Spróbuj pomyśleć
Szczęść Boże!
Polska Medycyna Integracyjna to szansa na przeżycie. Szansa oparta o zdrowy rozsądek, oczywista dla wszystkich, prosta w wykonaniu. Byle tylko ją podjąć i z niej korzystać. O medycynie obecnie w Polsce obserwowanej, nas poniżającej, rujnującej i w sposób ewidentnie wymierny dla naszego zdrowia i życia szkodliwej można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jest integracyjna. Medycyna w Polsce roku 2010 jest dezintegracyjna do stopnia prawdopodobnie nieznanego dotychczas ludzkości. Jest dezintegracyjna z założenia, w teorii i praktyce,. Od zarania dziejów człowiek zawsze starał się leczyć siebie i swoich bliskich. Na miarę swoich możliwości zawsze walczył z cierpieniem, chorobą, przedwczesnym zgonem. Na kolejnych etapach rozwoju każda cywilizacja dysponowała również swoim systemem prewencji oraz profilaktyki chorób i niepełnosprawności. Człowiek nigdy nie rezygnował z ratowania zdrowia i zapobiegania chorobom. Od czasów jaskiniowych w razie potrzeby albo stosował właśnie jaskiniowe, a później domowe środki lecznicze i zapobiegawcze, albo zwracał się o pomoc do osoby pełniącej społeczną funkcję lekarza. W celach troski o zdrowie i walki z bólem niewiele różnimy się od zwierząt, które również nie rezygnują z dostępnych sobie środków, czy to na wolności, czy też w warunkach udomowienia. U wielu zwierząt można zaobserwować także rodzinną, a nawet grupową solidarność z osobnikami wymagającymi pomocy, rannymi i chorymi. Zadziwia więc brak refleksji nad upadkiem medycyny w Polsce ze strony darwinistów społecznych, którzy potrafią zdeformować umysły studentów, ale nie umieją dostrzec, że prawo dżungli miewa jednak wyjątki, a pomoc choremu w potrzebie gwarantuje instynkt stadny wyjątkowo wysoko rozwinięty u nagich małp, do których zaliczają i siebie i całą resztę gatunku Homo sapiens animatus, który wie, że jest uprzywilejowany obdarzeniem duszą. Jak dotychczas z pracowni inżynierów genetycznych nie wydobywają się okrzyki eureka! głoszące światu spreparowanie pozbawionego duszy mutanta Homo sapiens inanimatus o fenotypie człowieka myślącego tak „wzbogaconym” genami hieny, szakala i kameleona, jak „wzbogacona” o wbudowane w nią pestycydy jest genetycznie modyfikowana roślina oraz żywność z niej wyprodukowana. Być może tego rodzaju bezduszne istoty myślące zostały już pomiędzy nas wprowadzone, a nawet zdobyły władzę w naszym kraju. Ciekawe z jakiegoż to zwierzęcia przeszczepione geny determinują niepohamowaną kleptomanię i paranoiczną megalomanię.
Odkładając żałosne dowcipy na bok, warto wspomnieć rolę niesfałszowanej nauki, jako punktu odniesienia, wszystkich działań w obszarze ochrony zdrowia. Trzymając się tematu gmo, trzeba podkreślić, że pod ciosami topora rzetelnej ewidencji naukowej padają powtarzane przez sprzedajnych polityków i ekspertów reklamowo-lobbingowe zapewnienia handlarzy genetycznie zmodyfikowanej kukurydzy i soi, o tym, że produkty inżynierii genetycznej ludziom nie szkodzą. Po spektakularnej kompromitacji ekodemagogów zarabiających na rtęciowych świetlówkach i bujdzie o decydującym wpływie człowieka na klimat, wydaje się, że nadchodzą czasy kolejnych Waterloo, a raczej Kopenhagi dla Gore’a i jemu podobnych. Prędzej czy później runą także mity głównego nurtu współczesnej medycyny kreowane przez bezwzględnie żerujących na nieszczęściu ludzkim głównych graczy na rynku ochrony zdrowia. Im chorzy młodsi, tym rynek głębszy. Im chorych więcej, tym rynek szerszy. Im woda, żywność, powietrze i zachowania bardziej skażone, tym rynek i głębszy i szerszy. W rynek zdrowia, jak to w biznesie, inwestować warto tylko wtedy, kiedy uzyska się wystarczająco wysoką stopę wzrostu. Stąd ludzi w pewnym wieku i z ciężkimi chorobami leczyć już nie warto. Warto za to zaproponować im eutanazję. Na ostatni zastrzyk jeszcze będzie ich stać.
Nauka podporządkowana wyłącznie zyskom z rynku ochrony zdrowia jest dla nas wszystkich śmiertelnym zagrożeniem. Trudno to sobie wyobrazić, ale w najnowszym numerze czasopisma Acta Obstestricia et Gynecologica Scandinavica pojawił się artykuł dowodzący, że karmienie piersią nie jest wcale lepsze od karmienia butelką. Autorem wywodu jest prof. Sven Carlsen z Norweskiego Uniwersytetu Nauki i Technologii w Trondheim. Niewątpliwie firmy sprzedające zamienniki mleka matki zacierają ręce i już przygotowują kolejne kampanie reklamowe adresowane do młodych rodziców. Podobnie w roku 2005 Monica Christiansson, była pielęgniarka na położnictwie i Carola Eriksson, doktorantka na uniwersytecie Umea w Szwecji, wspólnie ogłosiły, że zgodnie z własnym przeglądem literatury medycznej i praktycznym doświadczeniem, błonę dziewiczą należy uznać za społeczny i kulturowy mit, oparty o głęboko zakorzenione stereotypy roli kobiet w ich płciowych relacjach z mężczyznami. Zapewne obie wyzwolone (tylko od czego?) uczone nie dotarły do obszernej literatury medycznej wskazującej na fakt, że wrodzony brak przedmiotowego narządu zdarza się wyjątkowo rzadko i to w ramach ciężkich wad rozwojowych układu moczo-płciowego skategoryzowanych w międzynarodowej klasyfikacji chorób problemów zdrowotnych ICD-10 w pozycji Q52.0 i Q52.7. Podpieranie się nauką dla zaprzeczenia istnieniu widzialnego organu ciała i zgodnych ze zdrowym rozsądkiem zdrowotno-psychologicznych korzyści z karmienia piersią, przypomina antyreligijne kampanie „naukowo” dowodzące nieistnienia duszy, bo jej neurochirurdzy nigdy nie widzieli. Za pomocą tego rodzaju pseudonaukowych nonsensów przygotowywane są globalne przedsięwzięcia marketingowe w sposób bezpardonowy atakujące fizyczną, moralną i psychologiczną integralność osoby ludzkiej. Naprzód czyni się z ludzi narzędzie czyjejś perwersyjnej rozrywki, uzależnia od ich własnych słabości, proponuje zakup drogiej szczepionki o wątpliwej skuteczności i niepewnym bezpieczeństwie, aż wreszcie przymusza do badań wykrywających raka, aby po jego rozpoznaniu, w warunkach polskiego systemu ochrony zdrowia odmówić im leczenia. To jest właśnie przykład polskiej medycyny dezintegracyjnej.
Z Panem Bogiem
dr Zbigniew Hałat
