuszczam – od
lat nie wychodziły z domu ze względu na stan zdrowia i wiek. Nigdy tego nie
zapomnę i do końca życia zachowam w sercu wdzięczność za to poświęcenie i
świadectwo, jakie wówczas umieli dać moi rodacy. Nikt chyba nie zliczył, ile
setek tysięcy ludzi z całej Polski przeszło w tych dniach przez Krakowskie
Przedmieście, ile zniczy tam zapalono.
Tamtego popołudnia 10 kwietnia pojechaliśmy razem, wszyscy prezydenccy
ministrowie (poza Jackiem Sasinem, który jeszcze nie wrócił ze Smoleńska), na
godzinę 16.00 do Kancelarii Sejmu. Spotkanie zaczęło się punktualnie. Na wstępie
marszałek Komorowski powiedział, że jest mu niezmiernie przykro, że się stała
straszna tragedia, że pan prezydent nie żyje. Powiedział też, że chce, byśmy
nadal wykonywali swoje obowiązki, bo to jest kwestia ciągłości władzy i tego,
żeby ta instytucja państwowa, jaką jest Kancelaria Prezydenta, funkcjonowała,
zwłaszcza w takiej trudnej sytuacji. To było dla nas oczywiste. Wiedzieliśmy, że
tak musi być. Powiedział też, iż jako tymczasowo wykonujący obowiązki prezydenta
Rzeczypospolitej będzie ograniczał swoje działania do niezbędnego minimum i
wykonywał tylko te obowiązki głowy państwa, które są obiektywnie konieczne.
Przyjęliśmy to z aprobatą i prawie natychmiast przeżyliśmy niemiłe zaskoczenie,
bo w kolejnych zdaniach marszałek Komorowski oświadczył, że w związku ze
śmiercią ministra Władysława Stasiaka powoła osobę, która będzie pełniła
obowiązki szefa kancelarii i że tą osobą będzie minister Jacek Michałowski. W
odpowiedzi na te słowa zaprotestowała Małgorzata Bochenek. Stwierdziła, że
zgodnie z regulaminem kancelarii w przypadku nieobecności szefa kancelarii
wszystkie jego obowiązki wykonuje zastępca szefa kancelarii. Tym zastępcą był
wówczas Jacek Sasin. Ja dodałem, że Jacek Sasin właśnie jest w samolocie i leci
ze Smoleńska do Warszawy, i że dosłownie za kilka minut powinien tu być.

– Nie ma potrzeby powoływania p.o. szefa kancelarii
– dodałem, bo rzeczywiście zgodnie z regulaminem organizacyjnym te obowiązki po
prostu wykonuje jego zastępca, niezależnie od tego, czym spowodowana jest
nieobecność szefa kancelarii. Tu żadnego problemu interpretacyjnego nie było,
tym bardziej że nie było też żadnego formalnego potwierdzenia śmierci Władysława
Stasiaka. Media już wprawdzie wtedy mówiły, że wszyscy zginęli, ale żadnych
dokumentów w tej sprawie polska strona jeszcze nie otrzymała. Z punktu widzenia
formalnoprawnego sytuacja była jasna i funkcjonowanie kancelarii nie wymagało
żadnych zmian w tym zakresie, tym bardziej że Jacek Sasin od lat pracował w
kancelarii, a wcześniej był wojewodą mazowieckim i miał doświadczenie w
zarządzaniu takim urzędem. Marszałek Komorowski był jednak absolutnie
zdeterminowany. Powtórzył jeszcze raz stanowczo, że właśnie zamierza powołać
jako pełniącego obowiązki szefa kancelarii ministra Jacka Michałowskiego.
Wiedzieliśmy, że w tej sytuacji nasze protesty na nic się nie zdadzą i że czeka
nas bardzo trudny okres. Nie tylko trzeba pożegnać wszystkich tych, którzy
zginęli i otoczyć opieką ich rodziny. W wielu przypadkach to byli nasi
przyjaciele, a nie tylko znajomi z pracy… To trudno opisać – człowiek wobec
takiej tragedii jest przytłumiony, w pierwszych chwilach trudno zdobyć się na
jakieś gwałtowne, ostre reakcje. Wiedzieliśmy też, niestety, że właśnie
rozpoczęła się twarda walka o instytucje państwa, o urząd prezydenta
Rzeczypospolitej, o Kancelarię Prezydenta, o IPN, Narodowy Bank Polski i inne,
których szefowie zginęli pod Smoleńskiem. Było oczywiste, że marszałek
Komorowski po prostu przejmuje kontrolę nad kancelarią, wprowadza tam "swojego
człowieka", i że tak będzie też w innych miejscach. Nie dało się tego inaczej
odczytać. To już nie była polityka, to było przejmowanie władzy w pełnym tego
słowa znaczeniu, szybko i bezkompromisowo. Ale to zdarzenie po raz kolejny w tym
dniu uświadomiło mi, że choć jesteśmy pogrążeni w żalu, to musimy stawać do
twardej walki, bo ta tragedia stworzyła niepowtarzalną okazję przejęcia władzy,
z której ktoś po prostu korzysta i nie ogląda się na żadne sentymenty.
Wydarzenia następnych dni i tygodni, tak w Kancelarii Prezydenta, jak i w innych
miejscach, niestety tylko to potwierdziły.

 

Andrzej Duda
 


Autor był w latach 2008-2010 podsekretarzem stanu w Kancelarii Prezydenta
Lecha Kaczyńskiego.

drukuj