Głośniej nad tą stocznią!
Nad wieloma spektakularnymi klęskami ekipy Donalda Tuska można byłoby przejść do
porządku dziennego, gdyby ich konsekwencje ponosili wyłącznie towarzysze
partyjni z PO i PSL. Niestety za fuszerki dygnitarzy Platformy rachunek płacimy
dzisiaj wszyscy – a w przyszłości będą słono płaciły kolejne pokolenia. Dotyczy
to m.in. tak newralgicznej sfery, jak bezpieczeństwo narodowe. Przykład
gdyńskiej Stoczni Marynarki Wojennej i przedziwnych manipulacji związanych z
kupnem okrętu podwodnego "Papanikolis" jest wprost modelowy. Pokazuje bowiem, z
jaką beztroską partyjni funkcjonariusze, którzy wygrali wyścig do urzędów,
traktują polski przemysł i narodową obronność.
Eksperymenty na miarę Łysenki
Stwierdzenie, że polska armia po wyczynach niespełnionego lekarza i historyka
Bogdana Klicha znajduje się w opłakanym stanie, nie jest odkrywcze. O
pompatycznych hasłach "modernizacji" i "profesjonalizacji" Wojska Polskiego
platformerscy propagandziści woleliby przed wyborami zapomnieć. Skończyło się na
rozłożeniu wojska na łopatki – sądzę, że nie tylko były i obecny minister, ale
nikt nie wie, jaki jest rzeczywisty stan naszych Sił Zbrojnych po kilkuletnich
eksperymentach. Premier Donald Tusk wziął widać na serio słowa Włodzimierza
Lenina, że i kucharka może rządzić państwem, powierzając jeden z kluczowych
resortów człowiekowi, którego największą troską – jak nieoficjalnie mówią jego
byli podwładni – było to, by w weekend pojechać do domu i mieć święty spokój.
Skutki iście sowieckiego eksperymentu widzimy na przykładzie Marynarki Wojennej
RP. Oto garść liczb i danych. W ciągu ostatnich dziesięciu lat liczebność tego
rodzaju Sił Zbrojnych zmniejszyła się o 60 proc., a w III RP nie wprowadzono do
służby żadnego zbudowanego od podstaw okrętu. Nasi marynarze pływają na
jednostkach niemal muzealnych. Na skutek tych zaniedbań jedynie niewielka część
okrętów polskiej Marynarki Wojennej ma wartość bojową.
Tę sytuację należy analizować również w kontekście naszych zobowiązań
sojuszniczych związanych z członkostwem Polski w NATO i Unii Europejskiej.
Polska armia musi spełniać określone zdolności operacyjne, również w zakresie
transportu i wsparcia morskiego. Ewentualna – bo na razie nie zanosi się na to,
by stała się ona rzeczywistością – modernizacja polskich Sił Zbrojnych jest
możliwa jedynie przy znaczącym udziale rodzimego przemysłu zbrojeniowego. Nie
trzeba wspominać, że taki scenariusz jest korzystny nie tylko dla wojska, lecz
także dla przemysłu. Zlecenia związane z modernizacją armii to nowe miejsca
pracy, to szansa na uratowanie dziesiątków mniejszych i większych zakładów. Na
razie jednak rządzący robią coś dokładnie odwrotnego – z założonymi rękoma
przyglądają się, jak zakłady, które powinny mieć strategiczny udział w
modernizacji naszej armii, upadają. Koronnym dowodem tego jest sytuacja Stoczni
Marynarki Wojennej w Gdyni.
Stocznia? Niech idzie na dno…
Gdyńska Stocznia Marynarki Wojennej to podmiot z 90-letnią tradycją – powstała w
1922 roku. Obecnie jej jedynym właścicielem jest Skarb Państwa, a nadzór
właścicielski sprawuje Agencja Rozwoju Przemysłu. W ostatnich czterech latach
nie zrobiono nic, by pomóc zakładowi, którego sytuacja z roku na roku stawała
się coraz bardziej katastrofalna. Rosnące zadłużenie i brak działań państwa
spowodowały ogłoszenie w 2009 r. upadłości SMW. Zarząd stoczni przyjął co prawda
plan restrukturyzacji spółki, jednak napotkał ze strony rządu Tuska mur
milczenia. Nie dano stoczni szansy na odbicie się od dna. Rząd odrzucił m.in.
bez wiarygodnego uzasadnienia zaproponowany przez sejmową komisję obrony
Narodowy Program Budowy Okrętów. Czyżby niektórym wystarczała świadomość, że tak
blisko znajduje się bratnia flota kaliningradzka?
W kwietniu br. sąd wyznaczył dla stoczni syndyka masy upadłościowej, który
będzie musiał poradzić sobie z ogromnymi długami spółki. Co ciekawe, wśród setek
wierzycieli SMW jest również… resort obrony. Nic nie wiadomo, by w ramach
pomocy dla ginącego zakładu urzędnicy Ministerstwa Obrony Narodowej zamierzali
przedstawić jakieś rozwiązanie, korzystne dla obu stron. W dodatku kierownictwo
stoczni informowało w mediach, że to nie SMW, ale ministerstwo zalega z
pieniędzmi, ponieważ nie wywiązało się z płatności za zakontraktowane zlecenia.
W tym miejscu należy przypomnieć, że to właśnie w Stoczni Marynarki Wojennej
miały powstawać słynne korwety "Gawron". Projekt ten miał być kluczowym
elementem modernizacji polskiej floty wojennej. Dziesięć lat temu zdecydowano,
że w SMW powstanie w sumie siedem takich jednostek. Z biegiem lat ambitne
zamierzenia przykrajano do przaśnej rzeczywistości. W rezultacie zamiast siedmiu
korwet miała powstać tylko jedna. Dlaczego tak się stało? Otóż program budowy
"Gawronów" nie uzyskał statusu programu rządowego i spoczął w całości na barkach
Marynarki Wojennej. SLD-owski rząd wykazał wówczas zadziwiająco zbieżny z
dzisiejszym podejściem rządu PO stosunek do modernizacji morskich Sił Zbrojnych.
Radykalna zmiana zamierzeń stała się początkiem końca Stoczni Marynarki
Wojennej. Obecnie nikt nie wie, nie tylko kiedy, ale czy w ogóle projekt
"Gawron" zostanie zrealizowany. Zapewnienia o roku 2015 jako dacie budowy
korwety należy traktować tak jak bajdurzenia o autostradach na Euro. Tym samym
oddala się realna szansa na to, by po gdyńskim zakładzie nie pozostały jedynie
wspomnienia. Towarzysze partyjni z PO przez ostatnią czterolatkę nie tylko nie
zrobili nic, by pomóc stoczni, ale z zadziwiającym uporem przyspieszali jej
koniec.
Przypomnijmy jednak – nie tylko działaczom PO, którzy pamięć mają bardzo
wybiórczą – że rząd PiS uznał ratowanie polskich stoczni za kwestię o
strategicznym znaczeniu. Starano się uratować od zamknięcia Stocznię
Szczecińską, której upadłość ogłoszono za rządów SLD w 2002 roku. Próby jej
ratowania przez rząd Jarosława Kaczyńskiego na nic się zdały, ponieważ w 2008
roku, karnie wykonując rozkaz z Brukseli, rząd Donalda Tuska ją zamknął. Cóż,
jakby rzekł dziadek premiera: Befehl ist Befehl… Również gdyńską Stocznię
Marynarki Wojennej planowano ratować dzięki nowym zleceniom, przede wszystkim na
wspomnianą korwetę. Poczynione przygotowania przekreślił minister Klich. W 2009
r., wbrew obowiązującej ustawie, wydatki na obronność kraju zmniejszono o ok. 5
mld złotych, przez co zaawansowany i strategicznie istotny projekt okrętu klasy
"Gawron" nie mógł zostać zrealizowany przez SMW.
Jak Klich bubel kupował
Dla kontrastu warto przypomnieć sprawę, o której w pierwszej połowie roku
wspominały niektóre media. Temat podjęli również posłowie Prawa i
Sprawiedliwości. Otóż były (na szczęście) minister obrony Bogdan Klich miał
prowadzić w Grecji pertraktacje na temat zakupu przez stronę polską okrętu
podwodnego U-214 "Papanikolis". Producentem tej jednostki jest niemiecka
stocznia Thyssen Krupp Marine Systems w Kilonii. Europejskie media wielokrotnie
wskazywały, że okręt, pochopnie nabyty przez Greków kilka lat temu, ma liczne i
poważne usterki. Grecy przez cztery lata konsekwentnie odmawiali dokonania
odbioru technicznego U-boota. Mimo wielokrotnych napraw i przeróbek, "Papanikolis"
pozostawał, eufemistycznie mówiąc, daleki od doskonałości, jaką zwykło się
wiązać z niemieckimi konstrukcjami. Grecja – całkiem rozsądnie – zaczęła
poszukiwać sposobu wyjścia z sytuacji.
I oto w październiku 2010 r. niezastąpiony Bogdan Klich pojawił się w Grecji na
targach obronnych. Przy okazji tamtejsze gazety zaczęły pisać, że kupnem
okrętu-bubla zainteresowani są Polacy. Sprawa przedostała się do naszych środków
przekazu. Ministerstwo Obrony Narodowej zajęło w tej sprawie symptomatyczne
stanowisko: najpierw w ogóle zaprzeczano, by Klich rozmawiał o transakcji, potem
zaś nie chciano oficjalnie zapewnić, że Polska nie kupi U-214, a w styczniu br.
dowódca polskiej Marynarki Wojennej złożył wizytę w Grecji, gdzie rozmawiał z
szefostwem tamtejszej floty. I znów zaczęto mówić o tym, że Polacy są tuż-tuż od
kupna felernego okrętu, i MON znowu nabrało wody w usta… A greckie portale
internetowe spekulowały nawet o cenie – mniejszej niż 300 mln euro – którą
Polska gotowa była zapłacić za "Papanikolisa".
Nawet gdyby U-214 był cudem techniki, próba dokonania takiej transakcji
zasługiwałaby na ostrą krytykę. Priorytetem powinno być zaangażowanie w
modernizację polskich Sił Zbrojnych rodzimych stoczni. Gdyńska Stocznia
Marynarki Wojennej idzie na dno, a zachowanie polityków PO przypomina bal na
"Titanicu". Z tą małą różnicą, że nasza flota już nie płynie ku katastrofie, ale
coraz szybciej idzie na dno…
Jakub M. Opara
Historyk, ekonomista
Autor pełnił w latach 2005-2010 funkcję zastępcy dyrektora Gabinetu
Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego.
