Słabnące poczucie bezsilności

Teoretycznie wiemy, że media i elity opiniotwórcze pełnią w demokratycznym
systemie bardzo ważną funkcję. Konsekwentna presja przypominająca politykom, że
obowiązują ich pewne zasady, np. nie kłamać, unikać pokus o korupcyjnym
charakterze, bezwzględnie przestrzegać prawa i nie używać posiadanej władzy dla
celów prywatnych, przynosi zwykle rezultaty; łamiący zasady podają się do
dymisji lub są odwoływani. W państwach postkomunistycznych ta reguła nie działa.
Kuluary i nieznane gremia decydują o politycznych przesileniach częściej niż
opinia publiczna.

Prezydent Niemiec Christian Wulff, polityk rządzącej partii, podał się do
dymisji nie dlatego, że takie było życzenie kanclerz Angeli Merkel. To dziennik
"Bild" ujawnił, że zataił on przed parlamentem Dolnej Saksonii fakt otrzymania
od żony zaprzyjaźnionego przedsiębiorcy niskooprocentowanej pożyczki na zakup
nowego domu. Był wtedy premierem tego związkowego kraju. Pożyczkę zamienił na
korzystny kredyt bankowy. Jego winy polegały na publicznym wyparciu się
finansowych kontaktów z przedsiębiorcą oraz na próbie wymuszenia na redaktorze
naczelnym "Bild" rezygnacji z drukowania niewygodnych dla siebie informacji.

To wszystko. Jak na polskie warunki, nic poważnego, a na pewno nic na tyle
poważnego, by stracić stanowisko. W Niemczech dziennikarze zaczęli jednak szukać
kolejnych słabych punktów prezydenta (!) Niemiec – przypominam, zaprzyjaźnionego
z popularną kanclerz Angelą Merkel – i znaleźli; a to urlop na koszt innego
przedsiębiorcy, który otrzymał od władz Dolnej Saksonii sporą pożyczkę, a to
bilety lotnicze opłacane przez innych przedsiębiorców. Drobiazgi niewarte
zainteresowania polskiego dziennikarza. Chyba że dotyczyłyby polityka PiS.

Kanclerz Angela Merkel długo broniła "swojego" prezydenta, który przepraszał,
bagatelizował sprawę i zapowiadał trwanie na stanowisku. Gdy jednak prokuratura
zwróciła się z prośbą o odebranie mu immunitetu z powodu "przyjmowania i
udzielania korzyści majątkowych" w czasie, gdy był premierem Dolnej Saksonii,
Christian Wulff podał się do dymisji. Od pierwszych artykułów do dymisji minęły
niecałe cztery miesiące.
Nowym prezydentem zostanie najprawdopodobniej pastor Joachim Gauck, działacz
opozycji w NRD, a po zjednoczeniu Niemiec szef Federalnego Urzędu ds. Akt byłego
Stasi, czyli swoistego pierwowzoru naszego IPN. Jego kandydaturę wspólnie
zgłosili niemieccy politycy, a kanclerz Angela Merkel, mimo niechęci, Joachima
Gaucka zaakceptowała.
Ta historia nie mogłaby się wydarzyć w większości krajów postkomunistycznych,
także w III RP pod rządami PO. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że media w naszym
kraju dzielą się dzisiaj na "ważne" i "nieważne". Te "ważne" decydują, kto jest,
a kto nie jest "władzy godny" oraz jakie wydarzenie należy "nagłośnić", a jakie
zbagatelizować. Media "nieważne" funkcjonują zaś prawie wyłącznie w "drugim
obiegu". Są "niezależne i niepokorne", ale skutecznie zarządzająca emocjami
Polaków elita polityczna i opiniotwórcza lekce je sobie waży.

Są w III RP także media katolickie, z których nieliczne mają status
"ważnych". Inne – te czytane, słuchane i oglądane przez liczne grono wierzących
odbiorców – są równie "nieważne", jak te "niezależne".

Historia prezydenta Christiana Wulffa nie mogłaby wydarzyć się w Polsce także
dlatego, że "ważne" media dysponują licznym gronem "ważnych" ekspertów, którzy
tworzą klimat dyskusji wolnej od różnic poglądów. Ich debaty to najczęściej
zgodnie wygłaszane monologi.
Także prokuratorzy rzadko proszą o uchylenie immunitetu postaciom z pierwszych
stron gazet, a jeśli zdarza się im zatrzymać kogoś podejrzanego o korupcję z
tego grona, to przestępstwo ulega umorzeniu szybciej niż wpłacenie stosownej
kaucji. Co więcej, rośnie liczba znanych osób, które zmarły w niejasnych
okolicznościach, popełniając samobójstwa, ginąc w wypadkach lub na sali
tanecznej. Najczęściej wyjaśnianie okoliczności tych zdarzeń kończy się
umorzeniem.

To paraliżuje obywatelską aktywność, osłabia moralne standardy i szacunek
zarówno dla państwa, jak i dla prawa. Co więcej, tworzy atmosferę bezradności,
także wśród tych przedstawicieli elit politycznych i opiniotwórczych, którzy nie
godzą się na taką sytuację. Ze swoimi opiniami są w debacie publicznej – nie z
własnej woli – nieobecni.
Jak pokazały ostatnie tygodnie, nie jesteśmy jednak aż tak bezsilni, bierni i
bezradni, jak chciałyby nam wmówić "ważne" media i rządzący Polską politycy.
Wykluczani i marginalizowani obywatele RP zdają się z miesiąca na miesiąc coraz
bardziej aktywni, organizują własne stowarzyszenia, tworzą media, portale
internetowe, kluby dyskusyjne i spotkania. I chociaż nie ma ich w "ważnych"
mediach, to tysiącami maszerują ulicami Warszawy 11 listopada, 13 grudnia czy 18
lutego.

Dzisiaj widać, że w najważniejszej z lekceważonych oficjalnie spraw, której
obywatele nie pozostawili w rękach rządzących, tj. w ustalaniu przyczyn tragedii
smoleńskiej, to niezależni dziennikarze, eksperci oraz politycy pracujący w
komisji Antoniego Macierewicza zmienili zasadniczo stan naszej wiedzy i kształt
opinii publicznej. W rezultacie kilka osób straciło stanowiska; minister obrony
Bogdan Klich, przewodniczący Komisji Badania Wypadków Lotniczych płk Edmund
Klich, wiceszef BOR gen. Paweł Bielawny. A były (!) minister sprawiedliwości
Krzysztof Kwiatkowski powiedział w "ważnej" telewizji, że "wszyscy, którzy
mówili źle o gen. Błasiku, powinni przeprosić".

To mało, o wiele za mało, jak na wagę tej sprawy. Ale warto docenić efekty
tego, co lekceważeni obywatele cierpliwie i systematycznie czynili każdego 10.
dnia kolejnego miesiąca, uczestnicząc w odprawianych w katedrze św. Jana Mszach
Świętych w intencji ofiar katastrofy pod Smoleńskiem oraz maszerując po każdej
Eucharystii przed Pałac Prezydencki.
Niezwykłą mobilizację obywatelską wywołała także decyzja KRRiT odmawiająca
Telewizji Trwam miejsca na multipleksie cyfrowym. Zebranie ponad 1,5 miliona
podpisów osób domagających się zmiany tej decyzji pokazuje, że czas bezsilności
i bezradności "nieważnych" obywateli dobiega końca. Wielotysięczny marsz w
obronie wolności mediów, którego TVP i inne "ważne" media nie zauważyły, obnażył
prawdziwe powody odmowy – obecność Telewizji Trwam na multipleksie wprowadziłaby
na stałe do świata mediów pluralizm i konkurencję.

Przed Pałacem Prezydenckim Ewa Stankiewicz, szefowa Solidarnych 2010,
symbolicznie rozwiązała z Janem Dworakiem "społeczną" umowę o pracę w KRRiT za
stosowanie podwójnych standardów i niejasnych kryteriów w procesie przyznawania
miejsca na multipleksie cyfrowym poszczególnym firmom medialnym. To, co słyszymy
w odpowiedzi od przewodniczącego Rady i premiera, nie napawa optymizmem. Ale
niewykluczone, że już wkrótce także ich zwolennicy dostrzegą w tych
wypowiedziach butę i arogancję polityków lekceważących obywateli. Tym bardziej
że liczba lokalnych środowisk samorządowych, naukowych, kombatanckich,
związkowych, społecznych stowarzyszeń i organizacji apelujących do Krajowej Rady
o zmianę decyzji jest naprawdę niezwykła. W "ważnych" mediach nic się o tym nie
mówi. Pracownicy KRRiT nie liczą głosów protestujących. Ale w realnym świecie te
apele, marsze i listy istnieją. Zmiana decyzji Krajowej Rady Radiofonii i
Telewizji jest nieuchronna. To tylko kwestia czasu.

Moją największą nadzieję na zmianę mediów "nieważnych" w "ważne" budzi list
26 redaktorów naczelnych dzienników, tygodników, miesięczników i portali
internetowych do przewodniczącego Jana Dworaka zawierający prośbę o ponowne
rozpatrzenie sprawy Telewizji Trwam. Wśród zgodnie współpracujących ze sobą
redaktorów naczelnych są: ks. Marek Gancarczyk, ks. infułat Ireneusz Skubiś, ks.
Henryk Zieliński, red. Ewa Nowina Konopka, red. Grzegorz Górny, oraz redaktorzy:
Krzysztof Skowroński, Tomasz Sakiewicz, Paweł Lisicki, Igor Janke, Jerzy
Kłosiński, Jacek Karnowski, Marcin Dominik Zdort i Maciej Goniszewski.
Przepraszam pozostałych sygnatariuszy listu, że nie zamieszczam wszystkich
nazwisk, ale chcę zwrócić uwagę, że w tej sprawie udało się stworzyć wspólnotę
redaktorów naczelnych pism i portali, którzy na co dzień nie zawsze są wobec
siebie równie życzliwi.

Często zastanawiam się, dlaczego nie dostrzegają wagi takiej współpracy.
Czytelnicy "Gazety Wyborczej" bez większych problemów odnajdują się we
wspólnocie czytelników wielu pism: "Tygodnika Powszechnego", "Newsweeka",
"Wprost", "Polityki" itp. To daje im poczucie pewności siebie – tyle pism,
portali, mediów i dziennikarzy potwierdza słuszność ich poglądów. Czują, że mają
rację!

Czy środowiska tworzące tzw. drugi obieg, który powstał jako wynik celowego
unieważniania w debacie publicznej poglądów i wartości katolickich,
konserwatywnych oraz prawicowych, nie zdają sobie sprawy z tego, że podobne
poczucie wspólnoty poglądów – przy wszystkich naturalnych różnicach – jest ich
czytelnikom nie tylko bardzo potrzebne, lecz dla osiągnięcia wspólnych celów po
prostu konieczne?

To ich czytelnicy zebrali z inicjatywy NSZZ "Solidarność" ponad 1,4 mln
podpisów pod wnioskiem o przeprowadzenie referendum w sprawie podniesienia wieku
emerytalnego oraz ok. 350 tysięcy podpisów pod obywatelskim projektem ustawy o
podniesieniu najniższego wynagrodzenia do poziomu 50 proc. średniej płacy.
Kolejne 350 tysięcy podpisów zebrało pod obywatelskim projektem ustawy
likwidującej obowiązek szkolny dla sześciolatków Stowarzyszenie Rzecznik Praw
Rodziców oraz ruch "Ratuj Maluchy" Karoliny i Tomasza Elbanowskich.

Setki tysięcy obywateli III RP przestają milcząco przyglądać się projektom
reform, które uważają za szkodliwe i błędne. Przestali milczeć lekarze i
aptekarze, demaskując wady ustawy refundacyjnej. Polscy młodzi przeciwnicy
międzynarodowego projektu ACTA zdobyli sojuszników i odnieśli sukces, zmuszając
premiera do zmiany decyzji i przyznania się do błędu.

Batalia o emerytury będzie bardzo trudna, bo "ważne" media manipulują obrazem
europejskich regulacji emerytalnych. Dowodem ich stronniczości jest zamieszczona
w "Rzeczpospolitej" (22 II) rozmowa ze szwedzkim ministrem ds. rynków
finansowych Peterem Normanem. Tytuł artykułu wzywa: "Musimy pracować dłużej".
Ale minister Szwecji mówi: "U nas nie ma sztywnego przechodzenia na emeryturę.
Można zabrać swoje oszczędności w wieku 61 lat. Istniała możliwość (a nie
obowiązek!) pracy do 65. roku życia. Teraz podnieśliśmy ten limit (!) do 67
lat".

W każdej z tych trudnych spraw mamy prawo do rzetelnej informacji, debaty
oraz wpływu na podejmowane przez rząd decyzje. W każdej mamy prawo poznać opinie
liderów opozycji parlamentarnej, także tej największej, najważniejszej i
najbardziej tendencyjnie prezentowanej w "ważnych" mediach partii, jaką jest PiS.

Żadnej z tych spraw nie możemy pozostawić władzy, bo z dotychczasowych
doświadczeń wynika, że niekontrolowany i lekceważący opinię publiczną rząd
Donalda Tuska produkuje buble prawne, jak nowelizacja ustawy o IPN, ustawa
refundacyjna, ustawa o lecznictwie zagrażająca hospicjom i placówkom Caritas,
reforma programów nauczania i inne. Demokracja nie oznacza bierności obywateli i
przyzwalania wybranemu rządowi "na wszystko". Po wyborach opozycja, media i
opinia publiczna mają obowiązek kontrolowania władzy. Tak jak dzieje się to w
Niemczech i we wszystkich dobrze funkcjonujących demokracjach.

Prof. Barbara Fedyszak-Radziejowska socjolog, Polska
Akademia Nauk

drukuj