Zatrzymani przed taśmami
Z ppłk. Krzysztofem Dacewiczem, oficerem Biura Ochrony Rządu, który
10 kwietnia 2010 r. pełnił służbę w Smoleńsku, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler
Pamięta Pan, ile czasu zajął Panu dojazd z Katynia na miejsce
katastrofy?
– Tam było dwadzieścia parę kilometrów, drogi są fatalne. Ale z tym pilotażem
jechaliśmy około 20 minut. Od momentu katastrofy byłem na miejscu po jakichś
35-40 minutach.
Kto poinformował szefostwo BOR o katastrofie?
– Ja. Zadzwoniłem do jednego z przełożonych, płk. Roberta D., że coś się
wydarzyło. Gdy jeszcze staliśmy w Smoleńsku, tam gdzie wszyscy oczekiwali na
przylot samolotu, jeszcze nie było do końca wiadomo, co się tak naprawdę stało.
Podeszła do mnie konsul i powiedziała: "Nie wiem, co się tak do końca stało, ale
podsłuchałam rozmowę Rosjan, którzy powiedzieli, że szykują się na zbieranie
ciał". Wtedy była już bardzo zdecydowana nasza reakcja, poszliśmy do tych z FSO
i mówimy: "Słuchajcie, wiemy, że coś się wydarzyło, chcemy tam jak najszybciej
dotrzeć, gdzie jest to miejsce". Wtedy nas puścili przez płytę lotniska, bo to
była najkrótsza droga.
Mieliście swobodny dostęp do miejsca katastrofy?
– Tam, gdzie leżały pierwsze szczątki, przed nami były już taśmy i kilku
funkcjonariuszy milicji, z rosyjskiego OMON. Mogliśmy dojść do tych linek.
Za linki już nie?
– Nie. Dlatego, że oni zabezpieczali to miejsce katastrofy lotniczej.
Ale przecież tym samolotem leciał prezydent, a Panów ochrona wygasała
dopiero w momencie znalezienia jego ciała i stwierdzenia zgonu. Powinniście go
od razu szukać.
– Tak by na pewno było, gdyby było to na terenie naszego kraju. Ale ponieważ
my byliśmy na terytorium obcego państwa, musieliśmy się podporządkować
dyrektywom związanym z przepisami tam obowiązującymi. Jakiś czas staliśmy za
tymi linkami i obserwowaliśmy, jak jest organizowana akcja.
Jakie służby rosyjskie zastaliście na miejscu?
– Straż pożarną, która dogaszała tlące się szczątki wraku, milicję i służby
medyczne.
Były jakieś próby udzielania pierwszej pomocy, stwierdzenia, czy są
oznaki jakichś czynności życiowych?
– Nie widziałem.
Przecież z góry nie można tego założyć, trzeba to zweryfikować na
miejscu.
– Od momentu katastrofy do momentu naszego przybycia minęło prawie 40 minut.
Więc nie jestem w stanie panu odpowiedzieć, co przez ten 40-minutowy okres
działo się na miejscu katastrofy.
Nie pytaliście o to Rosjan?
– W pobliżu miejsca, w którym staliśmy, widziałem służbę medyczną. Stała
karetka pogotowia, był lekarz, dwie pielęgniarki.
Tylko stali czy wykonywali jakieś czynności?
– Stali. Byli od początku do samego końca.
Ktoś pochylał się nad ciałami, sprawdzał oddech, puls?
– Nie. Potem został powołany tzw. sztab, postawiono namiot, ściągnięto jakieś
środki łączności, agregaty prądotwórcze. Po tych dwóch, trzech godzinach zebrali
się prokuratorzy, przygotowali teren, żeby układać tam ciała, wynoszone z
miejsca katastrofy. Wtedy Rosjanie zwrócili się do nas z prośbą o wyznaczenie
trzech osób z naszego sześcioosobowego składu, które pomogą im w identyfikacji
zwłok.
Był Pan w tej grupie?
– Nie. Pojechałem po pana premiera Tuska do Witebska na Białoruś. I tu wraca
wątek kolumny. Ten Ił-76, który miał ponoć wieźć kolumnę, nie wylądował,
odleciał i więcej nie lądował na tym lotnisku. A ta sama kolumna, którą jeździł
7 i 10 kwietnia pan premier, była również przewidziana na potrzeby
zabezpieczenia wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
To po co miał lądować Ił-76?
– Nie mam pojęcia. Może miał przylecieć zabrać tę kolumnę? Ta kolumna czekała
na pana prezydenta, byli też ci sami ludzie ze służb ochrony Federacji
Rosyjskiej, którzy zabezpieczali pobyt pana premiera, bo mieli zabezpieczać
również pobyt pana prezydenta. Z tymi samymi ludźmi rozmawialiśmy, czyniliśmy
takie same ustalenia. Tylko punkty się różniły na mieście i inaczej wyglądał
scenariusz spotkań. Z miejsca katastrofy 10 kwietnia udałem się do Witebska
naszym samochodem służbowym, radiowozem mercedesem viano z kolegą Kazimierzem
S., który był kierowcą, żeby odebrać z lotniska premiera, który miał przylecieć
z innymi członkami delegacji na lotnisko w Smoleńsku. Kolumną białoruską
dojechaliśmy do przejścia granicznego białorusko-rosyjskiego. My jechaliśmy
naszym samochodem, pan premier białoruskim. Następnie na przejściu granicznym
nastąpiła zamiana miejsc. Pan premier przesiadł się do tego samego mercedesa
ochronnego Federacji Rosyjskiej, którym jeździł 7 kwietnia, i nim dojechał do
Smoleńska.
Strona polska uczestniczyła w jakiś sposób w zabezpieczeniu miejsca
katastrofy?
– Tak. Chociażby w przeszukiwaniu terenu i pomocy w identyfikacji zwłok. Za
wyjątkiem mnie i Kazimierza S. pomagali w tym wszyscy pozostali funkcjonariusze
BOR. Po rozpoznaniu ciała były zabierane z miejsca katastrofy i kładzione na
folię na przygotowanym terenie. Rosjanie podzielili miejsce katastrofy – które
rozciągało się na obszarze kilkuset metrów – na tzw. kwartały. Do każdego
kwartału przyporządkowane były służby, które wynosiły ciała, jakiś pan
prokurator, też ktoś, kto dokumentował. Na początku po miejscu katastrofy
generalnie nikt nie chodził, tylko jakiś Rosjanin z kamerą, podejrzewam, że ze
służb; do tej pory sprawa nie jest wyjaśniona, kto to był. Nie miał żadnej
plakietki, kamera nie miała też żadnego loga. Wszystko nagrywał.
Kiedy dokładnie odnaleziono ciało pana prezydenta Lecha Kaczyńskiego?
– Gdy byłem w drodze z premierem do Smoleńska, to ciało pana prezydenta
zostało już znalezione.
Kto ze strony polskiej asystował w przewiezieniu ciała pana
prezydenta do prosektorium?
– Nie wiem. Z miejsca, gdzie to ciało zostało okazane panu premierowi
Jarosławowi Kaczyńskiemu, wywiezione zostało w trumnie ciężarowym samochodem,
chyba ziłem. Z drugiej strony, ten teren uniemożliwiał wjazd tam jakimś
samochodem osobowym.
Dlaczego nie asystowaliście w transporcie trumny z ciałem prezydenta
do prosektorium?
– Asystowaliśmy do momentu zabrania tego ciała. Czy potem ktoś ze służb
dyplomatycznych uczestniczył w asyście, tego panu nie powiem. Wiem za to, że
ciało pana prezydenta było jedynym, które zostało na terenie Smoleńska, właśnie
po interwencji moich kolegów z BOR, m.in. Cezarego K. i Andrzeja R. Oni chcieli,
żeby je pozostawić, chociażby do momentu przyjazdu brata, by mógł je
zidentyfikować. Gdy przyjechałem z panem premierem na miejsce katastrofy, Czarek
i Andrzej byli przy trumnie pana prezydenta. Rosjanie mieli bowiem taki pomysł,
by ciało prezydenta również zabrać do Moskwy. Po naszej interwencji – były
rozmowy z FSO, poruszona była sprawa z MSZ – pan ambasador sprawił, że to ciało
zostało.
A reszta ciał?
– Ciała były przygotowane do transportu lotniczego i zostały zabrane do
Moskwy.
Ktoś asystował ze strony polskiej przy wkładaniu ciał do trumien?
– Na pewno służby dyplomatyczne, ale to nie my.
Jak Rosjanie obchodzili się z ciałami?
– Nie zauważyłem, by Rosjanie w jakiś zły sposób się z nimi obchodzili.
Zabierali na nosze i przenosili w miejsce, gdzie były składane te ciała, gdzie
były poddawane m.in. identyfikacji, a następnie trafiły na pokład samolotu.
Po przyjeździe z premierem był Pan jeszcze na miejscu katastrofy?
– Tak. Zostaliśmy tam jeszcze do następnego dnia. Z premierem przyleciał
również szef BOR gen. Marian Janicki. Pamiętam nawet taką sytuację, że przekazał
on pieniądze i powiedział: "Krzysiek, tu jest chyba 1400 dolarów. Jak trzeba, to
zostańcie tyle, ile potrzeba tutaj zostać, pomóżcie we wszystkim tak, żeby było
dobrze. Tu macie na zakwaterowanie, na wyżywienie. Jak wrócisz do Warszawy, to
się rozliczysz" – powiedział. Gdy atmosfera trochę opadła, powiedzieliśmy
szefowi: "Szefie, my do jutra zostaniemy tutaj, poczekamy na załadunek ciała
prezydenta na pokład samolotu (bo wiedzieliśmy, że następnego dnia zostanie ono
zabrane do Warszawy) i nasza rola się kończy, bo my tutaj nic już więcej nie
jesteśmy w stanie zrobić".
Dlaczego oddaliście broń i kamizelki kolegów Rosjanom, zamiast
zabezpieczyć je i zabrać do Warszawy? Wtedy jeszcze nie była znana ścieżka
procedowania.
– A na jakiej podstawie moglibyśmy to zabrać? My koncentrowaliśmy się wtedy
tylko na tych sprawach związanych z ciałem pana prezydenta.
Powinniście się na wszystkich rzeczach koncentrować.
– Ja byłem po raz pierwszy w życiu – i mam nadzieję, że ostatni – świadkiem
takiej tragedii. Niech mi pan wymieni ze współczesnej historii, gdzie doszło do
tego typu katastrofy, że urzędujący prezydent ginie na pokładzie samolotu z 95
innymi osobami. Nie ma procedur, co się powinno w takim wypadku robić. My, w
miarę naszych możliwości, zrobiliśmy to, co mogliśmy, by zabezpieczyć ciało
prezydenta.
Świadkowie mówili, że leżało ono w błocie.
– Nieprawda. Ciało pana prezydenta leżało w trumnie na podwyższeniu z desek.
Mogliście poprosić chociaż o rozpostarcie namiotów ochronnych nad
ciałami.
– Jestem ciekaw, czy gdyby był pan w miejscu tej katastrofy, nie będąc
szkolonym, zapoznanym z takimi działaniami, czy pomyślałby pan o takich
rzeczach. Ja myślę, że to nie jest rola BOR, tylko kancelarii – jednej albo
drugiej, albo MSZ. Z tego, co ja pamiętam, żadnego przedstawiciela Kancelarii
Prezydenta nie było już wieczorem 10 kwietnia na miejscu tej katastrofy.
Czy po katastrofie zakładaliście jako jedną z przyczyn możliwość
udziału osób trzecich?
– Nie. W moim wyobrażeniu nie mieści się w głowie, żeby coś takiego mogło
mieć miejsce. Spokojnie czekałem na to, żeby wypowiedzieli się na ten temat
specjaliści. Do dziś nie wierzę, żeby mogła być tutaj działalność osób trzecich.
Mimo że sprzęt na lotnisku w Smoleńsku był w opłakanym stanie, to w dniu
katastrofy przecież przyleciał na nie tupolewem premier Federacji Rosyjskiej.
Powiem panu więcej, pan premier Kaczyński też chciał tam lądować, tylko nie
wyrażono na to zgody. Zadecydowały względy ludzkie.
Ma Pan jakąś swoją teorię dotyczącą przyczyn katastrofy?
– Moim zdaniem, rzeczywiście chyba była to błędna decyzja pilotów. Załoga
Jaka-40, która wylądowała, przekazała informację kolegom, że wylądowali. Ten
samolot jest znacznie gorzej wyposażony niż tupolew, starszy, bez tego typu
urządzeń, które umożliwiają lądowanie w trudniejszych warunkach. Jeżeli tamci
piloci uzyskali taką informację, że jakowi się udało, to podejrzewam, że podjęli
takie ryzyko, iż też spróbują wylądować. To jest moje prywatne zdanie. Niech mi
pan powie, dlaczego na rekonesansie byli księża, było MSZ, kancelarie, byliśmy
my, lecz nie było nikogo z 36. pułku? Dlaczego oni nie zrobili sobie jakiegoś
oblotu, skoro były jakieś wątpliwości, dlaczego jest tyle zapytań związanych z
tym, że nie mieli aktualnej prognozy pogody? W to wszystko wmieszano pana
generała Błasika, a przecież to kapitan statku powietrznego jest tą osobą, która
podejmuje ostateczną decyzję.
Po pierwsze, piloci nie lądowali, tylko odchodzili na drugi krąg. Po
drugie, gen. Błasika nie było w kokpicie. Po trzecie, rekonesans lotniska
(oblot) zrobili Rosjanie. Rozumiem, że BOR mogło zaufać rosyjskich służbom, ale
specpułk już nie?
– Zachowanie strony rosyjskiej odnośnie do generała Błasika też mi się nie
podobało. On był uczestnikiem lotu, a nie osobą odpowiedzialną.
Kiedy opuściliście miejsce katastrofy w Smoleńsku?
– 11 kwietnia szykowaliśmy się już pomału do wyjazdu, opuszczali również
teren miejsca katastrofy funkcjonariusze FSO, ale cały czas ten teren wojskowy
obstawiony był przez milicję i wojsko. Chciałem przejść bliżej miejsca
katastrofy do kolegi, który mnie o coś chciał zapytać. Drogę zagrodził mi
milicjant i mówi: "Nie nada". "Kak nie nada?" – pytam. "No, nie nada" –
odpowiedział. I nie mogłem przejść. Mówiłem mu, że jestem z polskiej służby, a
on na to, że go to nic nie obchodzi, że nikogo nie może przepuszczać. Ja na to:
"Chłopie, tam zginęli moi koledzy i inne osoby, mamy zgodę na wejście". A ten
swoje: "Nie nada". Uspokajał mnie wtedy ambasador, mówił: "Niech pan da spokój,
bo będzie większa awantura. Po co panu jakieś problemy?" – mówił.
Nie zdziwiło Pana, że Rosjanie niszczyli wrak?
– Widziałem to na filmie. 11 kwietnia nie widzieliśmy takich działań,
wszystko jeszcze leżało na miejscu i szczątki wraku nie były wywożone. Dopiero
później, już po naszym wyjeździe. Od momentu katastrofy wrak samolotu zobaczyłem
już poskładany na płycie lotniska w trakcie wizyty małżonki prezydenta
Komorowskiego z rodzinami. Z nagrań telewizyjnych widziałem, że wrak nie był
przez tych sprzątających zbyt delikatnie traktowany.
Nie pomyślał Pan wtedy, że to próba zacierania śladów?
– Nie myślałem w ten sposób. Dla mnie to, co się wydarzyło w Smoleńsku, to
olbrzymia tragedia, a teraz szuka się, czy komuś czegoś ewentualnie nie można
udowodnić.
Co dzieje się z bronią i kamizelkami kolegów?
– Gdzieś są u Rosjan zdeponowane i czekają na zakończenie śledztwa.
Rosjanie nie mieli żadnych obiekcji ze ściąganiem kamizelek, sami
zabrali też broń?
– Tak, jak znosili te ciała. Oni przeszukiwali teren, my zostaliśmy
poproszeni tylko o pomoc w identyfikacji zwłok, a nie w zbieraniu rzeczy. Został
znaleziony m.in. jeden z telefonów pana prezydenta Lecha Kaczyńskiego i jego
paszport, podejrzewam, że przez osoby przeszukujące miejsce katastrofy. Był to
telefon uszkodzony, bez baterii. To trafiło na miejsce, gdzie wszystkie te
rzeczy były znoszone i znalazły się od razu pod nadzorem polskich służb. Któryś
z polskich prokuratorów zapytał mnie, czy chcę zabrać do Warszawy te znalezione
rzeczy pana prezydenta. Jakieś względy sprawiły ostatecznie, że polskie służby
nie wydały nam tych przedmiotów i spakowały ze wszystkimi pozostałymi rzeczami,
które zostały znalezione na miejscu katastrofy.
Te wszystkie rzeczy poleciały do Moskwy?
– Podejrzewam, że tak się stało. Tak można wywnioskować chociażby z relacji
telewizyjnych.
Ale telefon prezydenta to bardzo ważny nośnik informacji, raczej nie
powinien trafić w ręce Rosjan.
– Rosjanie nie mogli wiedzieć, że to jest telefon pana prezydenta. Gdy został
znaleziony, trafił od razu w ręce polskich służb.
Rosjanie rozpowszechniali jakieś informacje o przyczynach katastrofy?
– Nie.
W Polsce za to od razu pojawiła się informacja, że tupolew
czterokrotnie podchodził do lądowania, że dwie osoby przeżyły.
– To ja nawet panu powiem o czterech osobach, które miały przeżyć, bo ktoś
widział, że cztery karetki pogotowia wyjeżdżały na sygnałach. Sam dostałem
polecenie od płk. Roberta D., żebym brał nasz samochód z miejsca katastrofy,
jechał i szukał, gdzie te karetki pojechały i kogo wywiozły. Miałem sprawdzić,
czy rzeczywiście potwierdzi się informacja, że ktoś z tej katastrofy przeżył.
Powiedziałem wtedy Robertowi: "Robert, daj parę minut. Smoleńsk to miasto, które
liczy ponad 400 tysięcy mieszkańców, jest ileś szpitali. My nie znamy topografii
miasta, nie wiemy, gdzie karetki mogły pojechać. Nie ukrywam też, że jak się
stąd ruszę, to później będę miał problem w ogóle z powrotem, bo tak nas
traktują". Zatem ode mnie była też informacja przekazana do Warszawy o osobach,
które ewentualnie mogły przeżyć katastrofę. Ale tam była masakra. Żeby samolot
jeszcze wylądował na brzuchu, to moglibyśmy mówić o tym, że ktoś miał szanse na
przeżycie. Ale on wylądował na dachu.
Wszyscy z Waszej szóstki znają rosyjski?
– Przez wiele lat uczyłem się języka rosyjskiego w szkole, bo gdy zaczynałem
edukację, był to język obowiązujący. Każdy z nas zna go na poziomie
komunikacyjnym.
Nie robiliście żadnych dodatkowych kursów?
– Nie. Znamy go ze szkoły. On też przecież nie jest taki trudny w
komunikacji. Ponadto, jak na przykład jadę gdzieś na przygotowania wizyt do
Portugalii, to mam rozmawiać po portugalsku? Trudno wymagać ode mnie, bym znał
wszystkie języka świata. Wiadomo, że mamy wtedy jakiegoś tłumacza. Jeśli chodzi
o komunikację z Rosjanami, to nie było żadnych problemów. My naprawdę włożyliśmy
tyle pracy i wysiłku w to, żeby wszystko się udało.
Jednak się nie udało. Powie Pan z ręką na sercu, jak gen. Janicki, że
Panowie, którzy byliście 10 kwietnia w Smoleńsku, nie macie sobie nic do
zarzucenia?
– Jako funkcjonariusz biorący udział w przygotowaniu i zabezpieczeniu tej
wizyty nie mam sobie nic do zarzucenia. Ja odpowiadałem za trochę inny rodzaj
działań, byłem przewidziany do współpracy z mediami i przygotowywałem te
uroczystości pod kątem obsługi prasowej, a nie pod kątem zabezpieczenia ogólnego
miejsc czasowego pobytu. Jeżeli ktokolwiek komukolwiek może stawiać zarzuty, to
niech to oceni prokuratura. Ta grupa przygotowawcza, która brała udział w
zabezpieczeniu, działała fachowo, profesjonalnie i bez żadnych zastrzeżeń.
Robiliśmy to, na co mieliśmy zgodę i na co nam pozwolili Rosjanie.
Ale gdybyście poinformowali szefów w Warszawie, że na lotnisku jest
problem z lądowaniem i je odradzacie, by ci przekazali to do wiadomości ministra
resortu spraw wewnętrznych i administracji czy premiera i ktoś poinformował o
tym kapitana statku?
– To nie jest zakres naszych obowiązków.
BOR konsultowało jednak odmowę lądowania w Tbilisi dwa lata
wcześniej.
– Ja nie brałem udziału w zabezpieczeniu tej wizyty i nie znam szczegółów
sprawy.
Nie ma takich procedur, że któryś z oficerów BOR jest przez cały czas
na lotnisku w obcym państwie w stałym kontakcie telefonicznym z Warszawą?
– Nas, grupy przygotowawczej, nie było na płycie lotniska. Było tam dwóch
kierowców, którzy mieli nas na bieżąco informować, co się dzieje. Szefem grupy
przygotowawczej był mjr Cezary K. On kontaktował się z oficerem operacyjnym w
Warszawie i go o wszystkim informował. 7 i 10 kwietnia wszystkie te procedury
zostały zachowane.
Ufaliście Rosjanom?
– Tak, bo oni na co dzień spotykają się z nieco poważniejszymi zagrożeniami
niż te, które my mamy na terytorium naszego kraju. Oni są bardziej zahartowani,
jeżeli chodzi o czujność, mają też większe fundusze. Zrobiliśmy wszystko to, na
ile było nas stać i na ile oceniliśmy stopień zagrożenia. Nikt nie zakładał, że
może dojść do takiej katastrofy.
Dziękuję za rozmowę.
***
Do morgu bez asysty
Dobiegliśmy do miejsca, gdzie leżały pierwsze szczątki
samolotu. Przed nami były już taśmy. I kilku funkcjonariuszy OMON. Mogliśmy
dojść do tych linek. I na tym koniec – pierwsze minuty po upadku tupolewa
rekonstruuje w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" ppłk Krzysztof Dacewicz, oficer
BOR, który 10 kwietnia 2010 r. pełnił służbę w Smoleńsku.
– Na Siewiernyj dotarliśmy pół godziny po upadku samolotu.
Początkowo nie było do końca wiadomo, co tak naprawdę się stało. Podeszła do
mnie pani konsul i powiedziała, że Rosjanie szykują się na zbieranie ciał. Wtedy
nasza reakcja była już bardzo zdecydowana. Poszliśmy do tych z FSO i
powiedzieliśmy, że wiemy, że coś się wydarzyło, i chcemy tam jak najszybciej
dotrzeć. Wtedy dopiero puścili nas przez płytę lotniska. Zatrzymali nas przed
taśmami, którymi ogrodzone było wrakowisko – mówi ppłk Krzysztof Dacewicz. Czy
były jakieś próby udzielania pierwszej pomocy, stwierdzenia oznak czynności
życiowych? – Nie wiem – odpowiada nasz rozmówca.
Po dwóch, trzech godzinach od katastrofy zebrali się
prokuratorzy. Na wykarczowanym fragmencie terenu układano ciała. Rosjanie
zwrócili się do oficerów BOR o wyznaczenie trzech osób, które pomogą w
identyfikacji zwłok. Jak dowiedział się "Nasz Dziennik", procedura wyglądała w
ten sposób: znaleziono ciało, Rosjanin wkładał rękę do kieszeni wewnętrznej
marynarki, wyjmował dowód osobisty i pytał, czy to ta sama osoba. – Po miejscu
katastrofy chodził Rosjanin z kamerą, podejrzewam, że ze służb. Do tej pory
sprawa nie jest wyjaśniona, kim była ta osoba. Nie miał żadnej plakietki, kamera
nie miała też żadnego logo. Wszystko nagrywał – słyszymy.
– O tym, że odnaleziono ciało pana prezydenta Lecha
Kaczyńskiego, dowiedziałem się w drodze z Witebska do Smoleńska. Gdy
przyjechałem z premierem na miejsce katastrofy, Czarek i Andrzej stali przy
trumnie, bo Rosjanie mieli pomysł, żeby zabrać to ciało do Moskwy. Było jedynym,
które zostało na terenie Smoleńska po interwencji moich kolegów, m.in. Cezarego
K. i Andrzeja R. – wskazuje nasz rozmówca. Z miejsca, gdzie ciało prezydenta
okazano Jarosławowi Kaczyńskiemu, wywieziono je w trumnie ciężarówką. W drodze
do prosektorium (morgu) nie było asysty żadnych polskich służb.
Na wrakowisku znaleziono jeden z telefonów należących do
prezydenta i jego paszport. – Któryś z polskich prokuratorów zapytał mnie, czy
chcę je zabrać do Warszawy. Jakieś względy sprawiły ostatecznie, że nie wydano
nam tych rzeczy. W konsekwencji poleciały do Moskwy – mówi Dacewicz.
Po katastrofie do oficerów BOR dotarła informacja, że przeżyły
cztery osoby, bo ktoś widział cztery karetki pogotowia wyjeżdżające na sygnale.
– Dostałem polecenie od płk. Roberta D., żeby wsiąść w samochód i szukać, gdzie
te karetki pojechały. I kogo wywiozły. Miałem sprawdzić, czy rzeczywiście
potwierdzi się informacja, że ktoś przeżył. Nie znałem topografii miasta.
Obawiałem się, że jeśli opuszczę wrakowisko, później będę miał problem z
powrotem, bo Rosjanie tak nas traktowali – kwituje oficer.
Piotr Czartoryski-Sziler
