Co wynegocjował Arłukowicz?
Zmianami na liście leków refundowanych w trybie pilnym zajmie się
dziś sejmowa Komisja Zdrowia. Minister zdrowia Bartosz Arłukowicz starał się
wczoraj uspokoić przerażonych pacjentów. Trzy dni przed wejściem w życie nowej
listy szef resortu zdrowia poinformował o jej uzupełnieniu. Na liście mają
pozostać leki stosowane po przeszczepach, w leczeniu astmy oskrzelowej dzieci, w
łagodzeniu bólu towarzyszącego chorobom nowotworowym oraz paski do glukometrów
dla chorych na cukrzycę. Minister mało kogo jednak przekonał.
Recepty z pieczątką "Refundacja do decyzji NFZ" będą realizowane w aptekach –
zapewnia Ministerstwo Zdrowia. Tego typu deklaracje, wygłoszone przez szefa
resortu Bartosza Arłukowicza na wczorajszej konferencji prasowej, mają uspokoić
aptekarzy, którzy obawiają się, że przyjmując takie dokumenty od pacjentów, nie
uzyskają zwrotu kosztów za wydawane leki.
Podczas spotkania z dziennikarzami Arłukowicz starał się przekonać, że za
zamieszanie z wprowadzeniem w życie ustawy refundacyjnej oraz nowej listy leków
refundowanych w dużym stopniu odpowiedzialne są koncerny farmaceutyczne, których
interesy zostały naruszone. – Kiedy próbuje się zmienić skostniały system, ci,
którzy czerpią z niego profity, będą się bronić – oznajmił minister.
Zapewnił jednocześnie, że recepty z pieczątką "Refundacja do decyzji NFZ" będą
realizowane w aptekach. Tego typu dokumenty zamierza wystawiać w ramach protestu
środowisko lekarskie zrzeszone w Federacji Porozumienie Zielonogórskie. Ich
niezadowolenie wywołały przepisy ustawy refundacyjnej, zgodnie z którymi lekarz
musiałby sam zweryfikować uprawnienia pacjenta do refundacji i jej stopień.
Pociągnęło to za sobą z kolei obawę środowisk aptekarskich, m.in. Okręgowej Izby
Aptekarskiej w Warszawie, że w takiej sytuacji poniosą straty finansowe.
Istniało bowiem zagrożenie, że przy realizacji takich recept aptekarze nie
otrzymają zwrotu kosztów refundacji.
Ich obawy starał się przeciąć Arłukowicz, który poinformował, że Jacek
Paszkiewicz, prezes NFZ, wydał dyrektorom oddziałów wojewódzkich Funduszu
polecenie, by takie recepty były także finansowane. Minister zdrowia dodał, iż
"wierzy w odpowiedzialność lekarzy" i ma nadzieję, że nie będą oni sprawiać
pacjentom problemów z dostępem do leków refundowanych.
W związku z tym, że z nowej listy refundacyjnej opublikowanej przez resort w
miniony piątek zniknęło 847 leków do tej pory finansowanych przez Narodowy
Fundusz Zdrowia, Arłukowicz zdecydował się uspokoić przerażonych pacjentów.
Poinformował o jej uzupełnieniu o kolejne medykamenty. Oświadczył, że leki
stosowane przez osoby po przeszczepach, w leczeniu astmy oskrzelowej dzieci, w
łagodzeniu bólu towarzyszącego chorobom nowotworowym oraz paski do glukometrów
znalazły się na nowej liście refundacyjnej.
Niektóre z organizacji lekarskich, m.in. Federacja Porozumienie Zielonogórskie,
Wielkopolska Izba Lekarska, Dolnośląska Izba Lekarska, Wielkopolski Związek
Pracodawców Ochrony Zdrowia i Polska Federacja Pracodawców Ochrony Zdrowia,
zaapelowały jednak wczoraj o rozszerzenie protestu w formie stawiania pieczątek
"Refundacja do decyzji NFZ". "Jego celem jest doprowadzenie do zmiany ustawy z
dnia 12 maja 2011 r. o refundacji leków. Nasz protest zmierza do zmiany tych
regulacji. Lekarz ma leczyć, a nie być urzędnikiem zarzuconym administracyjnymi
obowiązkami" – napisano w apelu.
Stanowisko Arłukowicza ostro skrytykował poseł Bolesław Piecha (PiS), szef
sejmowej Komisji Zdrowia, podczas krótkiego briefingu w Sejmie. Podtrzymał swoją
wolę wezwania w trybie pilnym sejmowej Komisji Zdrowia jako jej przewodniczący.
– Po prostu odpowiedź pana ministra zrodziła kolosalną listę pytań dodatkowych –
zauważył z przekąsem Piecha. Odniósł się do słów Arłukowicza, który mówił, że
"do końca negocjował refundację leków" m.in. dla chorych na nowotwory i
cukrzyków. – Chciałbym się zapytać, co pan wynegocjował? Czy wynegocjował pan
obniżkę cen od tych magicznych słynnych brzydkich koncernów farmaceutycznych,
czy też uległ pan po prostu presji polityków, prasy, zwykłych pacjentów i po
prostu zaproponował im inną odpłatność? W związku z tym rodzi się już pytanie,
czy ten mityczny miliard oszczędności przypadkiem nie stopniał. Obawiamy się, że
tak się stało. A z drugiej strony, czy to, co jest skrzętnie ukrywane przed
szeroką opinią publiczną, że pacjenci zapłacą za leki o około pół miliarda
więcej w aptekach, również nie drgnęło? Jeżeli tak, to w którą stronę? – pytał
retorycznie poseł Piecha.
W rozmowie z "Naszym Dziennikiem" Maria Ochman, przewodnicząca Krajowego
Sekretariatu Ochrony Zdrowia NSZZ "Solidarność", stwierdziła, że czas
wprowadzenia ustawy refundacyjnej można było wydłużyć. I należało tak zrobić. –
Gdy te projekty powstawały, nie było do nich aktów wykonawczych. A w związku z
tym, że rozporządzenia ukazywały się dość późno, nie były w sposób właściwy
konsultowane. Zabrakło też czasu na ich korektę. Budziły one szereg zastrzeżeń
środowisk lekarskich i aptekarskich, ponieważ powinny podlegać szczegółowemu
rozpatrzeniu – podkreśla. – Przypomnę, że w przypadku ustawy o dopalaczach,
kiedy rząd chciał się pochwalić sprawnym działaniem, można było to zrobić w
ciągu kilku dni. Natomiast ten niewypał legislacyjny może okazać się bombą z
opóźnionym zapłonem – dodaje Ochman.
Co jest źródłem tych problemów? – Myślę, że przede wszystkim chodzi o kwestie
ambicjonalne byłej pani minister, obecnie bezpiecznie ulokowanej w fotelu
marszałka Sejmu – przypuszcza Maria Ochman. – Nie znam powodów, dla których w
Polsce od czterech lat wprowadza się źle uchwalone, a później wadliwie
działające prawo. Ustawa refundacyjna nie jest pierwszym takim przypadkiem, ale
tym razem skala rażenia może być bardzo duża. Byłam wczoraj świadkiem
dramatycznej sceny w aptece: w długiej kolejce tłoczyli się starsi ludzie, by
wykupić paski insulinowe i insulinę. Niektórzy płakali. Był to widok rozrywający
serce. Za taką sytuację, upokorzenie i niepokój tych schorowanych ludzi ktoś
powinien ponieść odpowiedzialność – podkreśla Ochman.
Jacek Dytkowski
