Stan nieuzasadniony
Dzisiaj zapadnie wyrok w trwającym od września 2008 roku procesie o
wprowadzenie stanu wojennego.
Były I sekretarz KC PZPR 84-letni Stanisław Kania wniósł podczas czwartkowej
rozprawy o uniewinnienie. Kania i były szef MSW, 86-letni Czesław Kiszczak,
odpowiadają za udział w "związku przestępczym o charakterze zbrojnym", który –
według IPN – na najwyższych szczeblach władzy PRL przygotowywał stan wojenny, za
co grozi do ośmiu lat więzienia. Kania, który szefem PZPR przestał być w
październiku 1981 roku, ma zarzut, że wiosną 1981 roku podpisał dokument pod
nazwą "Myśl przewodnia stanu wojennego". Kania powiedział jednak, że nie
przyznaje się do "hańbiącego i monstrualnego zarzutu" udziału w związku
zbrojnym.
W odczytanej 15-stronicowej mowie końcowej Kania podkreślał, że był przeciwny
stanowi wojennemu, na co naciskał ZSRS. – Mój stały sprzeciw wyrastał z mojego
przekonania i determinacji, że nie ma racjonalnych powodów do wprowadzenia stanu
wojennego – dodał. Według Kani, groźba interwencji Sowietów była realna pod
koniec 1980 roku, ale nie pod koniec 1981 roku. Były zaś naciski ZSRS, by sprawę
rozwiązać polskimi rękami, a Rosjanie posługiwali się m.in. szantażem
gospodarczym. Kania stwierdził, że przestał pełnić funkcję I sekretarza na dwa
miesiące przed stanem wojennym, a zarzuca mu się udział w jego przygotowywaniu.
– Nie wyznaczałem takiego celu jak stan wojenny – oświadczył. Mówił, że stan
wojenny przygotowywano "nie po to, aby tę operację przeprowadzić, ale by uzyskać
zdolność wykonania takiego przedsięwzięcia". Jego zdaniem, stan wojenny był
możliwy tylko wtedy, "gdy uzasadni to państwowa konieczność". – Decyzję w tych
sprawach musiałyby podjąć najwyższe władze państwa, a nie żadni spiskowcy –
dodał.
Zarzut przekroczenia uprawnień przez głosowanie za dekretami o stanie wojennym –
wbrew konstytucji PRL – ma również była członek Rady Państwa PRL 82-letnia
Eugenia Kempara. Grozi za to kara do trzech lat więzienia. Od sierpnia 2011 roku
proces toczył się już bez udziału głównego oskarżonego – byłego szefa PZPR, b.
premiera i b. szefa MON 88-letniego Wojciecha Jaruzelskiego, którego sprawę z
powodu złego zdrowia sąd wyłączył z tego postępowania i zawiesił. Jest on
oskarżony o kierowanie "związkiem przestępczym" (kara do 10 lat).
PCz, PAP
***
Co siedzi w Jaruzelskim?
Wkrótce zapadnie wyrok w procesie "twórców stanu wojennego" – to
jedna z najbardziej zużytych fraz ostatniej dekady. Nawet jeśli w pierwszej
połowie roku 2012 zapadną wyroki skazujące Czesława Kiszczaka, Stanisława Kanię
i Eugenię Kemparę – proces Wojciecha Jaruzelskiego został zawieszony w sierpniu
2011 r., to nie od razu przywrócą one społeczne poczucie sprawiedliwości, mocy
prawa oraz wspólnej, narodowej historii.
Zachowa się jednak symbol, który przetrwa w biografiach wymienionych przywódców
komunistycznych. Problem w tym, że biografie Kani, I sekretarza KC PZPR między
wrześniem 1980 r. a październikiem 1981 r., jego następcy Jaruzelskiego oraz
byłego szefa MSW Kiszczaka jeszcze nie zostały napisane. Opracowania stanu
wojennego sprowadzają się zatem do statystyki i chronologii. Przyszedł, poszedł,
wprowadził stan wojenny…
Czy udział Jaruzelskiego w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego, którą zwołał w 2010
roku prezydent RP, jest elementem jego biografii? Czy wypowiedź Kiszczaka z 2009
r. o "porządnych ludziach", na których życzenie "na zapleczu gabinetu wrzucał
dokumenty do niszczarki", zalicza się do biografii owych "porządnych ludzi"?
Obie te kwestie wynikają z długofalowych konsekwencji stanu wojennego. Aby
zrozumieć, czym on był, nie wystarczy sama analiza dziejów opozycji
przedsierpniowej, do czego również potrzebna jest znajomość życiorysów jej
liderów. Winniśmy solidnie przemyśleć katastrofę ekonomiczną, moralną i
polityczną, którą spowodowało złamanie ruchu solidarnościowego.
Warianty alternatywne
Część przywódców dawnego obozu komunistycznego oraz część byłych liderów
"Solidarności" twierdzi, że stan wojenny był nieunikniony. Nie brakuje też
takich, w tym ludzi ze świata nauki, którzy zadowalają się spychaniem pełnej
odpowiedzialności za katastrofę stanu wojennego na "szajkę" przywódców PZPR.
Zgłębianie, kto w tej "szajce" był, jaki miał pogląd na stan wojenny oraz na
"Solidarność", mogłoby rozmnożyć alternatywne dla "wojennego" scenariusze.
Alternatywne także dla losów "Solidarności", a w następstwie, dla realizowanej
przez jej kierownictwo polityki.
To być może jeden z ważniejszych powodów, dla których w procesie o udział
sekretarzy i generałów w "związku przestępczym o charakterze zbrojnym", kolejne
składy orzekające nie przejawiały nadmiernej woli przepytania przedstawicieli
obozu "Solidarności" o kulisy dramatu, w tym grona "porządnych ludzi".
Informacje o zagrożeniu sowieckim, których źródłem mogły być np. ambasady i
służby wywiadowcze państw Zachodu, powinny były docierać do ich uszu.
Chronologia uczy nas, że gdy jesienią 1981 r. Jaruzelski zastępował Kanię, ruch
wolnościowy borykał się z wewnętrznymi konfliktami i izolującym się
kierownictwem. Wtedy, jak przyznaje Jaruzelski, sondaże wskazujące na brak oporu
związkowców wobec potencjalnego agresora przekonały go, że najwyższa pora na
stan wojenny. Pytanie brzmi: co takiego legalna wówczas opozycja uczyniła, aby
go nie wprowadzono?
Zbrodnia a kara
Jak sądzi się rzezimieszków i kolaborantów? "Surowo i przykładnie" – powinno
było pokazać państwo polskie swemu obywatelowi tuż po 1989 roku. Dopiero wówczas
mogłaby się rozpocząć dyskusja publicystyczno-naukowa o tym, czy Kania powinien
siedzieć na sali sądowej w tym samym rzędzie co Jaruzelski i Kiszczak.
Szansa łaski otwiera nie tylko kraty, ale i usta. Sytuacja, w której się obecnie
znajdujemy, sprawia, że to oskarżony, Stanisław Kania, podpiera się w swej
obronie ustaleniami historyków, a nie odwrotnie. Utrzymuje on, że "z grupą
przestępczą" Jaruzelskiego miał niewiele wspólnego – albo i nic – i gdyby ostał
się na fotelu I sekretarza, stanu wojennego by nie było. Z drugiej strony tandem
Jaruzelski-Kiszczak pyszni się 13 grudnia 1981 r., podpierając się wynikami
sondaży, z których wynika, że "ponad 50 proc. Polaków uważa wprowadzenie stanu
wojennego za zasadne".
Różnicując komunistów, trudno posługiwać się pojęciem sprawiedliwości. Nasze
umysły kształtowały: rodzina, tradycja, często wiara. W świecie Kani i
Jaruzelskiego o sprawiedliwości decydowała partia, a partii już nie ma. Należy
jednak zauważyć, że poza długowiecznością i majątkiem, dzieje Stanisława Kani w
III Rzeczypospolitej nie są godne pozazdroszczenia. "Człowiekiem honoru" oraz
doradcą Prezydenta RP zostali akurat ci aktorzy sceny politycznej, którzy z
poruczenia Sowietów w PRL wprowadzili stan wojenny, nie zaś on, który zręcznie,
pokrzykując podobno nawet na marszałka ZSRS Wiktora Kulikowa, opierał się
naciskom.
Czynił to Kania najpewniej z pobudek mniej szlachetnych niż dobro Narodu czy
niepodległość Ojczyzny. Ratując swą pozycję w PZPR, 4 września 1981 r., a więc
przed otwarciem zjazdu "Solidarności", zaostrzył pod jej adresem język, prawiąc
o gotowości władz do wprowadzenia "stanu wyjątkowego (…) by bronić systemu
socjalistycznego w Polsce".
Sklejana od dwóch dekad historia, rozczłonkowana przez decyzję Jaruzelskiego o
zniszczeniu stenogramów z posiedzeń Biura Politycznego KC PZPR, przyznaje Kani
trafniejszą ocenę sowieckich możliwości w 1980 i 1981 r., a także mniejszą wobec
nich uległość. Choć może bardziej to drugie, ponieważ sowiecki blef musiał być
dla otoczenia Jaruzelskiego aż nazbyt czytelny.
Nawet amerykańskie archiwa, pełne błędnych prognoz Departamentu Stanu, pokazują,
że nie tylko manewry "Sojuz 81" z marca 1981 r. oraz manewry "Zapad 81" z
września tego roku były elementami nacisku, ale były nim nawet ruchy wojsk
sowieckich przy granicy z PRL na przełomie listopada i grudnia 1980 roku.
Homo sovieticus perfectum
Aby lepiej zrozumieć, dlaczego Jaruzelski wprowadził stan wojenny, nie wystarczy
znać historii jego powiązań z pajęczyną wojskowych służb wywiadowczych, takich
jak GRU, Smiersz czy Informacja Wojskowa.
Trzeba choć trochę przyjrzeć się jego osobowości, a ta jest raczej
nieskomplikowana. Mówimy o homo sovieticus militarus, a więc personie
produkowanej i klonowanej przez kolonializm sowiecki na masową skalę. Że
zacytujemy Aleksandra Kwaśniewskiego: "Był mistrzem działań pozornych. Zwykle
tak się ustawiał, by unikać podejmowania decyzji. Zawsze był tam, gdzie
najspokojniej. Chyba to głównie wyniosło go na szczyty władzy. Był "bezpiecznie"
nijaki. A przy tym był kunktatorem".
Jest to więc schemat człowieka, jakich wiele wokół nas, człowieka, który
doczołga się do władzy za pomocą węchu, znajdując na danym etapie kariery
odpowiedniego "pana". Był więc Jaruzelski we wczesnej fazie podpięty pod
generała sowieckiego Stanisława Popławskiego vel Siergieja Gorochowa, potem –
pod Mieczysława Moczara vel Mykołę Demko i Andrieja Grieczko z sowieckiego MON,
do 1967 r. dowódcę wojsk Układu Warszawskiego, następnie, za "wczesnego Gierka"
– pod Franciszka Szlachcica, za "późnego Gierka" – pod Stanisława Kanię, z
którym wspólnie przejęli stery rządów partii.
W końcu, w październiku 1981 r., z pomocą Sowietów wykolegował Kanię,
wymieniając go na Czesława Kiszczaka, z którym "współpracował" jeszcze w czasach
stalinowskich. Od drugiej połowy lat 60. Jaruzelski nawet przez "swoich" był
uważany za "człowieka Moskwy".
Jaruzelski na poszczególnych szczeblach kariery potrzebował specjalnego rodzaju
współpracownika, inspirowanego przez siebie advocatus diaboli, który był dlań
wentylem agresji, prymitywizmu, a zarazem ekspertem od spraw mrocznych.
Chronologicznie byli to: Henryk Koczora, Włodzimierz Sawczuk, Józef Baryła, a w
końcu tandem: Czesław Kiszczak i Jerzy Urban.
Mówimy zatem o polityku, który tylko jeden raz – wprowadzając stan wojenny –
stał się wyrazisty, biorąc na siebie pełną odpowiedzialność. Jak powiedział
skłócony z nim Kazimierz Barcikowski: "(…) Był taki jeden moment, kiedy
zaimponował, zrobił wrażenie na aparacie, kiedy wprowadził "stan wojenny". Po
raz pierwszy i jedyny miał uznanie we własnym obozie". Wcześniej, 3 kwietnia
1981 r., przed wyjazdem do Brześcia nad Bugiem na tajne rozmowy z delegacją
sowiecką Jaruzelski zwrócił się do swych współpracowników: "Zaopiekujcie się
żoną i córką, jakby coś się stało", najpewniej pomny losów węgierskich
przywódców z 1956 roku.
Mówimy tu o osobie przywiązującej ogromną wagę do sondaży opinii publicznej,
polegającej jak żaden jej poprzednik na subtelnej manipulacji komunikatem oraz
świadomej znaczenia radia i telewizji, która w kreacji własnego wizerunku
"żołnierza-patrioty" nokautowała eleganckiego i swojskiego zarazem Edwarda
Gierka. Tylko z pozoru zdystansowanej, w rzeczywistości bardzo nerwowej i
lękliwej. O człowieku, którego partyjni koledzy podejrzewali o to, że nie
pominął nawet jednego odcinka Dziennika Telewizyjnego. Osobie, która własną
świadomość o stanie wojennym leczy pochlebstwami byłej agentury oraz
porównywaniem siebie do de Gaulle´a.
Puenta
Z kolei świadomość większości Polaków, wyprana z wiedzy o kulisach stanu
wojennego, na pewno nie spowoduje, że wyjdą oni na ulicę świętować skazanie
trzech byłych sowieckich namiestników. Nie wyjdą nawet ci, którzy przeżyli ten
koszmar, by potępić swych oprawców.
Polaków świadomych nie powinno to ani zniechęcać, ani specjalnie zachęcać.
Doping nie jest niezbędny w dążeniu do poznania prawdy. Dążenie to powinno
współwystępować z innymi dążeniami, np. z dążeniem do obrony prawdy i z dążeniem
do eliminacji kłamstwa. Znajomość faktów o stanie wojennym, "prawdy" o nim,
zachowuje wymiar ponadczasowy, czyli czas nominalnie dłuższy niż życie generała.
Celem współczesnych historyków, publicystów i polityków nie jest pokonanie
jednego człowieka, ale zmierzenie się ze skutkami stanu wojennego i rozprawienie
się z ponad 20 latami dezinformacji, które miały je przykryć. Nawet zakładając,
że Jaruzelski ma 50 procent szans na to, że nie trafi po śmierci tam, gdzie jego
matka najpewniej modliła się, żeby nie trafił, są małe szanse na to, że
dzisiejsi piewcy jego "dzieła" będą bronić go z równą zawziętością jak
dotychczas. Więcej zawsze będzie takich, którzy kłamstwo, które budował, będą
chcieli zburzyć.
Nie będzie łatwo i będzie to proces żmudny. Na drodze staną media,
najdzielniejsi opozycjoniści, sądy i przyjaciele ze Wschodu. Ludzie o
mentalności Jaruzelskiego dążyli i dążą przezornie do sytuacji "zmowy", w której
szczodrze dzielą się odpowiedzialnością. Okrągły Stół nie przyniósł
dekomunizacji elit moralnych i elit władzy, a wręcz uchronił komunistów i
umożliwił im awans polityczny, dlatego uchodzi za ilustrację takiej zmowy.
Sytuacja Bronisława Geremka, który tuż przed upadkiem "Solidarności", jesienią
1981 r., paktował na jej szkodę z komunistami, jest przykładem kolejnej zmowy,
nie wiemy, jak szerokie zataczającej kręgi.
Paweł Zyzak, historyk, publicysta
