Od defilady do defilady
Z gen. rez. dr. Romanem Polką, od 8 sierpnia 2007 do 19 listopada 2007 r.
p.o. szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego, rozmawia Anna Ambroziak
W Ministerstwie Obrony Narodowej przygotowywany jest program modernizacji
technicznej i reorganizacji struktur zarządzania i dowodzenia. Minister obrony
Tomasz Siemoniak mówił niedawno o konsolidacji, łączeniu dowództw, tymczasem z
wojska odchodzą doświadczeni oficerowie.
– Odniosę się do tego następująco: można powiedzieć bardzo dużo słów i
jednocześnie nic nie powiedzieć. Mówi się o modernizacji, unowocześnieniu. Ależ
o tym słyszymy od lat! Pytanie tylko, dlaczego nie komunikuje się tego
żołnierzom, którzy chcieliby wiedzieć, jak ta armia będzie wyglądała. Poza tym
taka reforma znienacka nie służy dobrze morale w wojsku. Odchodzą ludzie z
ogromnym doświadczeniem jak gen. Paweł Lamla. Należałoby po tę wiedzę po prostu
sięgnąć. A tego się nie robi. Ze szkodą dla armii i dla całego kraju.
Resort pracuje nad zmianą tzw. ustawy pragmatycznej z 2004 r., chodzi o
utożsamienie stopnia wojskowego ze stopniem etatowym. To chyba dobrze?
– Obawiam się jednak, że te ruchy będą tylko pozorne, że nie doprowadzą do
rzeczywistej reformy wojska, a przecież wiadomo, że od mieszania łyżeczką
herbata nie robi się słodsza. Rzeczywiście, myśmy doszli do tego etapu, gdy była
tożsamość stopnia ze stanowiskiem. Potem to zniesiono. Czy zostanie to
przywrócone? Nie wiem, ale moim zdaniem zmiana ustawy w tym kierunku armii nie
naprawi.
Dostaniemy dowództwo nad operacjami specjalnymi NATO? W armii sztukuje się,
braki w wyposażeniu eskadry działań specjalnych uzupełnia się sprzętem z Wojsk
Lądowych.
– Sądzę mimo wszystko, że Wojska Specjalne to bardzo mocna strona naszej armii.
Jest więc jakieś światełko w tunelu. Myślę, że jesteśmy w stanie technicznie to
zrealizować.
Technicznie…? Przy braku sprzętu?
– Jestem przekonany, że nauczymy się korzystać z tych zasobów, które dają nam
koalicjanci. Działamy w strukturach. To nie jest tak, że Polska przejmie
dowództwo, a wszyscy inni przyjdą z pustymi kieszeniami. Wkładamy nasz kapitał
ludzki, a mamy dziś ludzi w siłach specjalnych, którzy bardzo skutecznie
sprawdzili się w Afganistanie.
Jaki powyborczy scenariusz rysuje się teraz dla wojska? Możemy oczekiwać
gruntownych zmian?
– Na pewno przydałyby się takie gruntowne zmiany w armii. Liczba spraw, jakie
trzeba załatwić, jest ogromna. Mam na myśli doposażenie jednostek wojskowych,
położenie większego nacisku na szkolenie żołnierzy, którzy mają przede wszystkim
być gotowi do obrony polskich granic. Tymczasem zobaczmy, co się dzieje. W
zupełne zapomnienie odeszli weterani misji zagranicznych. Mam na myśli tych
żołnierzy, którzy zostali ranni w Afganistanie, w Iraku. A którzy gorzko
wypowiadają się na temat tego, jak są traktowani na przykład w polskich
placówkach ochrony zdrowia. A mianowicie o tym, że miesiącami nie mogą dostać
się do szpitala, a jeśli już się dostają, to sami sobie muszą kupować żywność.
Jednym słowem, opieka medyczna nad tymi ludźmi jest fatalna. Tak jak stan
polskiej armii, która ma służyć realizacji interesów narodowych, a tymczasem
patrzy tylko, żeby wywiązać się z sojuszniczych zobowiązań. Obawiam się, że w
tej sytuacji powyborczej będzie jeszcze trudniej naciskać na decydentów, by
reformy w armii szły w tym kierunku, aby była to armia profesjonalna, zdolna do
podejmowania realnych zagrożeń. Poza tym niedługo tych misji nie będzie. Obawiam
się, że przy braku wyzwań, niedoinwestowaniu armii w kraju czy braku
infrastruktury, braku strategii, wizji sił zbrojnych będziemy niedługo mieli
armię od przypadku do przypadku. Ulega ona dalszej degradacji, niedługo będziemy
mieli armię malowaną, tylko na pokaz, przy okazji jakichś defilad.
Jednak w polskiej armii służy wielu doświadczonych żołnierzy z pasją i
poświęceniem wykonujących swoje zadania.
– Ten potężny potencjał jest jednak marnotrawiony. Jest wielu żołnierzy, którzy
mają doświadczenie bojowe i którzy wiedzą, w jakich kierunkach należy nasze siły
rozwijać. Tych wilków jest mnóstwo. Tylko że jeśli na ich czele stoi baran, to
obawiam się, że ten najważniejszy kapitał, wynikający z tego ludzkiego czynnika,
nie zostanie wykorzystany. Pozostaje jeszcze inna kwestia: to panująca w
szeregach polskiego wojska kultura typu "ruki po szwam" i "stukaj obcasami".
Należałoby to zastąpić otwartą dyskusją, w której padałyby dobre pomysły.
Wracając do kwestii kontyngentu… Powtarza się scenariusz błędów z przeszłości,
jakie zastał minister Aleksander Szczygło w Iraku. O misji w Iraku mówiło się
najpierw, że jest bojowa, później stabilizacyjna, stabilizacyjno-szkoleniowa i w
końcu szkoleniowa. I w związku z tym można było wycofywać żołnierzy, wysyłać
więcej oficerów wyższych rangą. Gdy pojechałem wtedy do Iraku i porozmawiałem ze
swoim podwładnym, chorążym z pułku specjalnego komandosów, to usłyszałem:
"Dowódco, my tu nie mamy w ogóle kogo wysyłać w pole. Kontyngent liczy 800
ludzi, a nas do roboty jest tylko 140-150". Moim zdaniem, zmniejszanie
kontyngentu naraża żołnierzy na niebezpieczeństwo, ponadto był to tylko czysty
zabieg PR-owski na potrzeby ostatnich wyborów. Proszę zapytać społeczności
terrorystycznej w Afganistanie, czy nie sprawia im różnicy, czy nasza misja jest
bojowa, czy stabilizacyjna. Oni i tak będą prowadzili podobne działania, a
zapewniam panią, że do chwili obecnej nie są to wcale działania pokojowe.
Dziękuję za rozmowę.
