Miliony rubli na operację przykrywania dowodów
Z prof. Andriejem Iłłarionowem, byłym doradcą prezydenta Rosji
Władimira Putina, pracownikiem waszyngtońskiego Instytutu Katona, rozmawia
Piotr Falkowski
Dlaczego zdecydował się Pan zostać współpracownikiem zespołu
parlamentarnego utworzonego w polskim Sejmie w celu badania okoliczności
katastrofy smoleńskiej?
– Polski rząd zrezygnował z przejęcia tego śledztwa. To – jak mówią
Amerykanie – gorzej niż przestępstwo, to błąd. Ale prędzej czy później
dowiemy się prawdy i o tej tragedii. Tak jak to się stało z masakrą w
Katyniu. Myślę, że międzynarodowe śledztwo byłoby pomocne. Powiem więcej, w
obecnej sytuacji jest ono wręcz niezbędne. Nie znam innych dochodzeń w
sprawach katastrof lotniczych, przeprowadzanych przez MAK, ale to dotyczące
tragedii smoleńskiej dzieli ocean od standardów Zachodu. Porównajmy je
choćby z tym po zamachu bombowym nad Lockerbie, które Brytyjczycy prowadzili
przy udziale Amerykanów.
Pozwolę sobie odwołać się do niedawnych przecieków z WikiLeaks. Jest tam
bardzo wyraźnie opisana rola i znaczenie prezydenta Lecha Kaczyńskiego
podczas wojny rosyjsko-gruzińskiej. Nie ma wątpliwości, że to jego
determinacja, a szczególnie wizyta z grupą innych prezydentów w Tbilisi,
zatrzymała rosyjską ofensywę. Niejako zmusiła Busha i Sarkozy´ego do
działania. Gdyby nie Lech Kaczyński, Rosja zajęłaby całą Gruzję. O tym
trzeba pamiętać.
Co w śledztwie smoleńskim budzi Pana największe wątpliwości?
– Chciałbym zaznaczyć bardzo jasno, że jest wiele pytań, mnóstwo sprzecznych
świadectw, mnóstwo brakujących dowodów. Chcąc być uczciwym i w zgodzie z
własnym sumieniem, nie możemy powiedzieć, że znamy odpowiedź na pytanie, co
naprawdę stało się 10 kwietnia w pobliżu Smoleńska. Ale to, co wiemy już z
całą pewnością, to fakt, że przynajmniej od 10 kwietnia do dziś trwa
operacja "przykrywania" prowadzona przez rosyjskie władze. Niszczenie i
ukrywanie dowodów, rozpowszechnianie fałszywych informacji, odwracanie uwagi
obserwatorów i śledczych od rzeczywistych problemów i skupianie się na
sprawach pomniejszych albo zupełnie fikcyjnych, próby ukrywania osób
zaangażowanych w wydarzenie, a wprowadzanie w ich miejsce fałszywych
świadków, jak na przykład liczne postacie o imieniu Wołodia, będące podobno
autorami pewnego filmu krążącego w internecie – to zapewne niepełna lista
działań, w które musiano zaangażować setki, jeśli nie tysiące ludzi, w tym
najwyższych urzędników państwowych, władze lotnicze z MAK na czele. Wiedząc
o tej niewiarygodnej, rozbudowanej i kosztownej operacji, każdy poważny i
obiektywny obserwator musi zadać pytanie, w czyim interesie jest ona
prowadzona i kto może za nią stać. Jedyna możliwa odpowiedź jest
następująca: rosyjski rząd.
O czym to, Pana zdaniem, świadczy?
– To niewiarygodna tragedia i dla polskiego, i dla rosyjskiego narodu, coś,
czego nie znajdziemy w całej historii. Żeby przywódca sąsiedniego kraju wraz
z bardzo wysokimi urzędnikami zostali zabici razem i jednocześnie. Nawet w
czasach wojen, gdy ginie wielu ludzi, nigdy nic podobnego się nie wydarzyło.
Właśnie z powodu zupełnej wyjątkowości tego przypadku nikt nie powinien być
bardziej zainteresowany w możliwie obiektywnym i wnikliwym dochodzeniu niż
władze rosyjskie. Nawet bardziej niż władze polskie ze względu na możliwe
podejrzenie, że po stronie rosyjskiej i rosyjskiego rządu coś było nie tak.
Aby oczyścić swoje nazwiska i ich reputację, nikomu tak jak im nie powinno
zależeć na tym, aby to śledztwo prowadzić tak dokładnie, rzetelnie, otwarcie
i przejrzyście, jak to możliwe i z udziałem najlepszych specjalistów z
całego świata. Tak by nikt nie miał nawet cienia wątpliwości. Ale jest
zupełnie inaczej.
Czy jest w tym jakiś sygnał dla światowej opinii?
– To pewna demonstracja. Niemal jawnie odbywa się niszczenie dowodów, w tym
wraku samolotu, produkowanie fałszywych dowodów, ukrywanie nagrań, fałszywe
teorie w sprawie przebiegu lądowania, elementów technicznych, pracy
kontrolerów lotu, warunków pogodowych, roli innych samolotów itd. Nie wiem,
co myślą o tym światowi przywódcy, ale wystarczy popatrzeć na polski rząd.
Niemal natychmiast po katastrofie doszło do zbliżenia polityków polskich i
rosyjskich. Niezależnie od tego, czy ktoś to zaplanował, wygląda na to, że
rządzący obecnie Polską są bardzo szczęśliwi z powodu tego, co się stało. I
z powodu tego zbliżenia z Rosją. Pojawia się zatem pytanie. Czy żeby mieć
dobre relacje z Rosją, potrzebna jest śmierć całej grupy przywódców, choćby
w katastrofie lotniczej? To przesłanie, ta lekcja, nawet jeśli nie jest
przedmiotem publicznej dyskusji, to jest bacznie obserwowana i brana pod
uwagę przez wielu światowych liderów, szczególnie z tej części Europy. Może
nie dotyczy to Baracka Obamy, którego bezpieczeństwo jest przedmiotem troski
na nadzwyczajnym i zupełnie wyjątkowym poziomie, ale w państwach bałtyckich,
w Polsce, Europie Środkowej, na południowym Kaukazie każdy polityk wiele
razy pomyśli, jak się powinien zachować, aby mieć dobre relacje z
nieprzewidywalnym sąsiadem. Nawet jeżeli żaden z nich nie będzie wierzył, że
rząd Rosji ma coś wspólnego z katastrofą, a przynajmniej nie przyzna tego
publicznie, to na pewno pomyśli sobie, że jeżeli te relacje się pogorszą, to
nikt nie wie, co się może stać.
Znamy przypadki wielu tajemniczych zgonów w samej Rosji…
– Jest bardzo długa lista polityków rosyjskich, którzy myśleli o ubieganiu
się o najwyższy urząd w państwie, a skończyli bardzo źle. Galina
Starowojtowa, jedna z prominentnych działaczek opozycji demokratycznej, była
brana pod uwagę jako kandydatka na urząd prezydenta. Została zastrzelona w
listopadzie 1998 roku. Siergiej Juszenkow, polityk liberalno-demokratyczny,
został zastrzelony w kwietniu 2003 roku. Aleksandr Lebiedź, popularny
generał, kandydat na prezydenta, który w 1996 roku otrzymał prawie 15 proc.
głosów, zginął w katastrofie śmigłowca w kwietniu 2002 roku. Inny generał,
Lieb Rochlin, podobno został zastrzelony przez żonę w lipcu 1998 roku.
Generał Giennadij Troszew, będący bardzo daleko od demokratycznego i
liberalnego obozu, ale popularny wśród żołnierzy na północnym Kaukazie. Miał
spór z ministrem obrony. Zginął w katastrofie lotniczej we wrześniu 2008
roku. Doliczmy do tego Wiktora Juszczenkę z sąsiedniej Ukrainy, który został
otruty i tylko cudem przeżył. A Wjaczesław Czornowił, czołowy kandydat na
prezydenta Ukrainy w 1999 roku, zginął w bardzo podejrzanym wypadku
samochodowym w marcu 1999 roku. Śledztwo przeprowadzone za prezydentury
Juszczenki wykazało, że to agenci rosyjskiego FSB "rozwiązali" problem
Czornowiła. Są jeszcze prezydenci Czeczenii: Dżochar Dudajew, Zelimchan
Jandarbijew i Asłan Maschadow – wszyscy zabici. Długa lista ludzi, którzy
byli dość popularni, mieli wysokie ambicje polityczne i skończyli tak, jak
skończyli. Każdy lider polityczny tej części Europy, patrząc na tę listę
podejrzanych i niewyjaśnionych zgonów, zastanowi się nad swoją polityką i
nad tym, jak uniknąć jej nieprzewidywalnych konsekwencji.
Fraza o pojednaniu polsko-rosyjskim zrobiła po katastrofie smoleńskiej
zawrotną karierę. W jakich kategoriach powinniśmy oceniać relacje
polsko-rosyjskie?
– Dobre i stabilne rosyjsko-polskie relacje należy budować na trwałej
podstawie zaufania pomiędzy narodami. A zaufanie można osiągnąć tylko wtedy,
gdy sprawy będące problemem we wzajemnych stosunkach zostaną jasno
postawione, otwarcie przedyskutowane, przeanalizowane i rozpoznane przez
obie strony. Podejrzenia albo brak dostępu do informacji tylko temu szkodzą.
Konieczna jest otwarta i uczciwa dyskusja o wszystkich problemach z
publicznym nazwaniem błędów, pomyłek i przestępstw popełnianych przez
różnych ludzi z obu stron podczas długiej historii stosunków naszych państw
i narodów.
Dziękuję za rozmowę.
