Apeluję do dziennikarzy o umiar
Z insp. dr. Mariuszem Sokołowskim, rzecznikiem prasowym Komendy
Głównej Policji, rozmawiają Adam Białous i Mariusz Kamieniecki
Poszukiwanie ciała dziecka relacjonowane na żywo, przeplatane
reklamami ryżu, nagrania z ukrytej kamery z domu. Jak Pan ocenia taką pracę
mediów?
– Rozumiem, że ta sprawa rodzi duże emocje i jest dla mediów atrakcyjnym
tematem. Jednak cały czas apelujemy o umiar i wyważenie w relacjonowaniu i
komentowaniu tej tragedii. Szczególnie ze względu na rodzinę, w której ona się
wydarzyła i której bezpośrednio dotyka. Również dlatego, że jeszcze dokładnie
nie wiemy, jak doszło do tego nieszczęścia, jaki udział mają w nim poszczególne
osoby. Zwróćmy uwagę, że matka Magdy jest postrzegana na trzy róże sposoby.
Jedni widzą w niej zabójczynię, inni jedną z ofiar nieszczęśliwego wypadku,
jeszcze inni osobę, która mówi nieprawdę. A to, jaką rolę w sprawie odegrała,
jest dopiero ustalane. Dlatego uważam, że ta cała otoczka sensacyjna budowana w
mediach, szopka medialna, nie jest nikomu potrzebna. A nawet jest szkodliwa.
Każde z mediów, relacjonując przebieg tej tragicznej sprawy, podejmuje
decyzję i bierze odpowiedzialność za to, co wyemituje, pokazując to milionom
ludzi. My apelujemy o rozwagę. Bo jest tu jeszcze jedno pytanie dotyczące osoby
pana Rutkowskiego – czy media nie są czasami wykorzystywane przez niego do jego
własnych celów? Zanim się będzie ferowało jakieś wyroki, trzeba pamiętać, że
poprzez nie w mediach możemy wyrządzić drugiemu człowiekowi krzywdę. Zanim coś
się pokaże, o czymś powie, trzeba wcześniej pomyśleć o rodzinie Magdy, która
będzie musiała po tej tragedii funkcjonować, żyć.
Detektyw Rutkowski pomagał czy przeszkadzał policji?
– Policja w tej sprawie zrobiła wszystko, co powinna. Działa w oparciu o
polskie prawo i nie może stosować metod, które byłby uznane za przekroczenie
uprawnień. A pan Rutkowski ma nam właśnie za złe, że nie użyliśmy tych
bezprawnych metod. My również, prowadząc sprawę, musimy dostarczyć dla sądu
materiały dowodowe pozyskane legalną drogą, ponieważ inne nie będą przez niego
uznane.
Policja przyjmowała jako jedną z hipotez, że sprawczynią śmierci
dziecka może być jego matka?
– Tak, taka hipoteza była przyjęta od początku śledztwa. Policja informowała
również mamę Magdy, że wersja przebiegu zdarzeń, którą pierwotnie podawała
(chodzi o historię z porwaniem), nie zgadza się z ustaleniami śledczych. Ona
miała świadomość, że ten krąg podejrzeń coraz mocniej się wokół niej zaciska. Do
tego jeszcze wyrzuty sumienia, cierpienie – to wszystko spowodowało, że
powiedziała w końcu prawdę. A to, komu ją przekazała, w tym kontekście nie ma
już znaczenia. Nie mamy żalu do pana Rutkowskiego, że on tę prawdę usłyszał
pierwszy, najważniejsze, że ona ujrzała światło dzienne. Do pana detektywa
możemy mieć tylko żal, że kiedy matka Magdy się mu zwierzyła, nie poinformował o
tym jako pierwszej policji, ale media, robiąc przy tym medialny show.
Jak to jest z Krzysztofem Rutkowskim, który bryluje w mediach,
podając się za detektywa, podczas gdy nie ma licencji?
– W 2006 r. została zawieszona licencja detektywistyczna Krzysztofowi
Rutkowskiemu, a w 2009 r. prawomocnym wyrokiem sądowym odebrana. W tej sytuacji
nie może on określać się mianem detektywa, nie posiada bowiem licencji na
wykonywanie usług detektywistycznych.
Osobną sprawą pozostaje rzetelność tego człowieka, chociażby przy
wskazaniu rzekomego miejsca ukrycia zwłok dziecka. Tu przytoczę cytat: "W tym
miejscu czuć zapach rozkładających się zwłok". Jak Pan to odebrał?
– Te wypowiedzi, które słyszałem z relacji dziennikarzy i mediów, były bardzo
mocne i świadczyły o tym, że Krzysztof Rutkowski widział zwłoki. Takie
twierdzenie uwiarygodniają słowa właśnie o zapachu zwłok, o tym że są tam kocyk
czy śpioszki dziecka. Niektórzy dziennikarze wręcz podają, że Rutkowski widział
ciało dziecka. W konsekwencji żadnych zwłok tam nie było, a znaleziona kurtka
nie była związana ze sprawą. To każe tu postawić bardzo duży znak zapytania.
Nie uważa Pan, że pomysł konfrontacji Pana z Krzysztofem Rutkowskim w
TVN24 był nietrafiony?
– Osobiście jestem przeciwny programom, które mają charakter tak daleko
idącej konfrontacji. Bardziej na miejscu byłaby forma programu, w którym każdy
uczestnik ma możliwość odpowiedzi na ewentualne zarzuty drugiej strony, żeby nie
pozostawały one bez odpowiedzi i nie tworzyły rzeczywistości, której nie ma.
Miał to być program o nieco innym charakterze, o czym wcześniej rozmawiałem z
producentami, miała to być spokojna, rzeczowa rozmowa, a co wyszło, każdy
widział. Kiedy zabrakło rzeczowych argumentów ze strony Krzysztofa Rutkowskiego,
pojawił się osobisty atak. Ten człowiek ma taki styl. Dodajmy, że wiele osób
wyrabia sobie opinię na podstawie materiału filmowego, który on udostępnił.
Każdy też widział, że to Krzysztof Rutkowski rozmawia z matką dziecka i o to mu
tak naprawdę chodziło. To dobrze, że kobieta to powiedziała, ale przecież nie
jest to klucz do całej sprawy. Tej rozmowy by nie było, gdyby nie wcześniejsza
olbrzymia praca policjantów.
"Policjanci poruszali się jak dzieci we mgle". Jak Pan skomentuje
słowa Rutkowskiego?
– To jest stwierdzenie niepoparte jakimikolwiek dowodami. To uderzenie w
policję, które nie ma żadnych podstaw. Wszystko, co robimy, jest poparte
materiałem dowodowym, który po zakończeniu każdej sprawy, podobnie jak
podejmowane czynności policyjne, jest do wglądu. Policja w tego typu sprawach
wchodzi bardzo głęboko w relacje osobiste, rodzinne, czasami wręcz intymne. Mamy
pewne spostrzeżenia, informacje, ale to nie oznacza, że z tymi, nazwijmy to
rewelacjami czy ustaleniami biegniemy do mediów. Na tym polega różnica między
działaniami policji a pana Rutkowskiego. Wywlekanie na zewnątrz pewnych spraw
jest nieetyczne i niemoralne. Pomijając, jakie będzie orzeczenie sądu, ciekawe,
jak dzisiaj czuje się rodzina półrocznej Magdy po zaprezentowaniu jej przez
Krzysztofa Rutkowskiego. Policja, podejmując jakiekolwiek działania, musi
działać zgodnie z prawem, musi myśleć o materiale dowodowym. Natomiast osoba
prywatna nie musi zwracać na to uwagi. W przypadku pana Rutkowskiego były
działania, które miały na celu reklamę jego osoby. Niestety, koncentrowanie się
na własnej osobie często wyklucza myślenie o materiale, czego skutki są złe.
Jeżeli weźmiemy pod uwagę wszystkie wpadki pana Rutkowskiego z przeszłości, to
zauważymy właśnie brak myślenia o następstwach, o skutkach, i brak myślenia o
procesowym charakterze danej sprawy.
W miejscu znalezienia zwłok dziewczynki gromadzili się ludzie.
Policja zabezpieczyła ślady?
– Ludzie zaczęli się gromadzić dopiero po zakończeniu czynności procesowych.
Trwały one całą noc z piątku na sobotę, ściągnęliśmy nawet specjalne
oświetlenie, żeby jak najszybciej zakończyć oględziny miejsca i zbieranie
śladów. Do czasu prowadzenia czynności operacyjnych i zbierania materiału
dowodowego miejsce to było zamknięte dla osób postronnych.
Dziękujemy za rozmowę.
***
Śmierć dziecka na żywo
Sąd Rejonowy Katowice-Wschód aresztował na dwa miesiące matkę
sześciomiesięcznej Magdy z Sosnowca, której ciało znaleziono w sobotę. Jednak
tym, co bulwersuje najbardziej, jest sposób relacjonowania tragedii przez
dziennikarzy.
O aresztowanie 22-letniej Katarzyny W., która została zatrzymana przez
policję 2 lutego, wnioskowała Prokuratura Okręgowa w Katowicach, która postawiła
matce zarzut nieumyślnego spowodowania śmierci dziecka. Kobieta w chwili
popełnienia zarzucanego jej czynu była poczytalna, a jej stan pozwala na udział
w czynnościach procesowych. Ciało półrocznej Magdy trafiło do Zakładu Medycyny
Sądowej. Dziś odbędzie się sekcja zwłok, która ma odpowiedzieć na pytanie o
przyczynę śmierci. Mariusz Łączny, rzecznik katowickiej prokuratury, powiedział,
że podczas przesłuchania kobieta przyznała się do zarzucanych jej czynów.
Powiedziała, że dziecko zmarło w wyniku nieszczęśliwego wypadku. Tłumaczyła, że
dziewczynka wypadła jej z kocyka i uderzyła główką o próg. Według prokuratury, z
zeznań matki wynika, że próbowała udzielić dziecku pierwszej pomocy. Jednak
wobec faktu, że nie dawało ono oznak życia, w panice postanowiła ukryć jego
ciało, wymyśliła też historię, jakoby została napadnięta, a dziecko uprowadzone.
W piątek, po tym jak Katarzyna W. przyznała, że dziecko wypadło jej z rąk i
nie dawało oznak życia, które następnie martwe miała porzucić w okolicy ul.
Ceglanej nad rzeką Przemszą w Sosnowcu, stacje telewizyjne, fotoreporterzy i
dziennikarze przyglądali się pracom policjantów z grupy dochodzeniowo-śledczej
przeczesujących teren. – Nic innego nie istniało, tylko to jedno wydarzenie, i
to jest już żenujące – ocenia Wojciech Reszczyński, medioznawca, były
wicedyrektor Informacyjnej Agencji Radiowej, który na sposobie przekazu
medialnego nie pozostawia suchej nitki. – Gdyby to ode mnie zależało, zakazałbym
mediom takiego sposobu relacjonowania. Takie spojrzenie jest zastrzeżone dla
reportaży, materiałów dziennikarstwa śledczego, słowem dla innych form.
Natomiast tu mieliśmy do czynienia z brutalną ingerencją w życie ludzi, a przy
tym z bardzo prymitywnym zachowaniem mediów – zauważa Reszczyński. – Media
często zapominają, mało tego, nie chcą się pogodzić z tym, że mają ogromny wpływ
na to, co się dzieje, a przedstawiając wydarzenia w taki czy inny sposób, też
biorą za to odpowiedzialność – dodaje.
Rozgłos jako kapitał
Na problem odpowiedzialności w relacjonowaniu wydarzeń, za słowa i obrazy
wskazuje Maciej Iłowiecki, medioznawca, były członek KRRiT. – Co się stało z
naszą kulturą, ze społeczeństwem? Brakuje mi przy tym rozważania nad tym, czym w
dzisiejszych czasach jest odpowiedzialność za swoje czyny i czyny innych, czy w
ogóle jest potrzebna – mówi Iłowiecki. W jego ocenie, w relacjonowaniu wydarzeń
coraz częściej mamy do czynienia z napastliwym udziałem dziennikarzy. –
Dziennikarz po pierwsze ma obowiązek informować, a po drugie zastanawiać się,
czy jego działania są społecznie pożyteczne. Trzeba sobie zdawać sprawę z tego,
że są różni dziennikarze, ale powinnością każdego jest zastanawianie się nad
tym, co w przekazie jest ważne. Wydaje mi się jednak, że coraz częściej mamy do
czynienia z tandetą, kiedy sensacja wypiera prawdę – ocenia. Za niegodziwą
uznaje postawę części mediów, które relacjonując wydarzenia z Sosnowca, sensację
postawiły nad prawdą. – Informacje są podstawą życia społecznego, ale nie mogą
tu dominować wyłącznie nieszczęścia, klęski żywiołowe, słowem to wszystko, co
oddziałuje na ludzkie emocje – zaznacza Iłowiecki.
Mariusz Kamieniecki
