Kredyt umarł, kryzys żyje

Z każdego słowa premiera Donalda Tuska podczas piątkowego exposé
przezierało to samo, co rzuciło na kolana i zmusiło do zaciskania pasa Greków
czy Włochów, a dawno obecne jest w Polsce, choćby w postaci niemal dobrowolnej
wyprzedaży dóbr narodowych w strategicznych sektorach.

Donald Tusk skierował swoje exposé nie do posłów na Sejm RP, przedsiębiorców
czy polskich obywateli, lecz do analityków Międzynarodowego Funduszu Walutowego
i banków inwestycyjnych. Postawił sobie za cel, by pokazać, że oto premier RP
wraz z rządem poddaje się pokornie naciskowi lobby bankowego. Zażenowanie budzi
fakt, że Tusk, przestraszony losem premierów Włoch i Grecji, pod naciskiem swych
doradców zdecydował się zademonstrować wszem i wobec, iż gotowy jest w sposób
uległy, bez względu na cenę, przerzucić koszty kryzysu na społeczeństwo. Co
więcej, zapowiedziana, a zaskakująca podwyżka dla służb mundurowych, przede
wszystkim policji, stanowi prostą przestrogę dla potencjalnych oponentów
politycznych i obywateli, jeśli chcieliby zademonstrować swe niezadowolenie. Pod
ochroną pozostają dziennikarze i twórcy. Dziennikarskiej rodziny w najmniejszy
sposób nie dotknie odebranie możliwości odliczenia od podatku kosztów uzyskania
przychodów, nawet jeśli małżonkowie wspólnie zarobią 170 tys. złotych rocznie.

Co zdumiewa, treści exposé nie znał przed jego wygłoszeniem wicepremier Waldemar
Pawlak, o czym świadczą zarówno siermiężne notatki w trakcie przemowy, jak i
nerwowa reakcja po jej zakończeniu. Doprawdy posłowie PSL bezpośrednio po
wystąpieniu Tuska nie wiedzieli, jak mają reagować i odpowiadać na pytania
dziennikarzy, a z ich twarzy przezierał zwykły strach.

Pilnie strzeżona tajemnica
Przyjrzyjmy się uważnie, jakie pole działania zakreślili Tuskowi jego doradcy, a
o czym na pewno nie wspomną dziennikarze "Gazety Wyborczej". Rząd może
praktycznie dowolnie obniżyć realną wartość rent i emerytur. Inflacja sięga
obecnie 4,3 proc. i żwawo rośnie. W związku z kłopotami strefy euro i kryzysem w
USA należy spodziewać się potężnej fali dodruku pustych pieniędzy na przełomie
roku, co najprawdopodobniej skutkować będzie nawet podwojeniem stopy inflacji w
Polsce (poprzez wzrost cen nośników energii i żywności – będzie on tym większy,
im większa liczba dodrukowanych dolarów i euro pojawi się w obiegu). Należy
również pamiętać, że rząd może w dowolnym momencie, w zależności od potrzeb
budżetu, wygenerować dodatkowy impuls inflacyjny poprzez podwyżki VAT i akcyzy.
Tak oto realna wartość rent i emerytur przy minimalnych kwotowych podwyżkach
może spaść nawet o 10 proc. w ciągu 2012 roku. Przy wysokiej stopie inflacji
nominalny wzrost PKB z łatwością przekroczy 2,5 proc., wzrosną też przychody
podatkowe (zwłaszcza VAT i akcyza), przy niemal stałych wartościowo wydatkach na
renty i emerytury, a budżet domknie się zgodnie z obietnicą Jana
Vincenta-Rostowskiego (3 proc. deficytu finansów publicznych liczonego według
reguł Unii Europejskiej). Kosztem emerytów i rencistów. Ot, cała pilnie
strzeżona tajemnica. Przy tym co za "urokliwe" uzasadnienie. Tusk chce
spłaszczyć rozziew między najniższymi a najwyższymi emeryturami! Faktycznie,
emerytowana nauczycielka i była dyrektorka szkoły po 44 latach pracy dostaje ze
starego rozdania na rękę 1700 złotych miesięcznie, podczas gdy 40-letni, w pełni
sił prokurator w stanie spoczynku, 15 tys. złotych. Czy Tusk to zmieni, śmiem
wątpić, bo te dysproporcje to wynik 30 lat rządów kolejnych udzielnych władców
Polski – od Jaruzelskiego po dzisiejsze czasy. Przeciwnie, dysproporcje w
poziomie życia i zamożności obywateli jeszcze bardziej wzrosną w najbliższych
latach.
Cała reszta wystąpienia premiera to swoista gra na odwrócenie uwagi. Bowiem
podwyżka stawki rentowej po stronie pracodawcy od lipca 2012 r. przyniesie
budżetowi jedynie 3 do 4 mld zł, wyeliminowanie ulg podatkowych może ze względów
konstytucyjnych nastąpić dopiero z początkiem 2013 r., zaś podwyższenie i
wyrównanie wieku przechodzenia na emerytury ma na razie charakter oszczędności
prognozowanych statystycznie.

Kpiny z rodziny
Premier Tusk kpił w sposób wręcz arogancki z polskiego społeczeństwa, kiedy
poruszył kwestię ulg rodzinnych. Wobec zapaści demograficznej niewiele ponad 1
tys. zł rocznie – nawet podwyższone za trzecie dziecko i kolejne o 50 proc. – to
zwykła kpina. Polki dalej będą wyjeżdżać do Niemiec czy Wielkiej Brytanii i tam
rodzić dzieci. By temu zapobiec, należałoby natychmiast wprowadzić nie tylko
ulgi podatkowe na jedno dziecko rzędu co najmniej 4 tys. złotych rocznie, ale
również w podobnej skali wspomagać gotówką najuboższe, dzietne rodziny. Inaczej
bezwolnie godzimy się na drenaż i emigrację najcenniejszego narodowego kapitału
– naszych obywateli. Trzy godziny po exposé Jan Vincent-Rostowski tłumaczył, że
z odebraniem ulg rodzinnych dla najbogatszych także będzie inaczej, niż
należałoby wnioskować z przemówienia premiera. Tak naprawdę poza zarysowaną
intencją ograbiania tych, którzy nie będą się bronić – rencistów i emerytów –
cała reszta exposé była pisana na kolanie, nieprofesjonalnie, na odczepnego.

Przemilczenia
Czego zabrakło w exposé premiera? Otóż od lat polski budżet i system podatkowy
pozostaje dziurawy jak durszlak. Kosztami podatków niepłaconych przez
zagraniczne instytucje finansowe – sklepy wielkopowierzchniowe, telekomy czy
spółki energetyczne, obciążani są polscy przedsiębiorcy i zwykli obywatele. Oto
kilka pytań, na które wiem, że nie otrzymam odpowiedzi. Panie premierze, czy
żaden z pana doradców nie powiedział panu, że na świecie trwa bezpardonowa walka
o zyski i przychody podatkowe? Czy naprawdę sądzi pan, że w Polsce, która
procentowo ma już teraz największy spośród krajów Unii Europejskiej (!) udział
sprzedaży sieci marketów wielkopowierzchniowych w sprzedaży detalicznej,
powstają one ciągle jak grzyby po deszczu ze względów altruistycznych? Bo zysków
w Polsce nie wykazują, a podatki płacą doprawdy minimalne. Czy przyszło panu do
głowy, że koncerny produkujące w Polsce stosują transfer cenowy, który pozbawia
nas dziesiątek miliardów złotych rocznie w przychodach podatkowych? Warto
sprawdzić choćby zawartość środków aktywnych w proszku do prania sprzedawanym
pod tą samą nazwą i w tym samym opakowaniu w Niemczech i Polsce. Czy wie pan, że
koncerny międzynarodowe po skorzystaniu z ulg podatkowych uciekają z Polski,
pozostawiając za sobą łańcuszek doprowadzonych na skraj bankructwa polskich
dostawców? Czy jest pan świadomy, że banki zagraniczne promują swoich rodzimych
producentów bez wzglądu na miejscowe prawo i porządek?
Te dramatyczne pytania pozostaną bez odpowiedzi. Nic też dziwnego, że premier
Tusk nie zniżył się do nakreślenia strategii rozwoju kraju, nie wspomniał o
potrzebach służby zdrowia, nie zająknął się o nowych miejscach pracy czy
innowacyjności w gospodarce. Na te cele pod tym rządem, przy tym systemie
podatkowym będzie zawsze brakowało środków. Exposé premiera wygłoszone przeciw
Narodowi i ponad głowami obywateli do lobby finansowego i analityków MFW jest
bardzo złym prognostykiem dla Polski na najbliższe lata. Przywodzi na pamięć
złowieszcze słowa Jerzego Urbana z początku stanu wojennego: "Rząd jakoś się
wyżywi", bo mamy dziś do czynienia z podobnym rozbratem między intencjami władzy
a interesem polskich obywateli. Nam pozostawiono zwykłą polską biedę. Oni zawsze
mogą uciec do Nowego Jorku czy Londynu.

Prowizorium zamiast budżetu
Przy okazji exposé premiera należy koniecznie wskazać, że w pierwszej kadencji
gabinetu Tuska mieliśmy co roku do czynienia nie z budżetem, a jedynie z
permanentnym prowizorium budżetowym. Przecież i w tym roku Rostowski w styczniu
wpadł na pomysł przekierowania składek emerytalnych z OFE do ZUS, co też uczynił
w maju. Również budżet, który wkrótce zaprezentuje minister finansów, będzie
miał podobny charakter. Rostowski przed wyborami mrugał porozumiewawczo do
zaplecza politycznego Platformy, sygnalizując, że gotowy jest znacjonalizować
kapitał zgromadzony w OFE, by podtrzymać wewnętrzną koniunkturę. W takim
przypadku niekontrolowany i nieuprawniony transfer zysków za granicę poprzez
zagraniczne banki przybierze monstrualną skalę. Puste okażą się obietnice
powszechnego systemu emerytalnego. Reformy jeszcze raz zostaną odłożone w czasie
na nieokreśloną przyszłość, jak miało to miejsce w pierwszej kadencji rządu PO –
PSL.

Co im spędza sen z oczu?
Jest jednak coś, co nie daje Tuskowi, Bieleckiemu i Rostowskiemu spać spokojnie
– znaczna dewaluacja polskiej złotówki i powiększony dług zagraniczny liczony w
złotych. Zdolność Polski regulowania zobowiązań w walutach obcych uległaby wtedy
natychmiast pogorszeniu (pierwsze symptomy już odczuwamy), nie wspominając nawet
o przekroczeniu progu 55 proc. długu do PKB. Rentowność polskich obligacji
natychmiast wzrośnie do niebezpiecznego poziomu.
Banki działające w Polsce znalazłyby się w sytuacji nie do pozazdroszczenia ze
względu na wysokie należności z tytułu kredytów hipotecznych we frankach
szwajcarskich i zadłużenie w walutach wobec spółek-matek. Niestety, ze względu
na wybory parlamentarne Narodowy Bank Polski i Bank Gospodarstwa Krajowego
podjęły już wtedy interwencje na rynku bez rozsądnego wytłumaczenia. Rynki
finansowe oczywiście podjęły grę i kolejne interwencje walutowe (ostatnia – ze
strony BGK – podczas exposé premiera) nie przynoszą pożądanych efektów. Obroty
na rynku złotego sięgają obecnie 40 mld zł dziennie, jest to kwota, która nawet
dla NBP może okazać się zbyt wysoka. Innym niebagatelnym zagrożeniem jest szybki
wzrost stóp procentowych przy przyspieszającej inflacji. Zwiększą się wtedy
koszty długu wewnętrznego. I w tym przypadku ucierpi sektor bankowy ze względu
na wzrost niespłacanych kredytów konsumenckich i hipotecznych denominowanych w
złotych polskich.

 

Jerzy Bielewicz
prezes Stowarzyszenia "Przejrzysty Rynek"
 

drukuj