Młodzież odsuwa się od Platformy

Z prof. Zdzisławem Krasnodębskim, socjologiem i filozofem, wykładowcą na
Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie oraz Uniwersytecie w
Bremie, rozmawia Paulina Gajkowska

Premier Donald Tusk z aprobatą wypowiadał się wczoraj rano na temat przyjętej
przez Sejm senackiej poprawki do nowelizacji ustawy o informacji publicznej,
która zakłada ograniczenie prawa obywateli do kontroli władzy publicznej w
obszarze gospodarowania majątkiem Skarbu Państwa.

– Co znamienne, tę senacką poprawkę do ustawy o informacji publicznej
skrytykowała nawet "Gazeta Wyborcza", która w zasadzie nie krytykuje rządu. Jest
to jedno z wielu działań rządu PO – PSL ograniczających wolność obywateli.
Wystarczy spojrzeć, jak wygląda informacja o działalności urzędów, instytucji
państwowych, zwłaszcza w sytuacjach, kiedy urzędnicy są zobowiązani do
udzielenia informacji, m.in. ministrowie w Sejmie podczas sprawozdań ze swojej
pracy. Przez ostatnie cztery lata dostęp do informacji publicznej był bardzo
ograniczony. Teraz chce się tę przejrzystość dodatkowo ograniczyć ustawowo. Mamy
do czynienia z sankcjonowaniem szkodliwej praktyki. Pamiętam, jak Janusz
Kochanowski, rzecznik praw obywatelskich, który zginął pod Smoleńskiem, w
rozmowie ze mną podkreślał, że czasami nie udzielano mu odpowiedzi na podstawowe
pytania. Poza tym dziś już wiemy, że podczas tych czterech lat wzrosła liczba
podsłuchów, że znacznie ograniczono wolność mediów. W związku z tym uważam, że
Polacy powinni większą uwagę przywiązywać właśnie do tych kwestii, zasadniczych
dla naszej demokracji. Tymczasem głównie mówi się o cenach i o tym, czy Polska
jest w budowie.

Platforma robi wszystko, aby tematyka wolnościowa nie przebiła się do
świadomości wyborców. Premier Tusk wyjechał wczoraj "Autobusem Tuska" w Polskę,
aby przekonywać "zwykłych Polaków", że Platforma zna ich codzienne problemy.

– Przypomina to trochę Gierkowskie wizyty gospodarskie. To stary sposób
prowadzenia kampanii. Zachęcałbym w tym miejscu dziennikarzy, aby pojechali tam,
gdzie pan premier już był i naobiecywał, i zapytali tych zwykłych ludzi, ile z
jego obietnic zostało. Przeglądając prasę, media, trudno nie zauważyć, że część
z nich jest po uszy zaangażowana w kampanię Platformy Obywatelskiej. Jeśli
chodzi o aspekt wolnościowy, to może on się przebić tylko wtedy, jeśli będzie
się o nim głośno mówić. Jestem pewien, że on się przewija na debatach i
spotkaniach różnych grup, stowarzyszeń i organizacji pozarządowych. Według mnie,
nie jest to nawet temat do dyskusji w gronie polityków, ale obywateli. Warto po
prostu przypominać Polakom, że oddając ponownie głos na Platformę Obywatelską,
głosują przeciwko swojej wolności i dokładnie wbrew temu, co opowiadano w
czarnej legendzie mówiącej o strasznych rządach PiS. Stopniowe odbieranie
wolności, czyli to, co dopisywano poprzedniemu rządowi w ciągu ostatnich
czterech lat, nastąpiło w sposób ukryty i nienagłośniony.

Jesteśmy atakowani kolejnymi sondażami: od 20-procentowej przewagi PO do
minimalnej różnicy pomiędzy partią rządzącą a głównym ugrupowaniem opozycyjnym.
Jak należy interpretować te wyniki?

– Sondaże w Polsce mają nie tylko informować o nastrojach społecznych. One są
rodzajem interwencji, mają nas ukierunkować, odpowiednio nastawić psychicznie.
Sondaże wskazujące na ogromną przewagę PO nad Prawem i Sprawiedliwością mają
zasiać niepokój w szeregach PiS i zmobilizować Platformę. Realnie jednak rzecz
biorąc, wyraźnie widać, że mamy zupełnie inną sytuację psychologiczną niż w 2007
roku, i to musi przekładać się na wynik. Zamiast partii niezużytej władzą,
"młodzieńczej" i "przedsiębiorczej" mamy wyjałowionych ludzi, oplecionych
korupcyjnymi więzami i zaplątanych w swe czcze obietnice, bez pomysłów. Z
drugiej zaś strony czarny obraz PiS wyraźnie się wybielił, mimo wysiłku mediów.
Trudno nie dostrzec, że PO jest partią w defensywie. Patrząc na przekaz
telewizyjny, można by pomyśleć, że PiS jest ugrupowaniem całkowicie
zdezawuowanym, na które nikt absolutnie nie głosuje. A mimo to utrzymuje ogromne
poparcie. Ja bym przychylał się raczej do kilkuprocentowej różnicy pomiędzy
Platformą a partią Jarosława Kaczyńskiego. Niewykluczone, że może powtórzyć się
ostatecznie wynik z 2005 roku.

Pana zdaniem, szum wokół zorganizowania debaty liderów dwóch głównych partii
politycznych jest zasadny?

– Po pierwsze, pragnę zwrócić uwagę na pomieszanie pojęć, z którym obecnie mamy
do czynienia, a co świadczy o stanie polskiej polityki. Oczywiste jest, że w
demokracji cały czas toczy się debata publiczna. Odbywa się ona na różne
sposoby, np. na łamach prasy, w dyskusjach obywateli i polityków. Debata
publiczna nie jest tożsama z debatą telewizyjną. Przecież na łamach "Naszego
Dziennika" również toczy się dyskusja. Inaczej mówiąc: nie trzeba pisać w
"Gazecie Wyborczej", żeby z nią polemizować, i na odwrót. W związku z czym
debata pomiędzy dwiema głównymi partiami politycznymi trwa cały czas.

Jaki byłby więc rzeczywisty cel zorganizowania takiej debaty telewizyjnej?
– W obecnej "debacie o debacie" chodzi o spotkanie w telewizji, i to najlepiej
prorządowej, która zrobi propagandę Tuskowi i jeszcze zarobi na tym pieniądze.
Warto zastanowić się, czym w ogóle są w istocie debaty telewizyjne i jaką rolę
dzisiaj odgrywają. Wiadomo, że telewizja jako medium ma swoje uwarunkowania i
prawa. Debata telewizyjna ma wówczas sens, moim zdaniem, kiedy celem jest
zapoznanie widzów z nowymi programami czy nowymi twarzami na scenie politycznej.
Ponieważ w telewizji bardziej liczy się wrażenie niż argument, obraz niż słowo,
emocja niż rozum, to pozbawione sensu jest według mnie organizowanie takich
debat z Donaldem Tuskiem czy Jarosławem Kaczyńskim. Nikt w Polsce nie ma
problemu z identyfikacją liderów. Mało tego, ta część widzów, która ma już
ugruntowane poglądy, nie odczuwa konieczności oglądania po raz kolejny starcia
tych tak dobrze znanych sobie osób. Chyba rzeczywiście należy traktować to jako
widowisko, co jest chorobą polskiej polityki. W Polsce fenomenem jest cała masa
polityków, którzy w gruncie rzeczy nie zajmują się niczym innym jak tylko
występowaniem w telewizji.
Inną kwestią, jeśli chodzi o zasadność debat telewizyjnych, jest brak
obiektywizmu większości mediów w Polsce. Maski już opadły i wiadomo, po co do
moderowania debat angażowani są dziennikarze niekompetentni. Odgrywają oni
konkretną rolę. Według mnie, bardzo szkodliwą. Nie dziwię się, że politycy PiS
nie chcą występować w programie Tomasza Lisa – jest to nie tylko w mojej ocenie
prorządowy program propagandowy. Źle przeprowadzona debata telewizyjna
zaszkodziłaby dyskursowi politycznemu w Polsce. Aby takie audycje miały sens,
najpierw musimy naszą politykę urealnić.

Czym obecna kampania wyborcza różni się od poprzednich?
– Jeśli chodzi np. o język, to nie uważam, aby uległ on specjalnemu zaostrzeniu.
Mam nawet takie wrażenie, że się uspokoił i jest łagodniejszy niż chociażby
język z początku kampanii prezydenckiej – pamiętamy słynne wystąpienia w Pałacu
na Wodzie. Bez wątpienia na podgrzewaniu atmosfery zależy partii rządzącej. Te
wybory są wyjątkowe w takim sensie, że po raz pierwszy od dwudziestu lat partia
rządząca ma szansę utrzymać się u władzy. Partia, która po tragedii smoleńskiej
zdobyła to, co było do zdobycia, opanowując całe państwo. Partia bezideowa,
absorbująca zupełnie różne nurty – wchłaniająca część lewicy, asymilująca
środowiska znane ze swojej fanatycznej wrogości wobec PiS. Partia, która nie
spełniła swoich obietnic. Partia "skorumpowana" i wreszcie partia, która
przyczyniła się do największej katastrofy w powojennej Polsce i nie zrobiła nic,
aby ją wyjaśnić. Oddanie tej partii władzy na kolejne cztery lata świadczyłoby o
tym, że Polaków nic nie interesuje – ani dług publiczny, ani losy śledztwa
smoleńskiego, ani polityka zagraniczna. Mało tego: że akceptują propagandę
rządową. Zasadnicze pytanie: czy Polacy naprawdę to wybierają?

Wybory prezydenckie pokazały taki trend.
– Wybory prezydenckie były, owszem, bardzo istotne, ponieważ domknęły układ
władzy. Natomiast obecnie, w przypadku kolejnej wygranej Platformy, możemy
zacząć poważnie obawiać się zarówno o swobody obywatelskie, jak i wolność słowa,
ponieważ te przestrzenie będą najbardziej zagrożone. To jest podstawowy problem.
Obecna kampania toczy się wokół metaforycznego chleba – "jak żyć, panie
premierze?", "Polska w budowie". A przecież tym, co jest naprawdę w Polsce
zagrożone, jest wolność. Nie twierdzę, że kwestie gospodarcze nie są istotne,
wręcz przeciwnie – należy o nich mówić. Jednakże pierwszorzędną kwestią powinna
być nasza wolność i pytanie, co z nią będzie, jeśli obecny obóz utrzyma się u
władzy.

Możemy już dziś prognozować, jak zachowają się poszczególne grupy wyborców?
– Przede wszystkim mitem jest teza o tym, że Platforma nie ma tzw. twardego
elektoratu. Odnoszę wrażenie, że często ma nawet bardziej fanatycznych
zwolenników niż pozostałe partie. Znam wielu zwolenników PiS, szczególnie z
kręgów inteligencji, ale nie tylko – żaden z nich nie jest fanatykiem. Mało
tego, często są oni skłonni wyrażać bardzo merytoryczną krytykę pod adresem
partii, na którą zamierzają oddać swój głos. PiS jest partią rzadko idealizowaną
przez swoich wyborców, pomimo że jest to elektorat bardzo zmobilizowany. Po
stronie Platformy natomiast jest wiele osób niedopuszczających żadnej krytyki
pod adresem Donalda Tuska. Oczywiście ta zaślepiona grupa nie wystarczy.
Zasadnicza walka wyborcza rozgrywa się zawsze o ludzi ze środka, nierzadko
młodzież, która – co pokazują badania socjologiczne – od Platformy się odsuwa.

Dlaczego tak się dzieje?
– Dlatego że jest to partia, która nie spełniła oczekiwań młodzieży. Rośnie jej
rozczarowanie. Poza tym środowisko PO charakteryzuje wysoki stopień
przeciętniactwa. A jak wiadomo, młodzież jest często idealistyczna, szuka
wartości. W PO ich nie znajduje. To, jak zachowa się elektorat centrowy i
niezdecydowany, będzie zależało również od kampanii wyborczej. Platforma nie
zrezygnuje z antypisowskości, choć już nawet Grzegorz Schetyna stwierdził, że to
paliwo się wyczerpuje. Nie można wykluczyć, że wielu ludzi, głównie letnich
zwolenników PO, nie weźmie udziału w wyborach. Prognozuję raczej niską
frekwencję.

Dziękuję za rozmowę.

 


W "debacie o debacie" chodzi o spotkanie w telewizji, i to najlepiej
prorządowej, która zrobi propagandę premierowi i jeszcze zarobi na tym pieniądze

drukuj