Cierpienie ze strachu przed Bogiem

Walka z chrześcijaństwem wcale nie musi być prowadzona w sposób
bezpośredni. Jeśli symbolem naszej religii jest nieprzypadkowo krzyż, to
jakiekolwiek wymazywanie czy zamazywanie pozytywnego znaczenia cierpienia w
naszej świadomości musi być rozumiane jako niszczenie chrześcijaństwa. Nowożytna
filozofia, niezależnie od swoich odmian, sprzysięgła się w tym zmaganiu
przeciwko usensownieniu ludzkiego cierpienia.

Widzimy to także w tym nurcie nowożytnej etyki, który zwany jest hedonizmem
etycznym. Do dzisiaj jest on wykładany na wielu uniwersytetach jako obowiązujący
model etycznego myślenia. Miarą dobra i zła jest dla hedonistów etycznych
przyjemność: jeśli czyn dostarcza przyjemności, uznany jest za moralnie dobry,
jeśli zaś od niej odwodzi – za moralnie zły. Znamy argumenty przeciwko temu
sposobowi myślenia z książki Karola Wojtyły "Miłość i odpowiedzialność",
rozdziału zatytułowanego "Krytyka utylitaryzmu". Krytykuje się tutaj
hedonistyczną "etykę", zwłaszcza Jeremiasza Benthama, angielskiego hedonisty
etycznego z przełomu XVIII i XIX wieku, w rozmaity sposób później "ulepszaną" i
retuszowaną. Mamy też u nas zawodowych i wpływowych etyków, którzy głośno
twierdzą, że Karol Wojtyła wcale nie jest znawcą hedonizmu etycznego, ale nie
kwapią się, aby tę swoją tezę uzasadnić, co dobrze koresponduje z duchem naszych
czasów knuta i knebla, jak to na własnej skórze doświadczamy w związku z
dyskryminacją Telewizji Trwam.

Knut i knebel to nieodzowne narzędzia hedonistycznego sposobu organizacji
życia społecznego. Zwracał na to uwagę Karol Wojtyła. Z jednej strony
podkreślał, że stanowisko Benthama – jak i wszystkich innych hedonistów
etycznych – w ogóle nie zasługuje na miano etyki, ponieważ sprowadza dobro
moralne do tego, czym ono nie jest, czyli do przyjemności. Stąd też – twierdzi
Karol Wojtyła – na gruncie utylitaryzmu etyka "jest niepotrzebna". Z drugiej
strony autor wskazał na usprawiedliwianie i torowanie drogą hedonizmu etycznego
tylko egoistycznych postaw. Przyjemność jest bowiem dobrem tylko subiektywnym
(związanym z własnymi przeżyciami). A zatem poszukiwanie przyjemności – uznanie
jej za jedyne czy najwyższe dobro – musi oznaczać konsekwentnie poszukiwanie
tylko własnego dobra.

Krytykowany przez Karola Wojtyłę nowożytny utylitaryzm zaatakował także
praktyki dobrowolnego podejmowania cierpienia. Zdaniem Benthama, ascetyczne
ćwiczenia mnichów to "sposoby udręczania", dzięki którym mniemają, że "zyskają
łaskę bóstwa", a co by znaczyło, że traktują Boga jako istotę niemiłosierną.
Kierować się mają zatem w swoich praktykach pokutnych koniec końców strachem
"przed przyszłą karą ze strony złośliwego i mściwego bóstwa". Wśród uczniów
Benthama znajdujemy także Zygmunta Freuda. Uważał on praktyki pokutne za
ukierunkowane na "udobruchanie" Boga, co jest "tak jawnie infantylne, tak obce
rzeczywistości, że człowieka przyjaźnie usposobionego do rodzaju ludzkiego aż
boli, gdy pomyśli, że znaczna większość śmiertelników nigdy nie wzniesie się
ponad to ujęcie życia". Głowa nie bolałaby Freuda (i Benthama), gdyby tylko
zainteresował się realnymi powodami cenienia sobie przez chrześcijan
podejmowanego dobrowolnie cierpienia. Z lękiem przed okrutnym bóstwem te
praktyki nie mają nic wspólnego. Ale klasycy nowożytnej etyki zazwyczaj
przypominają narcyzów, całkowicie niezainteresowanych poprzedzającą ich epoką,
epoką klasycznego etycznego myślenia. Przykładem tej narcystycznej ignorancji
może być dosyć grube dzieło "etyczne" przywołanego Jeremiasza Benthama, ale
pozbawione jakiegokolwiek śladu znajomości klasycznej etyki. Widać, że nie
chodzi o prawdę.

Marek Czachorowski

drukuj