Jakie państwa mogą istnieć bez Rosji
Z prof. Borysem Szmielowem, szefem Katedry Stosunków Międzynarodowych
Akademii Dyplomatycznej przy Ministerstwie Spraw Zagranicznych Federacji
Rosyjskiej, rozmawia Piotr Falkowski
Dlaczego Rosja w polityce zagranicznej ciągle popiera różne
niedemokratyczne reżimy, dyktatury, takie jak w Libii, Syrii, Iranie, głosuje w
Radzie Bezpieczeństwa tak jak Chiny itd.? Tylko dlatego, że USA mają odwrotne
cele i interesy?
– Postawmy to pytanie inaczej. Dlaczego w imię demokracji należy naruszać
podstawy prawa międzynarodowego? Co ważniejsze? Kiedy naruszamy podstawy prawa
międzynarodowego, to żadne wartości demokratyczne nie mają znaczenia. To, co
zrobił Zachód z USA w odniesieniu do Libii, było naruszeniem prawa
międzynarodowego. Jaka rewolucja wybuchła w Libii? Bez bagnetów NATO żaden
przewrót tam by się nie dokonał. A przy okazji, to dlaczego Polska nie znalazła
się w pierwszym szeregu państw wysyłających swoje wojska do Libii? Myślę, że w
Polsce rozumie się, że dokonuje się nieprawość. W Libii złamano wszelkie zasady
i normy, zakłócono międzynarodowe bezpieczeństwo. Na rękach NATO – na szczęście
nie polskich – jest krew Kaddafiego. I co mamy w Libii? Niczego dobrego tam nie
będzie, dochodzi do rozpadu państwa, rzeźni i niedoli ludzi. To ma być cena za
demokrację? A w Syrii? Gdybyśmy poparli sankcje, zmietli reżim al-Asada, to czy
myśli pan, że tam będzie demokracja. Nie, jeszcze gorsza rzeź od tej, która tam
jest teraz. Gra, jaka toczy się na Bliskim Wschodzie, nie ma nic wspólnego z
zasadami demokracji. Na świecie uformował się pewnego rodzaju globalny kapitał.
Jemu zależy na unifikacji warunków działania na całym świecie. On nie jest
związany z żadnym państwem narodowym, jedynie wykorzystuje państwa do
wykonywania swoich zadań jako narzędzie. A tak naprawdę dąży do likwidacji
państw narodowych na rzecz ujednoliconej przestrzeni, w której będzie mógł
robić, co chce. Jemu Libia, Syria, Iran w tym przeszkadzają. Także Rosja w tym
przeszkadza. Stąd biorą się wszystkie problemy. Wszystkie te kwestie, czy Rosja
jest demokratyczna, czy nie, są wydumane. Gdy Rosja broni podstaw prawa
międzynarodowego, to dobrze robi. Gdy się je narusza, to wszyscy wkrótce to
odczują. Polska też.
No tak, ale zgodnie z tymi zasadami prawa międzynarodowego Abchazja i
Osetia Południowa to części Gruzji. Nieprawdaż?
– Zgodnie… Eee… A nie. Dlaczego? Rozpatrzmy ten problem, odwołując się do
przykładu Kosowa…
Wiedziałem, że Pan to powie.
– Ale Polska uznała niepodległość Kosowa. A dlaczego? Na jakiej podstawie?
Też złamano zasady. Rumunia na przykład nie uznała niepodległości Kosowa.
Dlaczego? Bo ma na uwadze analogiczny przypadek Zadnieprza. Swego czasu ustami
premiera Putina zadeklarowaliśmy, że jeśli zostanie uznane Kosowo, będzie to
mieć uniwersalne konsekwencje. W szczególności my uznamy Abchazję i Osetię
Południową. I tak się stało. Bez precedensu Kosowa do tego by nie doszło. To
wszystko.
No dobrze, ale przyzna Pan, że w takim razie nie chodzi wcale o prawo
międzynarodowe, ale o własne interesy. Bo w wyniku tego "precedensu" granice –
faktyczne – Rosji poszerzają się o dwa istotne regiony na Kaukazie.
– Ale nie chcemy rozszerzać się dalej. Gruzji nie potrzebujemy. To kraj innej
tradycji i nastawienia społeczeństwa.
A Azerbejdżan? A Białoruś?
– Znany politolog rosyjski, Nikołaj Danilewski [1822-1885] w książce pod
tytułem "Rosja a Europa" napisanej w 1869 roku postawił bardzo interesujące
pytanie, które było potem wielokrotnie powtarzane przez myślicieli: czy wielkie
terytorium euroazjatyckie, będące pewną przestrzenią geopolityczną, tworzące
wówczas Imperium Rosyjskie, a potem Związek Sowiecki, może funkcjonować w formie
większej liczby niepodległych państw. Danilewski odpowiedział na to pytanie
przecząco. Potem Iwan Iljin [1883-1954] stwierdził, że ta przestrzeń
euroazjatycka stanowi pewną całość, zjednoczoną wspólną historią i tradycją
kulturową. Dlatego nie może zacząć funkcjonować jako kompozycja oddzielnych,
niezależnych państw. Musimy i teraz to pytanie postawić.
Trochę Pan ucieka od tej Białorusi, ale rozumiem. Może rzeczywiście
warto postawić to pytanie jeszcze raz. W końcu istnieje Wspólnota Niezależnych
Państw. Jak rozumiem, słowo "niezależnych" z powodu jakichś praw dziejowych jest
nie do utrzymania?
– Czy te państwa mogą istnieć bez Rosji? W planie politycznym i ekonomicznym
życie pokazuje, że nie. Białoruś też musi się w którąś stronę skierować. Albo na
Unię Europejską, albo na Rosję. Rosja może jest ekonomicznie słabsza, ale
politycznie bliższa. Tak czy inaczej, sytuacja, przede wszystkim potrzeby
gospodarcze, powoduje, że te kraje same skłaniają się do oparcia na kimś. Rosja
je do siebie przyciąga. Co w tym złego? Rosja to korzyści, to wielkie mocarstwo.
A jako mocarstwo powinna mieć wokół siebie teren ze związanych z nią państw.
Taka jest też geopolityczna potrzeba Rosji. I do tego dążymy. To niemal
obowiązek każdego wielkiego państwa. I w Polsce są imperialne tęsknoty, o
których pisał na przykład Zbigniew Brzeziński – "Polska od morza do morza".
Prawda?
Mamy sentyment do naszych Kresów Wschodnich, ale Polska nie dość, że
wspiera niepodległość swoich wschodnich sąsiadów, to jeszcze znosi litewski i
ukraiński antypolski nacjonalizm.
– I u nas jest taki sentyment.
Proszę powiedzieć, gdzie przebiega zachodnia granica tego wielkiego
obszaru, który nie może żyć bez Rosji?
– Powiem panu. Klasyczna teoria euroazjatyzmu, którą rozwinęli bracia
Trubieccy [Siergiej (1862-1905) i Jewgienij (1863-1920)] i Piotr Sawicki
[1895-1968], rysuje tę granicę po linii Triest – Szczecin. Cała Europa
Wschodnia, wszyscy Słowianie…
Triest – Szczecin?! A autorzy tych koncepcji nie dostrzegli, że
Polacy, Czesi czy Węgrzy to narody zgodnie ze swoją tradycją, kulturą i religią
ukierunkowane naturalnie od wieków na zachód?
– Teraz możemy mówić, że w ramach tej koncepcji istnieje neoeuroazjatyzm. I tu
granice zachodnie prowadzone są po linii Psków – Brześć – Kijów – Odessa. Ta
nowa linia nie jest wprost zaczerpnięta z jakiegoś oficjalnego stanowiska, ale
można ją wywieść z wypowiedzi Władimira Putina z ostatnich lat. Jak więc pan
widzi, obecne terytorium Polski nie wchodzi do tego obszaru. Zdajemy sobie
sprawę z różnicy mentalności. To, jak sformułowano teorię euroazjatyzmu 100 lat
temu, w 1924 roku, oczywiście jest nieaktualne.
To znaczy, że w ciągu ok. 90 lat przestrzeń cywilizacji zachodniej
przesunęła się na wschód. Jest tylko Białoruś i Ukraina, a nie ma państw
bałtyckich ani Mołdawii.
– Zgadza się. Ale osobiście w tę teorię euroazjatyzmu w wersji klasycznej czy
zmodyfikowanej tak bardzo nie wierzę. Nie jestem jej stronnikiem, nie popieram
jej i jestem raczej sceptyczny. Jest inna, całkowicie alternatywna teoria
neoeuroazjatyzmu, którą sformułował prezydent Kazachstanu Nursułtan Nazarbajew w
wielkim, bardzo interesującym artykule w gazecie "Izwiestia" z 26 października
2011 roku. Przedstawia w nim zupełnie inne rozumienie "Unii Euroazjatyckiej".
Dla niego oznacza ona zjednoczenie wszystkich państw postsowieckich i
znaczniejszych azjatyckich, jak Chiny, Indie, Iran w pewnego rodzaju
ekonomiczny, kulturowy i cywilizacyjny związek. To zupełnie inna koncepcja,
która wydaje mi się znacznie bardziej przystająca do realiów politycznych niż
ta, którą wyznaje nasze kierownictwo. Zgodnie z nią Rosja staje się czymś w
rodzaju mostu pomiędzy cywilizacją europejską i dalekowschodnią. Nazarbajew jest
jej stronnikiem od wielu lat. Publicznie wygłaszał tego rodzaju idee już na
początku tego wieku. Ale Jelcyn ich nie wspierał. Teraz do tego się wraca. Moim
zdaniem, słusznie. Istnieją już inicjatywy polityczne takie tak BRICS [Brazylia,
Rosja, Indie, Chiny, RPA], można je wykorzystać. Proszę zwrócić uwagę, że ta
koncepcja nie jest skoncentrowana na Zachodzie i w ogóle osi Wschód – Zachód, a
ma orientację południkową, otwartą na obszar Oceanu Indyjskiego i Pacyfiku. Jest
to bardzo perspektywiczne.
Dziękuję za rozmowę.
