„Z Ojczyzny Jezusa”
Pokój i Dobro!
Wydarzeniem rangi światowej minionego tygodnia była trzydniowa wizyta prezydenta Stanów Zjednoczonych w Ziemi Świętej. Była to pierwsza od objęcia prezydentury wizyta George’a Busha w Izraelu. Podróż ta jest jednocześnie pierwszą w historii wizytą prezydenta USA w stolicy Autonomii Palestyńskiej, Ramalli, na Zachodnim Brzegu Jordanu. Dziesięć lat temu prezydent Bill Clinton odwiedził jedynie palestyńskie miasta Gazę i Betlejem.
W opinii komentatorów George W. Bush pod koniec prezydentury chce przekonać opinię publiczną, że jest krzewicielem pokoju. Miesiąc temu pospiesznie zorganizował w Annapolis największą od 1991 r. bliskowschodnią konferencję pokojową. Do słynnej Akademii Marynarki Wojennej w stanie Maryland zjechali przywódcy 40 państw i organizacji. Premier Izraela i prezydent Autonomii Palestyńskiej wygłosili stosowne mowy i przyrzekli, że będą prowadzić negocjacje w ekspresowym tempie. Rezultatem tych wysiłków ma być utworzenie „niepodległego, demokratycznego i zdolnego do funkcjonowania państwa palestyńskiego”.
Nadanie dynamiki izraelsko-palestyńskim rozmowom pokojowym było również głównym celem wizyty prezydenta USA na Bliskim Wschodzie. Słowo „pokój” najczęściej pojawiało się we wszystkich oficjalnych wystąpieniach. W Izraelu witano George’a Busha jak starego przyjaciela. Na przykrytej czerwonym dywanem płycie lotniska blisko Tel Awiwu czekali na niego prezydent Szimon Peres, premier Ehud Olmert wraz ze wszystkimi ministrami swojego gabinetu, czołowi rabini, przedstawiciele wspólnoty muzułmańskiej oraz kościołów chrześcijańskich. W środę (9 stycznia), w pierwszym dniu wizyty, George Bush spotkał się z głównymi politykami Izraela.
W swym pierwszym oficjalnym przemówieniu w Jerozolimie Bush podkreślił, że dla obu stron – Izraelczyków i Palestyńczyków – „nadszedł czas podejmowania trudnych wyborów”. ??Odnosząc się do izraelskiej obecności wojskowej na Zachodnim Brzegu Jordanu oświadczył, że „powinna zakończyć się okupacja, rozpoczęta w 1967 roku”. Porozumienie wymaga ustanowienia Palestyny, będącej ojczyzną ludu palestyńskiego, tak jak Izrael jest ojczyzną ludu żydowskiego. Bush zaznaczył jednak, że Palestyńczycy zasługują na coś więcej, niż fragmentaryczne państwo. Istotne jest, by każda ze stron rozumiała, że realizacja podstawowych celów drugiej strony to klucz do pomyślnego porozumienia. Bezpieczeństwo dla Izraela i istnienie państwa palestyńskiego są we wzajemnym interesie obu stron – dodał amerykański prezydent. ??Odnosząc się do przyszłego statusu Jerozolimy, zauważył, że jest to trudna kwestia, gdyż obie strony odczuwają w związku z nią głębokie obawy zarówno polityczne jak i religijne.
W czwartek (10 stycznia) prezydent Bush udał się do Ramalli, głównego ośrodka administracyjnego Autonomii na Zachodnim Brzegu Jordanu. Spotkał się tam z prezydentem Autonomii Palestyńskiej Mahmudem Abbasem. ?Choć Bush powitany został przez przywódcę Autonomii z największymi honorami, to na terenie Autonomii Palestyńskiej prezydenta Stanów Zjednoczonych przyjmowano z mieszanymi uczuciami. W oczach Palestyńczyków Bush jest symbolem bezwarunkowego poparcia dla Izraela i głównym architektem wojny w Iraku. Naprawdę niewielu ludzi na Zachodnim Brzegu darzy go sympatią. W niektórych miejscach Hamas zorganizował nawet protesty przeciwko tej wizycie.
Amerykański prezydent powiedział w Ramalli, że liczy na izraelsko-palestyńskie porozumienie i spodziewa się, iż zarówno Izrael jak i Palestyńczycy „honorować będą swe zobowiązania”, wynikające z pokojowego planu, zwanego mapą drogową. Bush wypowiedział się też na temat kontrolującej Strefę Gazy palestyńskiej organizacji Hamas, stwierdzając, iż przyniosła ona narodowi palestyńskiemu „jedynie cierpienia”.
Jednym z elementów trzydniowego programu Georga Busha na Bliskim Wschodzie było nawiedzenie Miejsc Świętych. W programie znalazły się wizyty w betlejemskiej Grocie Narodzenia oraz w sanktuarium Góry Błogosławieństw i Kafarnuam nad Jeziorem Galilejskim.
W czwartkowe popołudnie, raz jeszcze sprawdziło się proroctwo Micheasza przepowiadające, że dzięki narodzeniu Chrystusa w Betlejem, to najmniejsze z miast Judy, nabierze rozgłosu światowego i przyciągnie niezliczone rzesze ludzi. Tym razem do grona dostojnych pielgrzymów odwiedzających to miejsce dołączył prezydent Stanów Zjednoczonych. W Betlejem obowiązywały od rana bezprecedensowe środki bezpieczeństwa. Miasto wyglądało jak wymarłe. Główna ulica i plac Żłóbka były zamknięte dla ruchu kołowego i pieszego. Mieszkańcom nakazano zamknięcie sklepów. W pełnym pogotowiu były palestyńskie służby bezpieczeństwa. Setki żołnierzy rozmieszczono wzdłuż drogi przejazdu konwoju prezydenckiego a na dachu Bazyliki Narodzenia i przylegających do niej budynkach ustawiono snajperów. Do miasta i do bazyliki Narodzenia nie wypuszczono ani jednej grupy pielgrzymkowej.
Prezydent Bush przybył do bazyliki Narodzenia kilka minut po godz. 14. W przedsionku bizantyńskiej bazyliki powitali go przełożeni wspólnoty prawosławnej i ormiańskiej oraz Kustosz Ziemi Świętej. W czasie wizyty, która trwała około 45 min. prezydent zwiedził bazylikę i franciszkański kościół św. Katarzyny. Przestrzegając zasad status quo prezydentowi towarzyszyli tylko przedstawiciele wspólnot opiekujących się tym świętym miejscem. Najpierw Grecy prawosławni na czele z Patriarchą Teofilem III, następnie Ormianie w kaplicy do nich należącej i na końcu franciszkanie. Na prośbę organizatorów wizyty do Groty Narodzenia prezydent zszedł sam, by mógł mieć chwilę ciszy na prywatną modlitwę. Chciał bowiem pomodlić się – jak powiedział – w intencjach osobistych i własnej rodziny. W towarzystwie o. Kustosza zszedł również do grot św. Hieronima, gdzie jeden z franciszkanów przeczytał fragment ewangelii o narodzeniu Jezusa. Jak podkreślił o. Kustosz prezydent Bush z zainteresowaniem słuchał przekazywanych mu informacji i z religijnym respektem nawiedził betlejemskie sanktuarium. Na zakończenie wizyty, przed kościołem św. Katarzyny, na wirydarzu św. Hieronima, George Bush do zgromadzonych dziennikarzy powiedział: „Jestem bardzo poruszony wizytą. Dla nas, wierzących chrześcijan, nie ma świętszego miejsca”. W tym ostatnim punkcie programu towarzyszyła prezydentowi wspólnota franciszkańska. Wymiana uścisku dłoni z każdym z zakonników i wspólne zdjęcie zakończyły oficjalną część wizyty w Betlejem.
Na konferencji prasowej zamykającej trzydniową wizytę, George Bush wyraził przekonanie, że do podpisania porozumienia pokojowego między Izraelem i Palestyńczykami dojdzie jeszcze przed końcem jego kadencji w styczniu 2009 roku. Powiedział między innymi: „Stoimy przed nową szansą na pokój na Bliskim Wschodzie. Przybyłem tu z wielkimi nadziejami”. Po czym dodał – „Rolą Ameryki będzie patronat nad wizją pokoju. Rolą izraelskich i palestyńskich przywódców – ciężka praca, niezbędna, aby tę wizję zrealizować”.
Większość komentatorów nie podziela optymizmu prezydenta, sugerującego, iż do końca roku uda się podpisać pokojowy układ palestyńsko-izraelski. Angielskojęzyczne wydanie izraelskiego dziennika „Haarez” tak oto skomentowało wizytę amerykańskiego prezydenta: <>. Jeszcze bardziej krytyczny jest głos palestyńskiego obrońcy praw człowieka: <>.
Historia oceni działania polityków. Naszym zobowiązaniem jest modlitwa o pokój. Chrześcijańska wizja jest oparta na nadziei płynącej z narodzin w Betlejem, Jezusa Chrystusa, przy którego przyjściu na świat aniołowie zwiastowali ludziom pokój, który jest darem z nieba.
o. dr Jerzy Kraj
