Republika sokratejska

Można się założyć, że miłujący "wolność, równość i braterstwo" – zamiast
miłości człowieka – nawet nie mrugną okiem, a wręcz ucieszą się na wieść o
aktualnym ingerowaniu Komisji Europejskiej w konstytucję Węgier (o czym
poinformował parę dni temu jeden z amerykańskich portali) za pomocą finansowego
szantażu. Ingerencja ta dotyczy zapisu, iż małżeństwem jest związek tylko
pomiędzy kobietą i mężczyzną, co wyklucza jakąkolwiek legalizację związków
homoseksualnych jako z istoty różnych od małżeństwa. Jeśli konstytucja ta jest
wyrazem rozumu i woli węgierskiego narodu, to znaczy, że witający usłużnym
milczeniem zamach na tę konstytucję z pewnością miłują zniewalanie i
instrumentalne traktowanie innych. Zdają się jednak nie zauważać, że tym samym
traktują także siebie jako "mniej niż zero", jak to pokrzykuje pewien wokalista
w różnych radiowych stacjach. Aprobata dla przemocy wobec narodu węgierskiego w
ich obronie instytucji małżeństwa z konieczności wypływa z zadomowionego
przekonania, iż własne istnienie jest "mniej warte niż zero". Jakże bowiem
przejmować się nieludzkim traktowaniem innych, skoro się nie przejmuje
nieludzkim rozumieniem i traktowaniem samego siebie?

Akceptujący bowiem ordynarną przemoc wobec Węgrów jakby nie zauważają, iż
adresatem tej przemocy jest także – a nawet najpierw – rozumienie przez każdego
z nas naszego własnego bytowego początku! Skoro jednak w każdej sprawie początek
jest najważniejszy, to tym samym rozważana tu przemoc jest najważniejsza, bo
uderzająca w sam "początek" naszej bytowości. Ponieważ człowiek zaczyna istnieć
dzięki życiodajnemu związkowi mężczyzny i kobiety, to zawarty w konstytucji
Węgier zapis chroniący małżeństwo informuje, że ten związek ze swojej istoty
różni się – także pod względem wartości! – od wszystkich innych związków, w tym
także homoseksualnych. Tym samym jest to informacja o wartości każdego z nas.
Akceptacja zrównania małżeństwa z homoseksualnym wypaczeniem oznacza zatem
aprobatę przekonania, że własne istnienie jest warte "mniej niż zero".
W okresie renesansu Węgrzy planowali – wraz z florenckimi filozofami –
zorganizowanie u siebie "republiki sokratejskiej", co dopiero teraz, na naszych
oczach jest realizowane, między innymi mocą wspomnianego konstytucyjnego zapisu
o godności małżeństwa, z racji jego między innymi służenia życiu osoby ludzkiej.
Potraktowanie Sokratesa jako patrona tego przedsięwzięcia jest jak najbardziej
trafne, bo oczom bezpośrednich świadków jego życia jawił się on jako wielki
obrońca małżeństwa przeciwko homoseksualnej propagandzie, jak to wielokrotnie
podkreślałem w tych felietonach. Dzisiaj dodam do tego jeszcze jeden wzruszający
i pouczający obrazek. W uroczym dialogu Pseudo-Platona "Zimorodek" ojciec etyki
korzysta z okazji nastania chwili pięknej zimowej pogody, aby pokazać swojemu
rozmówcy godność małżeństwa, a zarazem wszechmoc Boga napełniającą otuchą w
każdym dobrym przedsięwzięciu. Przypomina mianowicie mit o córce Eola, która za
miłość do małżonka zamieniona została w ptaka – zimorodka, dla którego w środku
greckiej zimy, pełnej "pomruku piorunów" i "wściekłej potęgi wichury", miało się
pojawiać co roku przejrzyste niebo i "wygładzone i całe zasłuchane w ciszę
morze, podobne (…) do zwierciadła".
Ale to tylko wstęp do refleksji Sokratesa, iż zalęknione człowiecze sądy o tym,
co możliwe i niemożliwe, zniechęcające do dobrego działania, to sądy
krótkowidzów: "Uznajemy bowiem coś za niesłychane, nieprawdopodobne i
niemożliwe, mając na względzie siły ludzkie. Wiele przeto rzeczy zupełnie
łatwych uznajemy za niemożliwe, i osiągalnych – za nieosiągalne". Wśród
milczących w obliczu przemocy wobec węgierskiej konstytucji znajdujemy pewnie
także takich "krótkowidzów", którzy lękają się sięgnięcia i u nas po dobro, bo
pewnie się nie uda… Czyżbyśmy nie wierzyli, że także u nas można stworzyć
"republikę sokratejską", bez homoideologii podcinającej korzenie przekonania o
wartości samego siebie

Marek Czachorowski
 

drukuj