Pamięć made in Germany
Donald Tusk, przyjmując Nagrodę im. Waltera Rathenaua, podpisał się
pod sukcesem niemieckiej polityki historycznej
Polityka historyczna Niemiec w ostatnich latach idzie od zwycięstwa do
zwycięstwa. Jedno z największych to zastąpienie nazwy "Niemcy" lub "państwo
niemieckie" mianem "naziści" względnie "reżim nazistowski" w kontekście opisu
okrucieństw i zbrodni popełnianych w okresie II wojny światowej przez III Rzeszę
(też nie wiadomo, czy chodzi w tym przypadku o Rzeszę Niemiecką).
Zauważmy, że jednocześnie starannie unika się rozwinięcia skrótu "naziści" (od
niemieckiego "National-Sozialisten", czyli narodowi socjaliści). Przeczuwając
trendy panujące wśród obecnych włodarzy polskiego systemu edukacyjnego na
szczeblu ministerialnym, nietrudno domyślić się, że w niedalekiej przyszłości
polscy uczniowie będą czytać – jeśli trafią na odpowiedni moduł – o tym, jak to
polscy żołnierze na Westerplatte stawiali opór nacierającej "armii
nazistowskiej". Ale to nie jedyne przecież zwycięstwo niemieckiej wizji historii
XX wieku. Kolejne dotyczy eksponowania w historii dwudziestowiecznych Niemiec
ich demokratycznych i proeuropejskich tradycji. Zresztą nie tylko chodzi w tym
ostatnim kontekście o dwudzieste stulecie. Już wcześniej na tych łamach
zwracałem uwagę na huczne obchody w Berlinie trzechsetlecia urodzin króla Prus
Fryderyka II. Ten współtwórca pruskiego militaryzmu, autor szeregu wojen
zaborczych, które wyniosły jego państwo do statusu pierwszorzędnego mocarstwa,
inicjator rozbioru Polski, a zarazem jeden z większych polonofobów, jest w
czasie tych obchodów przedstawiany jako polityk oświecony, czujący konieczność
współpracy europejskiej, no i przyjaciel Woltera.
Od szeregu lat podobny zabieg stosowany jest w odniesieniu do Republiki
Weimarskiej, czyli państwa niemieckiego będącego w latach 1919-1933 demokracją
parlamentarną. Ten bezsporny fakt służy przedstawianiu polityki niemieckiej tego
czasu oraz jej najważniejszych postaci jako swego rodzaju dowodu na to, że
tradycje demokratyczne i europejskie w Niemczech miały głębokie korzenie, a
rządy narodowych socjalistów, to znaczy nazistów, były tylko tragicznym
epizodem, niewytłumaczalnym niczym fenomenem.
Demokratycznie wykończyć Polskę
Warto jednak zauważyć, że ten obraz z punktu widzenia francuskiego, belgijskiego
czy brytyjskiego może mieć pewne uzasadnienie. Demokratyczne Niemcy lat
1919-1933 wyrzekły się przecież prowadzenia agresywnej polityki wobec państw
zachodnioeuropejskich. Zostało to nawet traktatowo ujęte w 1925 roku, gdy Gustav
Stresemann (niemiecki minister spraw zagranicznych i przez jakiś czas kanclerz
Niemiec) w imieniu swojego kraju zagwarantował w Locarno, że Niemcy uznają
nienaruszalność swojej granicy z Francją i Belgią, tak jak została ona ustalona
w traktacie wersalskim.
Nie wolno jednak zapominać o tym, że to, co dobre dla Francji czy Belgii,
niekoniecznie musi być korzystne dla Polski. Fakty były bowiem takie, że w
demokratycznej Republice Weimarskiej panował ponadpartyjny konsensus co do tego,
że najbardziej Niemcy zostały skrzywdzone wytyczoną w Wersalu granicą z Polską.
Takie mniemanie panowało nie tylko wśród jakichś marginalnych, skrajnie
nacjonalistycznych środowisk. Wystarczy przejrzeć ukazującą się w pierwszych
latach po 1918 roku w Niemczech prasę liberalną, socjaldemokratyczną i
konserwatywną, by przeczytać właściwie te same teksty w odniesieniu do Polski i
jej granic: "państwo sezonowe", "korytarz" (czyli nasze Pomorze),
"niesprawiedliwe granice". Z kolei dla niemieckich komunistów Polska była
przeszkodą odgradzającą rewolucję rosyjską od tlącej się tu i ówdzie rewolucji
niemieckiej. Antypolskie stanowisko było więc wspólne dla wszystkich
najważniejszych stronnictw, zarówno tych tworzących establishment polityczny
demokratycznych Niemiec, jak i tych "antysystemowych" (komuniści, narodowi
socjaliści).
W tym roku minęła dziewięćdziesiąta rocznica nawiązania przez Republikę
Weimarską stosunków dyplomatycznych z Rosją bolszewicką w Rapallo w 1922 roku.
Ministrem spraw zagranicznych Niemiec był Walther Rathenau związany z
demokratycznym nurtem w polityce niemieckiej. Kanclerzem był zaś Joseph Wirth
wywodzący się z katolickiego Centrum, partii, która już od lat
dziewięćdziesiątych XIX wieku przeszła zdecydowaną ewolucję w kierunku
nacjonalistycznym, porzucając tradycję swojego założyciela Ludwiga Windhorsta –
w okresie Kulturkampfu zaciekłego przeciwnika Bismarckowskiego sposobu
pojmowania polityki, także w kontekście relacji polsko-niemieckich. W czerwcu
1922 roku, dwa miesiące po Rapallo, nacjonalistyczne bojówki zamordowały
ministra Rathenaua. Bynajmniej nie z powodu oburzenia układem z bolszewikami,
raczej z racji związków tego polityka z demokratami i jego żydowskiego
pochodzenia. Miesiąc później, w lipcu 1922 roku, kanclerz Wirth pisał do
niemieckiego ambasadora w Moskwie hr. Ulricha von Brockdorff-Rantzaua: "Jasno
oświadczam Panu i bez ogródek: Polskę trzeba wykończyć". Tej maksymy twardo
trzymał się wywodzący się z nurtu liberalnego Gustav Stresemann – do 1929 roku
(czyli do swojej śmierci) szef dyplomacji demokratycznych Niemiec i główny
architekt antypolskiej polityki Berlina. Taki bowiem cel miał zawarty przez
niego, wspomniany wyżej, układ w Locarno z 1925 roku. Milczenie Stresemanna w
sprawie uznania przez Niemcy granic z Polską było odczytane wówczas w Warszawie
przez wszystkie polskie siły polityczne jako akt wrogi. Jednak Niemcy odniosły
nie tylko polityczne, ale i wizerunkowe zwycięstwo. Stresemann został w 1926
roku wraz ze swoim francuskim odpowiednikiem Aristidem Briandem laureatem
Pokojowej Nagrody Nobla. W tym samym roku świeżo upieczony noblista Stresemann
zawarł ze stalinowskim Związkiem Sowieckim tzw. traktat berliński, który był
dalszym krokiem na drodze zaczętej w Rapallo. Po 1926 roku dzięki porozumieniu
zawartemu przez miłującego pokój Stresemanna ze Stalinem armia niemiecka mogła
na sowieckich poligonach, bez groźby nagłej wizytacji ze strony zachodnich
inspektorów (traktat wersalski), testować broń pancerną, lotnictwo i broń
chemiczną. Zgodnie z celem wytyczonym w 1922 roku, czyli "wykańczaniem Polski".
Temu samemu służyła rozpętana w 1925 roku przez Niemcy Stresemanna wojna celna z
Polską, która miała udowodnić światu prawdziwość niemieckiej tezy o "polnische
Wirtschaft", czyli chronicznej niezdolności Polaków do racjonalnego
gospodarowania.
Jacques Bainville, współczesny Stresemannowi francuski pisarz polityczny,
nazywał niemieckiego polityka "najpojętniejszym uczniem Bismarcka".
Kontynuatorem Stresemanna i ogólnie całej polityki demokratycznych Niemiec w
odniesieniu do Polski został po 1933 roku Adolf Hitler. Przecież cel był ten
sam: wykończenie Polski. Rzecz jasna, różnica była w doborze środków oraz
ideologii, która im towarzyszyła. Nikt w Republice Weimarskiej nie domagał się
stosowania wobec Polaków ludobójczej polityki, co czynił Hitler po 1939 roku.
Dlaczego i kogo warto nagradzać?
Dzisiaj Republika Weimarska jest przedstawiana jako pierwsza próba
"zakotwiczenia Niemiec w Europie" (wspólny Nobel Stresemanna i Brianda!).
Takiemu konstruowaniu pamięci historycznej służy również praca licznych fundacji
niemieckich afiliowanych przy różnych partiach politycznych obecnej
Bundesrepubliki, programy stypendialne i swoista polityka
nagrodzeniowo-orderowa.
"Właściwie" nazwana nagroda, która jest przyznana "odpowiedniemu"
człowiekowi, zapewnia osiągnięcie dwóch celów. Po pierwsze, utrwala dobre
asocjacje związane z konkretną postacią historyczną, która daje "imię"
nagrodzie; po drugie zaś, stwarza ściślejsze więzi między nagrodzonym a tymi,
którzy o nagrodach decydują. W takim świetle należy spojrzeć na niemieckie
nagrody przyznawane w ostatnich latach znanym polskim politykom polskim. W 1996
roku Medal Gustava Stresemanna z rąk szefa niemieckiej dyplomacji Klausa Kinkela
(FDP) odebrał Władysław Bartoszewski. 31 maja 2012 roku z rąk kanclerz Angeli
Merkel Nagrodę im. Walthera Rathenaua odebrał premier Donald Tusk. W obu
przypadkach uzasadnienie było podobne – obydwaj polscy laureaci otrzymali
wspomniane wyróżnienia jako wyraz doceniania przez Berlin ich wysiłku "na rzecz
pogłębienia integracji europejskiej".
O patronach tych nagród była już mowa wyżej. Przyjęcie tych zaszczytów przez
wspomnianych polityków jest właściwie podpisaniem się pod sukcesem niemieckiej
polityki historycznej polegającej na wybiórczym przedstawianiu biografii
politycznych czołowych polityków Republiki Weimarskiej. Dużo pisano w polskiej
prasie o "berlińskich hołdach" polskich polityków przy okazji znanego exposé
ministra Radosława Sikorskiego wygłoszonego przed niemieckim audytorium (z
pominięciem polskiego Sejmu). Podobnie niepokojąco wyglądają jednak "berlińskie
nagrody". Jedno jest pewne, jeszcze długo żadnej niemieckiej nagrody ani medalu
nie otrzyma premier David Cameron. Wszak odmawiając poddania się dyktatowi
Berlina (pakt fiskalny), udowodnił, że nie działa "na rzecz pogłębienia
integracji europejskiej". Medalu nie dostanie, ale ocalił suwerenność Albionu.
"Pracować dla króla Prus"
Być może niedługo wraz z kolejnymi zwycięstwami niemieckiej konstrukcji pamięci
historycznej doczekamy się powołania jakiejś "Nagrody im. Fryderyka II" dla tych
wszystkich, którzy "zasłużyli się w tworzeniu podwalin europejskiej przestrzeni
wolności solidarności". Takim laureatem mógłby zostać na przykład Lech Wałęsa.
Wspomniany król Prus zaraz po rozpoczęciu agresji na Austrię w 1740 roku
(wojny śląskie) ustanowił order "Pour le Mérite" (franc. "Za zasługę"). Do 1918
roku było to najwyższe pruskie odznaczenie wojskowe. Jeden z następców Fryderyka
II ustanowił w 1842 roku również tzw. klasę cywilną tego orderu. Jest on
wręczany do dzisiaj. W 1995 roku został nim odznaczony Andrzej Szczypiorski.
Autor popularnych w Niemczech powieści przedstawiających "powikłane" wojenne
dzieje polsko-niemiecko-żydowskie, przy czym powikłanie należy tutaj rozumieć
jako wskazanie symetrii win Polaków i Niemców w kontekście ludobójstwa Żydów
(czy Barack Obama czyta Szczypiorskiego?). Jak wiadomo, kawaler orderu "Pour le
Mérite" zakończył swoją pisarską karierę jako stały felietonista w
pornograficznym piśmie, a dzięki aktom IPN wiemy, że zaczynał jako TW na
usługach komunistycznej bezpieki. Ale przecież zasługę z punktu widzenia
dysponentów orderu miał niezaprzeczalną.
W drodze wyjątku Fryderyk II przyznał order "Pour le Mérite" Wolterowi –
cywilowi, i to w dodatku takiemu, który nie był formalnie poddanym pruskim.
Tylko jednak formalnie. Przecież "patriarcha oświecenia" przez długie lata pisał
peany o przewagach pruskiego króla-filozofa, wliczając w nie rozbiór Polski.
Później relacje Woltera z Fryderykiem II popsuły się (na tle urażonych ambicji
Francuza), jednak to od czasu ich przyjaźni weszło do obiegu powiedzenie "travailler
pour le roi de Prusse" – pracować dla króla Prus. Czyli – jak mówił
dwudziestowieczny klasyk – odgrywać rolę pożytecznego idioty. Dobrze
nagradzanego.
Prof. Grzegorz Kucharczyk
historyk, Polska Akademia Nauk
