Wydobywałem ludzi z wraku
Z ppłk. rez. Leszkiem Tanasiem, emerytowanym brygadierem Państwowej
Straży Pożarnej, który brał udział w akcjach ratowniczych na całym świecie,
obecnie dyrektorem ds. szkoleń specjalnych w GROM GROUP, rozmawia Piotr
Czartoryski-Sziler
Brał Pan udział w podobnych akcjach, dotyczących katastrof
kolejowych, jak ta pod Szczekocinami?
– Tak. Też wyciągałem spod pociągu ludzi, którzy leżeli zmiażdżeni pod jego
kołami. Wchodziłem w skład jednostki specjalnej, 56. kompanii specjalnej, byłem
też pomysłodawcą i współzałożycielem grupy poszukiwawczo-ratowniczej w Gdańsku.
Dowodziłem różnego rodzaju działaniami międzynarodowymi niesienia pomocy,
począwszy od Albanii, przez Kosowo, Algierię, Iran, Pakistan, Indonezję, Sri
Lankę, po Indie, i brałem w nich udział. Byłem tam dowódcą, zastępcą dowódcy
albo oficerem łącznikowym. Współpracowaliśmy tam również z lekarzami z polskiej
misji medycznej, gdzie zawiązywały się więzi koleżeńskie i przyjaźnie. To ważne
w naszym zawodzie, bo ratownik, wchodząc pod takie gruzowisko, jak w przypadku
obecnej katastrofy, ma świadomość, że tam, na górze, zostaje kolega, który w
momencie jakiegokolwiek zagrożenia będzie czuwał nad jego bezpieczeństwem. Za
granicą przeważnie mieliśmy do czynienia z katastrofami związanymi z
trzęsieniami ziemi. Ale ludzie, którzy znajdują się pod zniszczonymi budynkami
czy samochodami, często zakleszczeni są w podobny sposób jak tutaj, a ratownicy
tak samo są narażeni na silny stres.
Przyjeżdżają Państwo na miejsce zdarzenia i co robią Państwo na
początku, jakie są procedury?
– Pierwszy dowódca, który przyjeżdża na miejsce zdarzenia, jest kierownikiem
akcji ratowniczej. To on ocenia bezpośrednie niebezpieczeństwo, zarówno dla
ludzi, którzy znajdują się pod pociągiem, jak i dla samych ratowników, którzy
mają udzielać pomocy, i wydaje pierwsze decyzje. Później na miejsce przyjeżdżają
wszystkie następne służby i ewentualnie wyższy dowódca, który przejmuje
dowodzenie. On prowadzi akcję dalej, już w oparciu o informacje, które uzyskał
od pierwszego dowódcy. Pierwsza faza akcji to dotarcie w jak najszybszym czasie
do poszkodowanych, ewakuacja tych ludzi, którzy mogą o własnych siłach, również
przy pomocy ratowników, opuścić wagony. Później wydobywa się osoby, które
znajdują się pod zwałowiskiem metalu. Oni nie tylko narażeni są na szok, ale
również na wyziębienie organizmu. Dociera się do nich przy zastosowaniu sprzętu
hydraulicznego, jak piły, rozpieraki hydrauliczne, różnego rodzaju nożyce.
Trzeba pamiętać, że ten sprzęt mechaniczny należy zastosować w taki sposób, by
nie narazić na większy uszczerbek zdrowia i życia zakleszczonych osób. Musi to
być robione z bardzo dużym wyczuciem, a osoby, które są uwięzione pod zwałami
metalu, muszą być informowane przez ratowników o tym, co się dzieje. One muszą
mieć świadomość, że są ratowane, a straszne dla nich odgłosy cięcia i piłowania
metali – nie są dla nich zagrożeniem, lecz oznaką zbliżającej się pomocy.
Jaka jest szansa na przeżycie osób, które w wyniku czołowego
zderzenia dwóch pociągów znalazły się pod zwałami metalu? W którym momencie pada
stwierdzenie, że tam już nie może być żywych ludzi?
– Ta nadzieja umiera ostatnia. Mogliśmy zobaczyć, że zostało wydobyte ciało
16 osoby spod tego zwałowiska, a przecież nic nie wskazywało na to, że ono tam
się będzie znajdowało. W związku z powyższym myślę, że nadzieję ma się do samego
końca. Do momentu, kiedy właściwie wszystko nie zostanie przeczesane, ratownicy
zawsze mają nadzieję, że jeszcze ktoś odnajdzie się żywy. Zdarzały się sytuacje,
że ktoś nie odzywał się, bo był w letargu, ale jeszcze żył. Szczególnie przy
takich katastrofach jak ta, gdzie tak dużo sił i środków jest zaangażowanych w
niesienie pomocy, wszyscy skupiają się na tym, żeby swoim zachowaniem pokazać
tym, którzy katastrofę przeżyli, że są z nimi. Niezwykle ważne jest to, by
okazać tym ludziom ciepło, tu też jest rola dla ratownika. Myślę, że to, co
państwo robią – mówię o przekazie medialnym – również bardzo pozytywnie wpływa
nie tylko na działania bezpośrednie, ratownicze, ale i na bezpieczeństwo nas
wszystkich. Dlaczego? Bo wtedy ludzie głębiej zastanawiają się nad kwestiami
bezpieczeństwa, zapadają jakieś decyzje. A my, którzy bezpośrednio zajmujemy się
ratowaniem życia, dostajemy często z tego tytułu sprzęt, którego wcześniej
brakowało.
Po zderzeniu na miejscu pierwsi byli okoliczni mieszkańcy. Dopuszcza
się ich do pomocy czy raczej odgradza od miejsca zdarzenia?
– Jeżeli ci ludzie są na miejscu przed służbami ratowniczymi i ratują innych,
jest to chwalebne. Natomiast w momencie, kiedy akcja prowadzona jest już przez
służby, to raczej się ich odgradza od miejsca wypadku. Nie dlatego, że się nie
chce skorzystać z ich pomocy, bo wielokrotnie się ich dopytuje o różne rzeczy,
lecz dlatego, że przygotowani są do tego profesjonalni ratownicy. To widać na
zdjęciach, proszę zwrócić uwagę chociażby na taką rzecz, że ratownik jest ubrany
w odpowiedni strój, ma założone na rękach rękawice. Tam przecież jest dużo krwi,
chodzi tu o kwestie ewentualnego zakażenia czy zarażenia, ratownik o tym wie i
się zabezpiecza. Przygodna osoba, która chce pomagać, może być narażona na to,
że poniesie jakiś uszczerbek na zdrowiu.
Zniszczone lokomotywy i wagony to tony metalu. Istnieje
niebezpieczeństwo podczas takich akcji, że ratownicy sami mogą w jakiś sposób
ucierpieć, ratując innych?
– My zawsze jesteśmy narażeni na utratę zdrowia i życia. Taka konstrukcja
stalowa może być niestabilna, może się przechylić i kogoś przygnieść. A to są
przeogromne ciężary. Myślę, że ratownicy, wchodząc w różnego rodzaju szczeliny,
robiąc różne przejścia, są nastawieni przede wszystkim na ratowanie życia
innych. Ale starają się to jednak robić w maksymalnie bezpieczny sposób. Zdarzyć
się jednak może wszystko, wielokrotnie dochodziło do takich niebezpiecznych dla
zdrowia i życia ratowników sytuacji.
Mówił Pan, że sam wydobywał spod pociągów zakleszczone osoby. To
traumatyczne przeżycie dla ratownika?
– Wszyscy ratownicy przed przyjęciem do służby są badani m.in. w tym
kontekście, czy są na tyle silni psychicznie, że sobie poradzą z problemami,
które wynikają z charakteru ich zawodu. Niemniej jednak zawsze jest to duże
przeżycie, myśli się, czy wykorzystało się wszystkie możliwości pomocy. Czas
przecież odgrywa tu istotną rolę. Do zderzenia pociągów pod Szczekocinami doszło
późnym wieczorem. Ci ludzie, którzy byli zakleszczeni, wychładzali się, więc na
pewno koledzy robili wszystko, by do nich dotrzeć jak najszybciej. Sam w
Gdańsku-Wrzeszczu wydobywałem w 1997 r. spod wagonu 18-letniego chłopaka, który
wpadł pod pociąg pospieszny. Koło wagonu odcięło mu jedną nogę, inne zatrzymało
się na drugiej. Pamiętam jak dzisiaj, że był w tak dużym szoku, że nawet nie
było upływu krwi z tej obciętej kończyny. Leżeliśmy pod wagonem z lekarzem,
ratownikiem medycznym i moim kolegą i wspólnie staraliśmy się podnieść na
dostępnych wówczas poduszkach powietrznych ten wagon, ale on nie chciał nawet
drgnąć. Dla wielu młodych ratowników, którzy na co dzień nie biorą udziału w tak
dużych akcjach ratowniczych jak obecna, ta katastrofa na pewno była szokiem.
Dlatego po powrocie do jednostek takim ratownikom udzielana jest również pomoc
psychologiczna.
Dziękuję za rozmowę.
