Międzynarodowa narodówka
Kiedy po uchwaleniu w roku 1990 przez Sejm ordynacji wyborczej znalazły
się w niej przywileje dla mniejszości niemieckiej, napisałem do Trybunału
Konstytucyjnego list wskazujący, że przywileje te sprzeczne są z art. 81
obowiązującej podówczas Konstytucji, zakazującej – i to pod groźbą kary –
wszelkiej dyskryminacji, również pozytywnej, ze względu na przynależność
narodową. W odpowiedzi otrzymałem "przesiąknięty fałszem i krętactwami" list, z
którego wynikało, że równość obywateli wobec prawa ma miejsce wtedy, gdy prawo
obywateli traktuje nierówno.
Ponieważ podróżując po Ameryce, czerpię wiadomości o naszym nieszczęśliwym
kraju i o świecie z internetowych wydań mediów polskich, jakoś nie zauważyłem w
nich informacji o protestach na Wall Street w Nowym Jorku, gdzie demonstranci
planowali zainstalować miasteczko namiotowe, na wzór tego na Majdanie
Niepodległości w Kijowie, albo warszawskiego – naprzeciwko kancelarii premiera.
O tym, żeby na Wall Street wywołać jaśminową rewolucję, w której siły Sojuszu
Atlantyckiego stanęłyby w obronie demonstrantów, jak to miało miejsce w Libii –
oczywiście nie było mowy. Od razu widać, że demonstracje na Wall Street były
jakieś takie niesłuszne, a jeśli nawet tu i ówdzie zaplątał się jakiś słuszny
postulat, to obiektywnie – jak mawiali towarzysze marksiści-leniniści –
demonstracje te odbywały się z niewłaściwych ideowo pozycji – co nieomylnym
instynktem wyczuli panowie redaktorzy mediów głównego nurtu. Niech no by tylko
który nie wyczuł, to "dałaby świekra ruletkę mu!".
No bo jakże inaczej, skoro demonstracje na Wall Street, niezależnie od tego, co
tam demonstranci wykrzykiwali i wypisywali na transparentach, wymierzone były w
grandziarzy, tworzących lichwiarską międzynarodówkę, a właściwie – narodówkę
międzynarodową? Immunizowana jest ona podwójnie na wszelką krytykę, toteż nawet
płomienni bojownicy o wolność, demokrację i szczęście ludu pracującego miast i
wsi starannie omijają wzrokiem tego słonia w menażerii, wiedząc, że gdyby tylko
pisnęli jedno słówko za dużo, to: "żegnajcie mi na zawsze chłopcy i dziewczęta,
żegnajcie druhowie i ty, miłości ma", a już na pewno: żegnajcie kochane
subwencje, dzięki którym płomienni obrońcy ludu pracującego mogą spokojnie sobie
wypić i zakąsić. Tymczasem z chwilą odejścia od standardu złota upadła ostatnia
bariera ograniczająca chciwość grandziarzy. Mając od rządów, będących albo
właścicielami banków emisyjnych, albo – jak w USA – obdarzających banki prywatne
przywilejem emisji pieniądza – wolną rękę w zasypywaniu rynku papierowym
dziadostwem, międzynarodowa narodówka lichwiarska za pośrednictwem rządów, które
– próbując podtrzymywać iluzję płynności finansowej swoich nieszczęśliwych
krajów, powiększają dług publiczny – bierze w zastaw, jako zabezpieczenie swoich
roszczeń przyszłe podatki, a zatem – przyszłe dochody obywateli. W ten oto
prosty sposób staje się ona globalnym właścicielem niewolników, którzy ukołysani
demokratyczną retoryką myślą naiwnie, że są suwerenami. Tymczasem nic z tych
rzeczy; suwerenny niewolnik to mniej więcej to samo, co żonaty kawaler. Nie ma w
przyrodzie takiego zwierzęcia, więc to, co ograbieni za pośrednictwem własnych
rządów z przyszłych swoich dochodów obywatele mogą zrobić naprawdę, to co
najwyżej wybrać sobie swoich nadzorców. O tym jednak nie można głośno mówić,
zwłaszcza przed wyborami, kiedy cała propaganda obliczona jest na podtrzymanie w
ludziach wrażenia, że to wszystko naprawdę – i pewnie stąd w mediach głównego
nurtu taki pokaz świadomej dyscypliny i powściągliwości w informowaniu.
Stanisław Michalkiewicz
