Elementarz pedałowania?

W polu dobra i zła

Po przemarszach pod oknami naszych domów homoseksualistów otrzymaliśmy podręcznik szkolny mający poprowadzić nasze dzieci w tym samym kierunku. Przygotowano w tym celu elementarz, bo chociaż na naukę nigdy nie jest za późno, to jednak najlepiej ją rozpocząć jak najwcześniej. Obok zatem czytania i pisania nasze dzieci uczyć się również będą – jeśli MEN zapali się do pomysłu – pedałowania. Tak bowiem aktywność homoseksualną określa autor „Tęczowego elementarza” przez dobór jego okładki. Namalowano na niej dwie osoby tej samej płci jadące razem na rowerze-tandemie. Chcąc określić bliżej, co te osoby robią – posługując się słownikiem języka polskiego – jedynym słowem, które to określa precyzyjnie, jest czasownik „pedałują”. Czyżby zatem „Tęczowy elementarz” to elementarz pedałowania? Z miłością – jak wiadomo – ta czynność gimnastyczna czy rekreacyjna nie ma nic wspólnego. Dobór okładki wydaje się zatem trafnie wyjaśniać, czym się zajmują homoseksualiści.

A może jednak autor „elementarza” zakłada, że miłość erotyczna nie może być czymś więcej niż formą czynności gimnastycznej czy rekreacyjnej? To tylko konsumpcyjne traktowanie sfery seksualnej niestety bardzo doskwiera naszej współczesności i nawet jest odpowiedzialne za rozprzestrzenianie się zjawiska homoseksualizmu. Tę zależność zauważył już – odnośnie do Persów – Herodot.

Ale pierwszym pytaniem, które ten „elementarz” wzbudza, nie jest to, co się w nim pisze na temat homoseksualizmu, ale pytanie o powody podejmowania medytacji z naszymi dziećmi na ten temat. Niewątpliwe jest, że mogą tym być zainteresowani z pewnością pedofile, dzisiaj w naszych rejonach świata jeszcze represjonowani. Czyżby jednak z tego tylko powodu, że dzierżący dzisiaj władzę nie otrzymali w swoim czasie „Tęczowego elementarza”? Środowiska homoseksualne zachowują obecnie dużą dyskrecję na temat swojego stosunku do pedofilii, w poprzednich epokach historycznych będącej właściwie jedyną formą homoseksualizmu. Tak było np. w klasycznych Atenach, gdzie po wyrośnięciu chłopcu brody już nie mógł być on obiektem homoseksualnych upodobań (co twierdzi taka światowa sława w hellenistyce jak K. Dover). Do wyjątków należał np. tragik Agaton (znany chociażby z platońskiej „Uczty”), homoseksualista udający jeszcze po czterdziestce, że właśnie pojawia mu się zarost. Ten sam rozkład apetytów widzimy jeszcze w XIX i na początku XX wieku, kiedy to tłumy pedofilów podróżowały do Włoch, nade wszystko na Taorminę, „gdzie bogowie tańczący szat wszelkich się wstydzą”, jak pisał bywający w tamtych stronach z tych właśnie racji F. Nietzsche. Widać to zainteresowanie chłopięcą nagością z Sycylii w głośnych homoseksualnych fotografiach von Gloedena. Także André Gide w „Immoraliście” opowiada o swoich zachwytach nad arabskimi chłopcami z Taorminy, które to upodobanie towarzyszyło mu do końca życia. Wspomina o tym z niesmakiem Truman Capote, określający Gide’a jako „starą świnię”, który „latał za piętnastoletnimi chłopcami, w tę i z powrotem po ulicach Taorminy, i sprowadzał ich po południu, w godzinach sjesty, do swej sypialni”.

Czyżby zatem tylko dzisiaj homoseksualny apetyt omijał dzieci i kierował się wyłącznie w stronę ludzi dysponujących dowodem osobistym? To trudne pytanie regularnie jednak się dzisiaj odsuwa, co jest godną zastanowienia wskazówką, aby jednak mimo wszystko pytać. Niezależnie od odpowiedzi, jasne jest, że skorzystanie z „Tęczowego elementarza” ułatwiłoby pedofilom dzisiaj niebezpieczną dla nich aktywność. Nad tymi trudnościami ubolewali także ateńscy pedofile, jak to widzimy w mowie Pauzaniasza w platońskiej „Uczcie”. Pewnie chętnie poparliby obecność w szkołach „Tęczowego elementarza”.

Marek Czachorowski


drukuj