„Myślenie tunelowe” ministra Millera
Jak wiele trzeba zmienić, by wszystko zostało po staremu. Tyle mogę powiedzieć po lekturze 328 stron i pięciu załączników „Raportu końcowego
z badania zdarzenia lotniczego nr 192/2010/11 samolotu Tu-154M nr 101
zaistniałego dnia 10 kwietnia 2010 r. w rejonie lotniska SMOLEŃSK PÓŁNOCNY”.
„Wypadek badała Komisja Badania Wypadków Lotnictwa Państwowego w celu ustalenia okoliczności i przyczyn oraz wydania zaleceń profilaktycznych” – czytamy na stronie pierwszej, a na ostatniej dochodzimy do wniosku, że po piętnastu miesiącach „wytężonej pracy ekspertów” góra urodziła mysz, to jest komisja ministra Millera przedstawiła w istocie podretuszowaną wersję rosyjskiego „raportu” MAK.
I tak bowiem „zawinili” – oczywiście – piloci, niewykształceni, niewyszkoleni, nie znający oprzyrządowania tupolewa, a do tego paranoicy o skłonnościach samobójczych. No bo jak inaczej rozumieć słowa ministra Jerzego Millera, że śp. mjr Arkadiusz Protasiuk „znalazł się w sytuacji myślenia tunelowego”? Dla kogo jest charakterystyczne „myślenie tunelowe”? Ano właśnie dla paranoików i samobójców. W tych pseudoanalizach psychologicznych komisja ministra Millera poszła zatem wypisz wymaluj tropem MAK, który w swoim „raporcie” też zamieścił podobne „ustalenia”, no a MAK poszedł z kolei przetartym szlakiem sowieckiej psychiatrii i jej pseudodiagnoz w rodzaju „schizofrenii bezobjawowej”.
Usłyszeliśmy więc ograne już kłamstwa, dobrze znane od stycznia, to jest od publikacji „raportu” MAK, z tą różnicą, że niektóre komisja rządowa podała w wersji soft, by nie podpaść przed wyborami i pokazać jakie to „niezależne ekspertyzy” popełniła.
Wcale się nie dziwię, że Antoni Macierewicz podsumowując wtorkową konferencję MAK, poświęconą „raportowi” Millera, stwierdził, że „MAK wymierzył Polakom policzek ręką Tuska”. Należy się z tym w pełni zgodzić, ponieważ Millerowi, jako reprezentantowi rządu polskiego nie starczyło odwagi, by przywrócić dobre imię śp. gen. Andrzejowi Błasikowi, którego Rosjanie oskarżyli o stosowanie bezpośrednich nacisków na załogę, by ta za wszelką cenę lądowała na Siewiernym. Tak jak polskim władzom nie starczyło niezależności politycznej, by bronić honoru polskiego munduru, gdy gen. Anodina spotwarzyła śp. gen. Błasika oskarżeniami o pijaństwo, tak teraz Miller odważył się jedynie na przekwalifikowanie „winy” śp. gen. Błasika z „nacisków bezpośrednich” na „pośrednie”. No bo jeśli pada takie sformułowanie, że nie było nacisków bezpośrednich to co mogło być, czego mamy się domyślać? Ależ to dziecinnie proste – „raport” Millera sugeruje naciski pośrednie, wskazując na „fakt” samej obecności generała w kabinie pilotów. Jak może działać obecność przełożonego? Oczywiście, jasne jak słońce, że deprymująco. A na jakiej podstawie stwierdziła komisja „fakt” obecności generała w kokpicie, skoro nawet „niezawisimaja” prokuratura w Warszawie taką ewentualność wykluczyła? Komisja „ustaliła” na podstawie „raportu” gen. Tatiany Anodiny. Koniec, kropka, koło się zamyka.
Czy można się w ogóle dziwić, że Rosjanie mając w Polszy takie przyzwolenie w miniony wtorek posunęli się dalej nawet niż w styczniowym „raporcie”. Oto Aleksiej Morozow, szef komisji technicznej MAK, zasugerował podczas konferencji, że „współodpowiedzialny za katastrofę” jest śp. Prezydent RP – Lech Kaczyński. Morozow w odpowiedzi na jedno z pytań dotyczących gen. Błasika bezceremonialnie stwierdził, iż „Dowódca Sił Powietrznych idąc do kabiny pilotów musiał przechodzić przez salonik Głównego Pasażera. Wnioski wyciągnijcie sami”. Trudno o bardziej czytelną sugestię. Co innego to oznacza jak nie naciski ze strony Prezydenta? Rząd Tuska jednak uznał, że i tym razem deszcz pada i schował głowę w piasek udając, że tej skandalicznej wypowiedzi Morozowa nie było. Tak więc wojna Platformy Obywatelskiej z Lechem Kaczyńskim trwa także po jego tragicznej śmierci.
Ma więc rację prezes PiS Jarosław Kaczyński, który na środowej konferencji prasowej podkreślił, że „jeśli przyjąć założenia tego raportu [Millera] to jest on samooskarżeniem i przyznaniem, że ta katastrofa była efektem wojny z prezydentem Kaczyńskim.”
Tego typu insynuacji, co ta Morozowa, nie byłoby gdyby nie taka , a nie inna postawa władz Rzeczpospolitej. Premier Donald Tusk przystając na rosyjski postulat prowadzenia śledztwa zgodnie z załącznikiem 13. konwencji chicagowskiej pozbawił stronę polską kontroli nad postępowaniem, pozostawiając wszelkie dowody, takie jak wrak czy tzw. czarne skrzynki, w rękach Rosji.
Efekty zobaczyliśmy podczas prezentacji wybiórczego opracowania ministra Millera, które nie bazuje na badaniu dowodów, co jest ewenementem w skali świata przy badaniu katastrof. Ale nie tylko to dyskwalifikuje ten „dokument”. Nie wiadomo gdzie ten raport tak naprawdę powstał i nie jest to bajka o żelaznym wilku. Polska wersja dokumentu nosi datę 25 lipca. A rosyjska? Pierwszy lipca! Według rzeczniczki MSWiA polska wersja językowa została przesłana do przetłumaczenia do Rosji. Dlaczego więc polska wersja – ponoć oficjalna i oryginalna – ma późniejszą datę? Co chciał ukryć premier Tusk i jego urzędnicy, gdy zrzucali winę za opóźnienie upublicznienia „raportu” na jakiś mitycznych tłumaczy, nie mogących sobie poradzić ze specjalistycznym słownictwem?
Jak wreszcie można ocenić pracę komisji, która posiłkuje się w dokumencie rządowym zdjęciami kradzionymi z Internetu? To już dziś głośna sprawa, dotyczy fotografii skonfigurowanego do lotu tupolewa na stronie 61 „raportu”, zrobionej kilka lat temu w Szwajcarii oraz zdjęcia wnętrza kokpitu, które rzekomo należy do tupolewa 154M o numerze bocznym 101, a które w rzeczywistości przedstawia wnętrze kabiny pilotów Tu 154M o numerze 102. Jako własne rozpoznał je jeden ze spotterów. (http://wtemaciemaci.salon24.pl/329869,siodme-nie-kradnij-czyli-w-panstwie-dzien-jak-codzien)
Oprócz kradzieży praw autorskich w – podkreślam – oficjalnym dokumencie rządowym znajdują się rażące błędy merytoryczne, wyłowione przez internautów, prowadzących śledztwo obywatelskie (m.in:. http://zestawienia.salon24.pl oraz http://centralaantykomunizmu.blogspot.com), o wiele bardziej autentyczne i udane, pomimo tego, że nie dysponują oni takimi możliwościami ani pieniędzmi jak „eksperci” od Millera oraz mainstream medialny i jego „dziennikarze śledczy”. Ja zwrócę tu uwagę jedynie na stronę 6 załącznika nr 5, na której czytamy, że „cała przednia część samolotu w tym osłona radaru, kabina załogi i wyposażenie w tej części kadłuba zostało zgniecione i porozrywane na małe fragmenty”. Jedno nie wyklucza drugiego? Na pewno?
W „raporcie” brak jest odpowiedzi na podstawowe kwestie. Prawie całkowitym milczeniem pominięto np. sprawę ciał – ich rozmieszczenia, stanu, identyfikacji etc. – podobnie zresztą jak w raporcie MAK. Stwierdza się jedynie na str.73, że „zgodnie z trajektorią przemieszczania się statku powietrznego po powierzchni ziemi, na członków załogi oddziaływało przeciążenie udarowe w osi „x” w kierunku „plecy-pierś”. Oceniając charakter powstałych obrażeń głowy, klatki piersiowej i kręgosłupa, na ciała członków załogi w krótkim czasie oddziaływało udarowe przeciążenie nie mniejsze niż 100 g.
Zgon 8 członków załogi oraz 88 pasażerów nastąpił z powodu ciężkich wewnętrznych obrażeń wielonarządowych, powstałych w wyniku działania przeciążeń udarowych w trakcie zderzenia samolotu z ziemią”. Bardzo zdawkowa informacja jak na prowadzone przez kilkanaście miesięcy, przez trzydziestu czterech ekspertów, dochodzenie.
Zdumiewająco wiele miejsca autorzy „raportu” poświęcili natomiast problemowi saloniku nr 3 i jego przebudowy, która miała nastąpić 6 kwietnia ubiegłego roku. W saloniku pierwotnie miało być osiem foteli, po przebudowie – osiemnaście. Czemu miałoby to służyć? Przecież dobrze pamiętamy, że tym samym samolotem co delegacja mieli lecieć także dziennikarze, a lista pasażerów, która wcześniej krążyła wśród dziennikarzy, wskazywała, że na pokładzie miało być 129 pasażerów. Miejsca więc nie brakowało. Po co zatem dostawiano fotele w salonce?
Kolejna zagadka to kompletny brak danych z wojskowego Okęcia, na którym dziwnym trafem 10 kwietnia 2010 r. „zepsuł się monitoring”. Dlaczego się zepsuł i co się na lotnisku wojskowym działo przed wylotem nadal pozostaje niewiadomą. Nie było także na Okęciu jak i na Siewiernym ani jednego dziennikarza, ani jednej kamery. Jak zauważył Antoni Macierewicz takiej sytuacji nie było od czasów Gomułki. Dobrze byłoby, gdyby na tę kwestię zwrócili uwagę dziennikarze nazywający siebie „śledczymi”. Oni jednak nabrali dziwnym trafem wody w usta, podobnie jak w kwestii tego, co działo się w Smoleńsku i na Siewiernym.
Brak własnych ustaleń, kradzieże praw autorskich i fałszowanie danych sprawiają, że „raport” nadaje się wyłącznie do kosza. Pożytek z jego opublikowania jest jedynie taki, że kiedyś posłuży on komisji śledczej bądź prokuratorze jako podstawa prawna do postawienia zarzutów jego autorom. No i może jeszcze taki, chociaż to już efekt uboczny, że po prezentacji tego, pożal się Boże, dokumentu w mediach zaczęli brylować członkowie komisji. I bardzo dobrze, gdyż obraz tego jak w rzeczywistości przebiegało wychwalane przez Tuska polskie „śledztwo” jest jeszcze bardziej klarowny.
Jeden z „ekspertów”, Maciej Lasek, przekonywał w niedawnym wywiadzie dla „Faktu”, że komisja miała nieograniczony dostęp do wraku w Smoleńsku. Co prawda, wizyta trwała zaledwie nieco ponad dzień, ale to już jest nic nie znacząca drobnostka, zwłaszcza że jak twierdzi „ekspert” w odróżnieniu od katastrofy nad Lockerbie nie trzeba było budować hangaru, ani dokładnie zabezpieczać dowodów, ponieważ: „w przypadku katastrofy smoleńskiej, wszystko się zgadza, elementy układają się w spójną całość.” Czyżby? Mnie po lekturze „raportu” nie klei się nic, zaś o spójnej całości można mówić właśnie w przypadku Lockerbie…
Jeszcze bardziej „wybitnym” ekspertem od Laska, choć wydawało się to niemożliwe, okazał się być ppłk Robert Benedict również z komisji Jerzego Millera. W wywiadzie dla „Polska the Times” ujawnił prawdziwą rewelację. Oto okazało się, że Rosjanie niszczyli wrak tupolewa za pełną zgodą strony polskiej! Ilekroć Rosjanie chcieli rozmontować jakiś element, rząd skwapliwie im na to zezwalał. Czy to czasami nie jest współudział w niszczeniu dowodów?
Komisja Millera nie zadbała nawet o pozory profesjonalizmu, o lepsze opakowanie tezy, pod którą to wszystko skrojono i która była z góry do przewidzenia. Miller dawno już zapowiadał, że tzw. raport polski nie będzie polemiką z ustaleniami MAK, potem podkreślał, że prawda o katastrofie tupolewa będzie bolesna dla Polski. Podobnie mówił prezydent Bronisław Komorowski, dla którego prawda o Smoleńsku była już w styczniu br. arcyboleśnie prosta.
Skoro wszystko było wiadomo już od 10 kwietnia 2010 r., gdy minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski niemal od razu po tragedii orzekł o winie pilotów, a Miller i Komorowski tę tezę upowszechnili – to co przez tyle miesięcy robiła komisja? Zdaje się, że cała operacja miała służyć temu, by mieć ciastko i zjeść ciastko. To znaczy – nie podpaść przyjaciołom Moskalom, w końcu mamy pojednanie, którego początkiem była śmierć Lecha Kaczyńskiego, a jednocześnie zbić kapitał polityczny na tzw. własnym śledztwie.
Zdaje się jednak, że panom od PR nie wyszło, że Igora Ostachowicza, jako specjalistę od wizerunku Tuska nazywanego „wicepremierem”, tym razem zadanie przerosło. Społeczeństwu nie udało się wmówić, że smoleńska tragedia to „włamanie do garażu na Pradze”, stąd sondaże wykazują tendencję traktowania raportu rządowego jako niewiarygodnego i nie przybliżającego nas do prawdy o 10 kwietnia.
Jest co prawda sondaż TVN24, według którego 47 proc. Polaków na pytanie: „Który raport jest bliższy prawdy?”, uznaje za najbardziej wiarygodny „raport” Millera, a tylko 6 proc. uważa że najbliżej prawdy jest MAK. Coś tu się jednak nie zgadza, skąd taka rozbieżność, skoro „raport” Millera jest prawie wierną kopią „raportu” Anodiny. No ale już to między bajki włóżmy. W TVN24 już nie takie „rewelacje” chodziły, jak np. typu: „tak lądują debeściaki”, a i o nich słuch już dawno zaginął.
Julia Jaskólska
