Myśląc Ojczyzna: „Polityka i finanse”
Szanowni Państwo!
W ostatnich dniach odszedł z rządu premiera Donalda Tuska profesor Stanisław Gomułka, będący wiceministrem finansów. Pojawiły się w związku z tym komentarze wskazujące, że nie będzie żadnej reformy finansów publicznych – a przynajmniej – że nie będzie jej w najbliższym czasie.
Sądzę, że rzeczywiście żadnej reformy finansów publicznych nie będzie i to nie dlatego, że profesor Stanisław Gomułka odszedł z rządu. Wydaje mi się bowiem, że właśnie dlatego mógł odejść z rządu, że przekonał się, iż żadnej reformy finansów publicznych nie będzie. A nie będzie jej z co najmniej dwóch powodów.
Po pierwsze dlatego, że prawdziwym programem rządu premiera Donalda Tuska jest odwdzięczanie się tym środowiskom i siłom politycznym w kraju i za granicą, które pomogły Platformie Obywatelskiej wygrać wybory i opanować większość najwyższych stanowisk w państwie. Jak wielokrotnie podkreślałem, to nie premier Tusk, ani nie Platforma Obywatelska decyduje, na czym to odwdzięczanie ma polegać. O tym decydują te siły i te środowiska, którym premier Tusk musi się odwdzięczać. A w interesie tych środowisk leży raczej przywrócenie, a właściwie – zakonserwowanie dotychczasowego systemu, bo – powiedzmy sobie szczerze – rząd Prawa i Sprawiedliwości też żadnej reformy finansów publicznych nie przeprowadził, a nawet nie ma pewności, czy kiedykolwiek chciał to zrobić.
Drugi powód, to prezydenckie ambicje Donalda Tuska. Nawet gdyby nie musiał się nikomu odwdzięczać, to prawdopodobnie też żadnej reformy finansów publicznych by nie przeprowadził. Każda bowiem rzeczywista reforma w tej dziedzinie musiałaby dokonać się kosztem interesów wpływowej grupy pasożytującej na państwie, to znaczy – na jego obywatelach. Grupy – a właściwie dwóch grup; z jednej strony krajowej kasty biurokratycznej, a z drugiej – lichwiarskiej międzynarodówki. Każda z tych grup pasożytuje na państwie polskim, ale każda – w inny sposób. Kasta biurokratyczna nieustannie rozszerza swą kontrolę nad wszystkimi dziedzinami życia, wprowadzając coraz to nowe regulacje, czyli coraz to nowe nakazy lub zakazy. Na straży każdej takiej regulacji stoi jakiś urząd, który za wydanie pozwolenia na coś, co jeszcze niedawno pozwolenia nie wymagało, bierze od obywateli pieniądze, podobnie jak za złamanie jakiegoś zakazu. Jest to pasożytnictwo, ponieważ zdecydowana większość tych regulacji tak naprawdę nie jest do niczego potrzebna i jedynym ich celem jest z jednej strony rozszerzanie władzy biurokratycznej kasty, a z drugiej – powiększanie jej dochodów.
Ubocznym skutkiem tego pasożytnictwa jest przeregulowanie nie tylko gospodarki, ale wszystkich innych dziedzin życia. Jednak szczególnie daje się to we znaki w dziedzinie gospodarczej, bo powoduje gwałtowny wzrost kosztów. Jak w przystępie szczerości zauważył kiedyś unijny komisarz Guntram Verheugen, dostosowanie się do regulacji unijnych kosztuje przedsiębiorców w krajach Unii Europejskiej około 600 miliardów euro rocznie. To dlatego właśnie Unia Europejska jedzie na długach. Znakomitym tego przykładem jest Francja, której dług publiczny przekroczył już 1300 miliardów euro i powiększa się z szybkością 2000 euro na sekundę.
W ten sposób dochodzimy do drugiego pasożyta, czyli lichwiarskiej międzynarodówki. Lichwiarska międzynarodówka bardzo lubi rządy zadłużające swoje państwa, to znaczy – swoich obywateli. Ci obywatele bowiem, muszą płacić odsetki od powiększającego się długu publicznego, oddając w ten sposób lichwiarskiej międzynarodówce coraz więcej wytwarzanego przez siebie bogactwa. Dlatego też każda prawdziwa reforma finansów publicznych uderza również w interesy tej grupy, bo pozbawia ją niewolników.
Tymczasem Donald Tusk, jeśli chce zostać prezydentem w 2010 roku, to musi usposobić przychylnie do swojej kandydatury obydwie grupy. Nie może zatem zrobić niczego, co godziłoby w ich interesy, bo w przeciwnym razie zdmuchną go jak gromnicę. A tu przecież jest jeszcze trzeci pasożyt w postaci razwiedki, która właśnie okopuje się i umacnia w kluczowych miejscach gospodarki.
Więc już z grubsza wiemy, dlaczego premier Tusk prawdopodobnie nie zdecyduje się na zasadniczą reformę finansów publicznych. No dobrze, ale na czym właściwie taka reforma miałaby polegać?
Żeby odpowiedzieć na to pytanie, musimy uświadomić sobie, co to są „finanse publiczne”. Otóż są to pieniądze odebrane obywatelom przez władzę z przeznaczeniem, przynajmniej teoretycznie, na potrzeby państwa. Wynika z tego, że im więcej wydatków ma państwo, tym więcej pieniędzy musi odbierać obywatelom. Zatem reforma finansów publicznych powinna prowadzić do likwidacji zbędnych wydatków.
Jest to kierunek zgodny z zasadą pomocniczości, podkreślaną w społecznej nauce Kościoła. Jak wiadomo, zasada ta oznacza, że jeśli jakiś problem może być rozwiązany przez strukturę niższą, to trzeba pozostawić to w jej kompetencjach. Struktury wyższe powinny zajmować się tylko takimi problemami, które bądź to nie mogą, bądź nie powinny być rozwiązywane przez struktury niższe. A co jest podstawową, najniższą „strukturą”? Najniższą z tego punktu widzenia „strukturą” jest człowiek, który przecież może sam podejmować decyzje i kierować w odpowiednie miejsca środki finansowe. Widzimy zatem, że reforma finansów publicznych powinna zmierzać do redukcji niepotrzebnych wydatków państwowych i – zgodnie z zasadą pomocniczości – pozostawiać możliwie najwięcej środków do swobodnej dyspozycji obywateli, którzy przecież całe to bogactwo wytwarzają.
Ale to dopiero początek reformy, bo przecież trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, które wydatki państwa są naprawdę zbędne, a także na pytanie – jaki sposób wydawania pieniędzy jest najkorzystniejszy, zarówno dla państwa, jak i dla obywateli.
Laureat Nagrody Nobla z ekonomii, zmarły niedawno profesor Milton Friedman, znany w Polsce z książek „Wolny wybór” i „Tyrania status quo” zauważył, że są cztery sposoby wydawania pieniędzy. Pierwszy – kiedy wydajemy własne pieniądze na nas samych. Wydajemy oszczędnie – bo to nasze pieniądze – i wydajemy celowo – bo dokładnie znamy nasze potrzeby. Drugi sposób – kiedy wydajemy własne pieniądze na kogoś innego. Nadal wydajemy oszczędnie, ale już nie tak celowo, jak w pierwszym przypadku, bo potrzeb tego innego człowieka nie znamy tak dokładnie, jak potrzeb własnych. Każdy, kto kupował prezent, doskonale wie, jak łatwo się pomylić. Trzeci sposób wydawania pieniędzy – kiedy wydajemy cudze pieniądze na nas samych. W takim przypadku na ogół nie liczymy się specjalnie z kosztami, a więc – nie wydajemy oszczędnie – ale nadal wydajemy celowo. I wreszcie sposób czwarty – kiedy wydajemy cudze pieniądze na kogoś innego. W takim przypadku ani nie wydajemy oszczędnie, ani nie wydajemy celowo, zwłaszcza gdy tych „innych” jest, dajmy na to, 38 milionów.
Z tego zestawienia sposobów wydawania pieniędzy wynika, że najrozsądniejszy i najbardziej efektywny jest sposób pierwszy – to znaczy – gdy każdy wydaje własne pieniądze na siebie samego. Natomiast najbardziej marnotrawczy jest sposób czwarty, który polega na wydawaniu cudzych pieniędzy na innych ludzi. Wypływa z tego prosty wniosek, że reforma finansów publicznych powinna zmierzać do tego, by jak najwięcej pieniędzy wydawanych było w sposób pierwszy, zaś w sposób czwarty – jak najmniej, a najlepiej – wcale.
Czy to jest w ogóle możliwe? Zwróćmy uwagę, że państwo, to znaczy – rząd wydaje pieniądze tylko w sposób trzeci i czwarty. Rząd bowiem nie ma własnych pieniędzy, bo sam żadnego bogactwa nie wytwarza. Rząd ma pieniądze od podatników, a więc zawsze wydaje pieniądze „cudze”. Pół biedy, jeśli wydaje je na sposób trzeci – to znaczy, gdy owe „cudze” pieniądze przeznacza na tak zwane „własne potrzeby państwa”. Jakie to są potrzeby? Ich wspólnym mianownikiem jest przemoc – a więc: wojna i siły zbrojne, bezpieczeństwo wewnętrzne i wszystkie policje, wymiar sprawiedliwości, a więc sądy i więzienia i wreszcie – polityka zagraniczna. Do tego dochodzą wydatki na administrowanie tymi sektorami i na niezbędną dla nich infrastrukturę.
Pozostałe wydatki państwowe dokonywane są według sposobu czwartego, który właściwie powinien być w ogóle zlikwidowany tym bardziej, że wcale nie jest konieczny. Problem w tym, że to właśnie on stanowi główne żerowisko pasożytującej na państwie, to znaczy – na obywatelach, biurokratycznej kasty i jej klienteli. Dlatego właśnie prawdziwa reforma finansów publicznych jest politycznie tak trudna do przeprowadzenia, że premier Tusk chyba nawet nie myśli pokonywać tych trudności.
Mówił Stanisław Michalkiewicz
