Obama atakuje Romneya walką klas

Polacy doskonale znają rozmiar zniszczenia, jakie może nieść idea walki
klasowej, jeśli posłużą się nią demagogiczni politycy i urzędnicy państwowi
chcący zdobyć władzę lub utrzymać się przy niej. Polacy, rzecz jasna,
doświadczali tego od komunistów przez całe dziesięciolecia. Nam, Amerykanom, od
czterech lat funduje to nasz prezydent Barack Obama.

Niestety, retoryka walki klas tym bardziej się zaostrza, im bliżej do
listopadowych wyborów, w których Obama chce pokonać swojego republikańskiego
kontrkandydata Mitta Romneya. Amerykański prezydent uwielbia uderzać w "bogaczy"
(mimo iż sam do nich należy), a tak się składa, że Romney jest człowiekiem
bardzo zamożnym. Zarobił wiele pieniędzy dzięki operowaniu średnio- i
długoterminowym kapitałem inwestycyjnym, kluczowym komponentem normalnej
kapitalistycznej gospodarki.

Obama i jego otoczenie przedstawiają jednak kontrkandydata jako wcielenie zła
stworzone przez kapitalistycznych renegatów z Wall Street wysysających krew
biednym i przedstawicielom klasy średniej. Nazywają go "kapitalizmem sępów" lub
"wampirów".

Retoryka Obamy
Zanim przejdziemy do analizy, w jaki sposób Obama posługuje się retoryką walki
klasowej w swoich atakach na Romneya, przyjrzyjmy się najpierw, w jaki sposób
atakował on ludzi bogatych w czasie całej swojej prezydencji, wliczając w to
absurdalną, fałszywą opinię o tym, że bogaci płacą mniejsze podatki niż ludzie
biedni i przedstawiciele klasy średniej. Poniżej zaledwie kilka przykładów tego
rodzaju wypowiedzi prezydenta Obamy wygłoszonych na przestrzeni kilku miesięcy
2011 roku.
6 października powiedział on na konferencji prasowej: "Prawda wygląda tak, że
musimy zaciskać pasa i ciąć wydatki. Byłoby to możliwe, gdyby milionerzy i
bilionerzy także zaczęli brać udział w oszczędnościach… Możemy walczyć o to,
żeby ochraniać ulgi podatkowe dla przedstawicieli tych grup, którzy ich nie
potrzebują i którzy o to nie prosili, albo możemy obniżyć podatki dla niemal
każdego pracownika i każdego, kto prowadzi mały biznes w Ameryce. Nie możemy
jednak zrobić obu tych rzeczy".
4 października stwierdził w Teksasie: "Jeżeli rzeczywiście chcemy zniwelować
deficyt, musimy połączyć dokonanie mocnych cięć ze strategią wywierania nacisku
na najbogatszych Amerykanów i na największe korporacje, aby także one wzięły
udział w oszczędnościach i zaczęły płacić swoją część. Rodziny reprezentujące
klasę średnią, rodziny klasy robotniczej nie powinny płacić wyższych podatków
niż milionerzy czy bilionerzy".

27 września w Denver, Colorado, zaapelował: "Musimy nalegać, aby najbogatsi
Amerykanie i największe korporacje zaczęły ponosić sprawiedliwy udział w
wydatkach. Rodziny reprezentujące klasę średnią nie powinny płacić wyższych
podatków niż milionerzy czy bilionerzy. Tym, co stanowi kwintesencję
amerykańskiej myśli, jest konieczność, by ci z nas, którym szczególnie się
powiodło, wzięli sprawiedliwy udział w wydatkach i przyczynili się w ten sposób
do utrzymania narodu, który umożliwił im osiągnięcie tego sukcesu".

26 września w San Diego w Kalifornii wskazał: "Sekretarz Warrena Buffetta nie
powinien płacić wyższych podatków niż Warren Buffett. Nauczyciel zarabiający 50
000 USD rocznie czy strażak zarabiający rocznie 50 000 czy 60 000 USD nie
powinni płacić większych podatków niż ktoś, kto zarabia rocznie 20 mln USD".

25 września tłumaczył w Seattle: "Musimy nalegać, aby ci z nas, którym
najbardziej się powiodło – najbogatsi Amerykanie, największe i przynoszące
największe dochody korporacje – zaczęli dokładać się do wspólnej kasy…
Pieniądze skądś się muszą brać. Czy zatem raczej utrzymywalibyście istnienie
przywilejów prawnych dla kompanii paliwowych, czy też może zamiast tego
przywrócilibyście miejsca pracy nauczycielom i budowlańcom? (oklaski) Czy
wolelibyście zachować przywileje prawne dla milionerów i bilionerów, czy raczej
zainwestować w badania medyczne i nowe technologie? (oklaski) Czy powinniśmy
kazać naszym seniorom płacić tysiące dolarów więcej za opiekę medyczną, czy też
raczej powinniśmy kazać najbardziej dochodowym korporacjom, aby zaczęły same za
siebie płacić?".

24 września w mowie wygłoszonej w Waszyngtonie przed Parlamentarną Grupą
Afroamerykanów (Congressional Black Caucus) stwierdził: "Musimy nalegać na
naszych ziomków, którym najbardziej się powiodło, najbogatszych Amerykanów,
największe i najbardziej dochodowe korporacje, aby zaczęli oni płacić sami za
siebie. Nie prosimy ich o nic nadzwyczajnego. Proponowana przez nas reforma
opiera się na prostej zasadzie: Przedstawiciele klasy średniej nie powinni
płacić wyższych podatków niż milionerzy i bilionerzy".

22 września w Cincinnati, Ohio, zaznaczył: "Ta ustawa [Jobs Act] zakłada
także wywarcie nacisku na najbogatszych Amerykanów, aby zaczęli oni w
sprawiedliwy sposób brać udział w płaceniu podatków… Chcę jedynie tego, żeby
wszystko było sprawiedliwe".

19 września w wystąpieniu w Ogrodzie Różanym Białego Domu wskazywał: "I to
było stanowisko, które mówi, że nie powinniśmy próbować balansować naszego
budżetu, przerzucając obciążenia na biednych i na przedstawicieli klasy
średniej; oznacza to wspólne rozwiązanie problemu z udziałem najbogatszych
Amerykanów i największych korporacji, którzy powinni brać sprawiedliwy udział w
wydatkach".

14 września w Raleigh w stanie Karolina Północna pytał: "Czy chcecie
utrzymywania przywilejów prawnych dla multimilionerów i bilionerów? Publiczność:
Nie! A czy chcecie może obniżenia podatków dla właścicieli małych
przedsiębiorstw i rodzin należących do klasy średniej? Publiczność: Tak!
(oklaski)". (Warto zauważyć, że prezydent Obama powtórzył to zdanie w swojej
przemowie wygłoszonej dzień wcześniej w Columbus w stanie Ohio.)
12 września w Ogrodzie Różanym Białego Domu podkreślał: "Kiedy trzeba wzmocnić
gospodarkę i zbalansować wydatki, musimy zdecydować, jakie są nasze priorytety.
Czy raczej utrzymamy przywileje prawne dla kompanii paliwowych, czy też może
przywrócimy miejsca pracy nauczycielom? Czy powinniśmy utrzymywać ulgi podatkowe
dla milionerów i bilionerów?".

9 września w Richmond w stanie Virginia naciskał: "Musimy wywrzeć wpływ na
najbogatszych Amerykanów i na największe korporacje, aby zaczęli oni brać udział
we wspólnych wydatkach".

8 września w czasie posiedzenia Kongresu postulował: "Zreformowanie naszego
systemu podatkowego w taki sposób, aby zobligować najbogatszych Amerykanów i
największe korporacje do wzięcia udziału we wspólnych wydatkach".

15 sierpnia w stanie Iowa przestrzegał: "Kiedy słyszycie argument o tym, że
jeśli tylko obniżycie podatki dla bogatych obywateli, ożywi to gospodarkę,
ponieważ stworzą oni wtedy miejsca pracy i tak dalej, pamiętajcie, że
stworzyliśmy dziesiątki milionów miejsc pracy w systemie, który istniał, zanim
Busk obniżył podatki, a także o tym, że od tamtego czasu znacznie spowolnił się
wzrost liczby miejsc pracy".

22 lipca mówił na Uniwersytecie w Maryland: "Dlatego właśnie kiedy mówię o
zlikwidowaniu deficytu, uważam, że najbogatsi Amerykanie i największe korporacje
także powinni wziąć w tym udział" (oklaski). Zanim zaprzestaniemy finansowania
badań nad pozyskiwaniem alternatywnych źródeł energii, naciskajmy na kompanie i
korporacje paliwowe, aby przestały korzystać z przywilejów prawnych, do których
inne firmy nie mają dostępu".

Przytoczyłem tutaj te wszystkie powtórzenia, ponieważ obrazują one, w jaki
sposób Obama uporczywie próbuje twierdzić, że bogaci Amerykanie są największym
problemem Stanów Zjednoczonych i największą przeszkodą stojącą na drodze
ekonomicznego wzrostu i zbalansowania ogromnego (rekordowego) deficytu
budżetowego powstałego w wyniku jego bezprecedensowej polityki dokonywania
wydatków. Przytoczone przeze mnie wypowiedzi Obamy pochodzą jedynie z 2011 r.,
ze względu na objętość nie zamieściłem tu zresztą czterech czy pięciu kolejnych.
Aby zebrać wszystkie tego rodzaju tezy Obamy wygłoszone w czasie sprawowania
przez niego urzędu prezydenta, trzeba byłoby napisać książkę.

Słowo klucz: walka klas
W obliczu przewidzianych na listopad tego roku wyborów prezydenckich tą samą
retoryką walki klasowej Obama posługuje się w swojej kampanii przeciwko Mittowi
Romneyowi, jednemu z tych "najbogatszych Amerykanów".
Głównym "rozgrywającym" jest tutaj David Axelrod, szef kampanii Obamy. Kim jest
ten człowiek?

Axelrod jest chicagowskim działaczem politycznym, który stoi za zwycięstwem
Obamy w 2008 roku. Stał się on głównym architektem jego kampanii z 2008 r.,
którą podsumować można w dwóch słowach: "nadzieja i zmiana" – stanowiących
zresztą kluczowe hasła tejże kampanii. "Los Angeles Times" słusznie nazwał
Axelroda "strażnikiem" treści komunikatu w "obrazkowej kampanii", w której
"komunikat jest wszystkim". "New York Times" ochrzcił go z kolei "Głosem Obamy".
Axelrod doskonalił jego image, doprowadził go do zwycięstwa w wyborach, a w ten
sposób zmienił Amerykę. Następnie po dwóch latach spędzonych na stanowisku
doradcy prezydenta wrócił do Chicago, żeby opracować plan reelekcji Obamy w roku
2012. "Została mi jeszcze jedna kampania", powiedział Axelrod w rozmowie z
dziennikarzem, "i będzie to kampania na rzecz wyboru faceta, o którym myślę, że
jest świetnym prezydentem".

Dla Axelroda kluczem do wyboru i utrzymania Obamy na stanowisku prezydenta
jest właśnie kontynuowanie posługiwania się retoryką walki klasowej.

Lewicowe korzenie
W istocie fakt stosowania tej właśnie taktyki nie będzie stanowił dla nas
zaskoczenia, jeśli weźmiemy pod uwagę polityczny rodowód Axelroda i Obamy.
Zarówno Axelrod, jak i Obama są "produktami" radykalnych mentorów o literalnie
komunistycznych korzeniach. Axelrod dostał swoją pierwszą poważniejszą pracę w
"Chicago Tribune" dzięki rekomendacjom Dona Rose´a i Davida Cantera, dwóch – jak
sami siebie opisują – mentorów z Chicago o skrajnie lewicowych korzeniach. Już
od lat 30. poprzez lata 60. David Canter wraz ze swoim ojcem Harrym byli uważnie
monitorowani przez służby Kongresu z powodu ich pracy na rzecz Moskwy, do której
zresztą David Canter przyznał się przed Kongresem podczas przesłuchana w lipcu
1962 roku. Ich rodzinne Chicago w komunistycznej aktywności ustępowało jedynie
Nowemu Jorkowi. Amerykańska Partia Komunistyczna została zresztą założona
właśnie w Chicago we wrześniu 1919 roku.

Harry Canter pełnił funkcję sekretarza generalnego Bostońskiej Partii
Komunistycznej. W 1930 r. wystartował on w wyborach na gubernatora Massachusetts
właśnie z ramienia Partii Komunistycznej. W 1932 r. otrzymał specjalne
zaproszenie do stalinowskiego Związku Sowieckiego. Chętnie je przyjął – wraz z
całą rodziną wyjechał do ZSRS. Płynnie mówił po rosyjsku, uczył bolszewików
technik druku, tłumaczył także pokaźne tomy pism Lenina. W 1937 r. Harry wraz z
rodziną nagle jednak opuścił Moskwę i wylądował w Chicago.

U schyłku lat 40. Harry Canter pracował zresztą z jednym z mentorów Obamy
Frankiem Marshallem Davisem nad komunistyczną publikacją "Chicago Star". Gazetę
tę założył i wydawał Davis, był jej redaktorem naczelnym. Davis był twardogłowym
komunistą, w Komunistycznej Partii USA otrzymał numer 47544. Reprezentował
niezachwianie prosowieckie stanowisko. W latach 40. potępił on plan Marshalla,
doktrynę Trumana, NATO, broniąc za to Jałty i zagrabienia przez Sowietów Polski
i innych krajów Europy Wschodniej. Davis próbował przekonywać, że Stalin
wprowadza "demokrację" do Polski i innych krajów bloku komunistycznego.
Twierdził także, iż mieszkańcy Europy Wschodniej witali Sowietów z otwartymi
ramionami. W końcu Davis przeprowadził się na Hawaje, by z kolei tam próbować
szerzyć swoją propagandę. Na Hawajach poznał on w latach 70. młodego Obamę,
stając się jego mentorem.

W skrócie rzecz ujmując, poglądy Baracka Obamy i Davida Axelroda
ukształtowali tacy właśnie ludzie jak Frank Marshall Davis i Canterowie. Byli
oni marksistami, a zatem także ich uczniowie ochoczo posługują się elementami
marksistowskiej retoryki – szczególnie jeśli chodzi o atakowanie bogatych i
kapitalizmu.

Duet Axelrod – Obama kontra Romney
Dzisiaj, w 2012 r., Obama i Axelrod spuścili z łańcucha psy ideologii walki
klasowej i szczują nimi Mitta Romneya. Czuli się oni na swoim terytorium tak
pewnie, że rozpoczęli tę akcję już zeszłego lata, w sierpniu 2011 roku.
"Poplecznicy Obamy próbują przykleić Romneyowi łatkę chciwca w okresie wielkiej
recesji – kogoś w rodzaju politycznego Gordona Gekko" – pisano w sierpniu 2011
r. na łamach "Politico". Artykuł nosił tytuł: "Plan Obamy: zniszczyć Romneya".
Przytoczono w nim słowa Davida Axelroda: "On [Romney] był bardzo, bardzo dobry w
robieniu interesów, działając na korzyść swoją i swoich wspólników, nie był już
jednak tak dobry w tworzeniu miejsc pracy. Jego profil w ogromnej mierze
odpowiada temu, czego w ostatniej dekadzie byliśmy świadkami na Wall Street".

Co ciekawe, ta linia ataku została przyjęta przez duet Axelrod – Obama, zanim
jeszcze narodził się w Nowym Jorku fanatyczny ruch "Oburzonych" dążących do
"Okupacji Wall Street". "Oburzeni" nienawidzą wolnego rynku, wielu z nich to
socjaliści bądź komuniści. Axelrod i Obama zobaczyli w Mitcie Romneyu mięso,
które można rzucić na pożarcie głodnym i złym członkom ruchu "Oburzonych".
Postanowili oni zrobić z Romenya symbol krwiopijcy z Wall Street. "[Romney]
twierdzi, że reprezentuje świat biznesu", powiedział David Axelrod stacji MSNBC
(jednej z głównych telewizyjnych sieci informacyjnych) w październiku, "ale w
rzeczywistości reprezentuje on ten biznes, który ma twarz Wall Street".
Axelrod powiedział reporterowi George´owi Stephanopoulosowi (ze stacji ABC
News), iż Romney "nie jest twórcą miejsc pracy", ale "hieną korporacyjną", która
zlikwidowała "dziesiątki tysięcy miejsc pracy", "zamknęła ponad 1000 zakładów,
sklepów i biur", dołączając w ten sposób do "swoich kolegów" dorabiających się
"setek milionów dolarów" kosztem biednych i klasy średniej. Na eksploatacji
biednych i klasy średniej, stwierdził Axelrod, Romney zbudował swoją firmę –
Bain Capital. Axelrod nazywa to złowrogą "Mentalnością Bain".

Ta ostra retoryka oparta na ideologii walki klas stosowanej przez duet
Axelrod – Obama stanowiła jedynie przedsmak tego, co stało się udziałem Romneya
po tym, kiedy zwyciężył on w prawyborach Partii Republikańskiej i otrzymał
nominację GOP. Nienawiść klasowa stała się jeszcze ostrzejsza. Nikt nie jest w
jej wzniecaniu tak dobry jak uśmiechnięty Barack Obama, czerpiący z niej
korzyści i będący najszczęśliwszym wtedy, kiedy uda mu się podzielić Amerykanów
na bazie kryteriów ekonomicznych bądź klasowych. Robi to, mając na ustach słowo
"nadzieja".

Atak na żonę Romneya
Obranie przez Obamę taktyki wyborczej opartej na wzniecaniu podziału klasowego
stało się widoczne natychmiast po tym, kiedy w kwietniu br. Rick Santorum wypadł
z republikańskiego wyścigu o fotel prezydenta, niejako mianując tym samym
Romneya kandydatem Republikanów w tych wyborach. Zaledwie kilka dni później
Hilary Rosen, lobbystka Demokratów i strateg Obamy, w wywiadzie dla CNN
obwieściła, że żona Mitta Romneya, Anna, "nie przepracowała w swoim życiu ani
jednego dnia".
To był cios poniżej pasa i amerykańska publiczność natychmiast stanęła w obronie
Anny Romney. Ona sama także zabrała głos. "Dokonałam wyboru pozostania w domu i
wychowywania pięciu synów" – powiedziała, dodając: "Wierzcie mi, to ciężka
praca". Mogła ona także przywołać dotkliwe cierpienia fizyczne, jakie stały się
jej udziałem – chorowała na raka piersi. Nie zrobiła tego. Nie umilkło jeszcze
echo po "strzale" Hilary Rosen, a już liberalna blogosfera zaczęła huczeć od
newsów denuncjujących Romneya jako nikczemnego "jednoprocentowca" (co oznaczało,
że znalazł się on na liście 1 procenta najbogatszych Amerykanów, i co dla ludzi
Obamy stanowiło niewybaczalną zbrodnię). Blogerzy pytali także, czy Romney płaci
podatki, i atakowali go za rzekome ukrywanie swoich niegodziwych bogactw na
zagranicznych kontach bankowych. To była prawdziwa walka klasowa. I to był tylko
jeden tydzień kampanii!

A co o tych atakach opartych na ideologii walki klasowej sądzą sami
Republikanie? Cóż, z pewnością nie są nimi zachwyceni. Któż by był? Tego rodzaju
język może wywołać zadowolenie jedynie na twarzy marksisty.
Pytaniem, na które Republikanie muszą sobie odpowiedzieć, jest to, czy Mitt
Romney będzie w stanie pokonać Obamę na tym gruncie. Czy będzie on potrafił
obronić się, a zarazem uratować wolny rynek? Czy będzie umiał w umiejętny sposób
wyjaśnić, czym jest kapitalizm, i bronić go? Republikanie z pewnością na to
liczą. Szczególnie konserwatywni Republikanie niepokoili się, czy Romney będzie
w stanie odeprzeć te ataki i czy będzie umiał odpowiedzieć na nie w taki sposób,
aby wygrać debatę, zdobyć głosy Amerykanów, a następnie Biały Dom.

Jeśli jednak to mu się nie uda, wtedy uśmiechnięty Obama i jego drużyna
posłużą się retoryką marksistowską po to, żeby zniszczyć Mitta Romneya i
ponownie osiąść w Białym Domu. Kampania zapowiada się obrzydliwie.

Prof. Paul Kengor
profesor nauk politycznych w Grove City College w Pensylwanii, USA

tłum. Agnieszka Żurek

 


Autor opublikował książki "Bóg i Ronald Reagan", "Krzyżowiec: Ronald Reagan i
upadek komunizmu", które zostały przetłumaczone na język polski. Ostatnio wydał
"Dupes: Jak wrogowie Ameryki zmanipulowali zwolenników postępu na przestrzeni
stu lat".

drukuj