fot. pixabay.com

Ewangelia na XXVIII niedzielę zwykłą

Jezus w przypowieściach mówił do arcykapłanów i starszych ludu: «Królestwo niebieskie podobne jest do króla, który wyprawił ucztę weselną swemu synowi. Posłał więc swoje sługi, żeby zaproszonych zwołali na ucztę, lecz ci nie chcieli przyjść.

Posłał jeszcze raz inne sługi z poleceniem: „Powiedzcie zaproszonym: Oto przygotowałem moją ucztę; woły i tuczne zwierzęta ubite i wszystko jest gotowe. Przyjdźcie na ucztę!” Lecz oni zlekceważyli to i odeszli: jeden na swoje pole, drugi do swego kupiectwa, a inni pochwycili jego sługi i znieważywszy, pozabijali.

Na to król uniósł się gniewem. Posłał swe wojska i kazał wytracić owych zabójców, a miasto ich spalić.

Wtedy rzekł swoim sługom: „Uczta weselna wprawdzie jest gotowa, lecz zaproszeni nie byli jej godni. Idźcie więc na rozstajne drogi i zaproście na ucztę wszystkich, których spotkacie”. Słudzy ci wyszli na drogi i sprowadzili wszystkich, których napotkali: złych i dobrych. I sala weselna zapełniła się biesiadnikami.

Wszedł król, żeby się przypatrzyć biesiadnikom, i zauważył tam człowieka nieubranego w strój weselny. Rzekł do niego: „Przyjacielu, jakże tu wszedłeś, nie mając stroju weselnego?” Lecz on oniemiał. Wtedy król rzekł sługom: „Zwiążcie mu ręce i nogi i wyrzućcie go na zewnątrz, w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów”. Bo wielu jest powołanych, lecz mało wybranych».

Mt 22, 1-14

***

Jak reagujemy na zaproszenia? Myślę, że teraz każdy pomyśli: „To zależy – na co?”.

I oczywiście zależy od tego, od kogo wypływa zaproszenie oraz z jakich intencji.

To normalne, że zareagujemy z uśmiechem i niecierpliwością, gdy ktoś, kogo kochamy, po kim możemy się spodziewać jedynie dobra, zaprasza nas na obiad, wycieczkę, do miejsca, które bardzo lubimy. Jeśli słyszymy suche: „Zapraszam do mnie” z ust szefa, zapewne pojawia się strach, lęk, niewiadoma.

No właśnie, a co, jeśli pada zaproszenie z ust samego Boga!? Tak! Bóg nieustannie kieruje w naszą stronę najpiękniejsze zaproszenie. I to jest też wspólny mianownik dzisiejszych czytań.

Izajasz mówi o uczcie, na której Bóg „raz na zawsze zniszczy śmierć” i otrze łzy z każdego oblicza. To piękny obraz naszej nadziei. Nadziei, której tak bardzo wszyscy potrzebujemy, o czym przypominał nam papież Franciszek. Bóg nie stworzył nas po to, abyśmy na zawsze pozostali w naszych smutkach, lękach i cierpieniach. Ostatecznym celem człowieka jest zbawienie i wieczne zjednoczenie z Bogiem, który otrze każdą łzę.

Ale zanim nastąpi ta wieczna uczta, Bóg już dzisiaj przygotowuje dla nas stół.

Dlatego Psalm 23 mówi: „Pan jest moim pasterzem, niczego mi nie braknie”. Zwróćmy uwagę: psalmista nie mówi, że nigdy nie będzie problemów. Mówi: „Chociażbym przechodził przez ciemną dolinę, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną”. To jest ogromna różnica. Wiara nie oznacza, że człowiek nigdy nie przejdzie przez ciemną dolinę. Wiara oznacza, że nie przejdzie przez nią sam, że poprowadzi nas Ten, któremu na nas zależy.

A potem pada zdanie: „Stół dla mnie zastawiasz”. Może właśnie tutaj powinniśmy dzisiaj zatrzymać się na chwilę. Bóg zastawia przed nami stół. Bóg daje nam Eucharystię. Daje swoje słowo. Daje przebaczenie. Daje wspólnotę. Daje nadzieję. To wszystko jest darem Jego łaski. Zanim więc człowiek odpowie na Boże zaproszenie, najpierw sam zostaje przez Boga obdarowany. Tylko czy my mamy jeszcze czas, żeby przy tym stole usiąść?

Święty Paweł mówi w drugim czytaniu: „Umiem cierpieć biedę, umiem i obfitować”. I dodaje: „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”. Paweł odkrył coś bardzo ważnego: szczęście człowieka nie zależy ostatecznie od tego, ile posiada. Można mieć wiele i być nieszczęśliwym. Można mieć niewiele, a mieć pokój serca. Bo najważniejsze nie jest to, co mam, ale z Kim idę przez życie.

I właśnie dlatego tak mocno brzmi dzisiejsza Ewangelia. Nie chodzi w Niej tylko o to, że człowiek jest zajęty. Chodzi o to, co w jego życiu zajmuje pierwsze miejsce.

Król przygotował ucztę i zaprosił ludzi. Wszystko było gotowe. Ale zaproszeni zaczęli się wymawiać. Jeden poszedł na swoje pole, drugi do swego kupiectwa. Zauważmy: Jezus nie mówi, że praca na polu była czymś złym. Nie mówi też, że handel był grzechem. Problemem nie było samo pole ani samo kupiectwo. Problem polegał na tym, że zaproszeni uznali swoje sprawy za ważniejsze od zaproszenia króla. Zlekceważyli jego zaproszenie. To nie było tylko: „Mam za dużo pracy”. To było: „Mam coś ważniejszego”.

I tutaj Ewangelia dotyka również naszego życia. Problemem nie jest to, że mamy pracę, rodzinę, obowiązki, plany czy swoje „pole”. Problem zaczyna się wtedy, gdy nasze „pole” staje się ważniejsze od Króla. Gdy to, co samo w sobie jest dobre, zaczyna zajmować w naszym sercu miejsce należne Bogu.

Można przypomnieć tutaj książkę Mały Książę Antoine’a de Saint-Exupéry’ego i postać Kupca, który całe swoje życie poświęca liczeniu gwiazd. Chce je posiadać, zapisywać, gromadzić. Tylko można zapytać: po co?

I może właśnie tutaj Ewangelia dotyka naszego życia.

Można mieć pełny kalendarz i puste serce. Można ciągle coś załatwiać, kupować, budować, planować. Można całe życie biegać od jednej sprawy do drugiej i w pewnym momencie odkryć, że nie było czasu na to, co naprawdę najważniejsze.

Można tak bardzo zajmować się życiem, że człowiek przegapi życie wieczne. I dlatego dzisiaj Jezus mówi do każdego z nas: „Przyjdź na ucztę”. Nie jutro. Nie wtedy, kiedy wszystko będzie uporządkowane. Nie wtedy, kiedy będę miał więcej czasu. Dzisiaj. Bo być może największą pokusą współczesnego człowieka nie jest powiedzieć Bogu: „Nie wierzę”. Być może częściej mówimy: „Wierzę, ale nie mam czasu”. I właśnie za tym „nie mam czasu” może kryć się coś głębszego: „Mam coś ważniejszego od Ciebie”.

Nie mam czasu na modlitwę. Nie mam czasu na Mszę. Nie mam czasu na spowiedź. Nie mam czasu, żeby porozmawiać z Bogiem. Mam swoje pole. Mam swoje kupiectwo. Mam swoje sprawy. Nie chodzi oczywiście o to, że praca, rodzina czy codzienne obowiązki są czymś złym. Chodzi o to, czy pośród tego wszystkiego Bóg rzeczywiście pozostaje na pierwszym miejscu.

A Bóg cierpliwie powtarza: „Wszystko jest gotowe. Przyjdź na ucztę”.

To Bóg pierwszy wychodzi z zaproszeniem. To On przygotowuje ucztę. To On daje łaskę i uzdalnia człowieka do odpowiedzi. Nasza odpowiedź jest ważna, ale nie zbawiamy się własnym wysiłkiem. Zbawienie jest darem Boga, który człowiek przyjmuje i na który odpowiada.

Dzisiejsza Ewangelia przypomina nam jednak również o człowieku, który przyszedł na ucztę bez szaty weselnej. Samo przyjęcie zaproszenia nie wystarczy. Bóg chce nie tylko, żebyśmy przyjęli Jego zaproszenie, ale także, żeby Jego łaska przemieniała nasze życie. Szata weselna przypomina nam, że przyjęcie Bożego zaproszenia powinno prowadzić do przemiany serca i życia. Nie wystarczy tylko pojawić się na uczcie. Trzeba pozwolić, aby otrzymana łaska naprawdę nas przemieniała.

Chce, żebyśmy po Eucharystii byli trochę bardziej cierpliwi, bardziej przebaczający, bardziej życzliwi, bardziej podobni do Chrystusa. Nie dlatego, że własnym wysiłkiem mamy zasłużyć na Jego miłość, ale dlatego, że przyjęta przez nas łaska powinna przynosić owoce w naszym życiu.

Nie pozwólmy więc, aby nasze „pole” i nasze „kupiectwo” stały się ważniejsze od Boga. Nie chodzi o to, aby porzucić swoje pole, pracę, rodzinę czy obowiązki. Chodzi o to, aby żadna z tych rzeczy nie zajęła miejsca Boga.

Bo przyjdzie kiedyś dzień, kiedy wszystko inne przestanie mieć znaczenie.

Pozostanie tylko pytanie: czy przyjąłem zaproszenie Chrystusa i pozwoliłem, aby Jego łaska przemieniała moje życie? Amen.

o. Aleksander Ćwik CSsR

 

 

 

 

 

 

print