Fiasko polityki bierności
senator RP (PiS)
prezes Powiernictwa Polskiego
Po obu stronach Odry i Nysy z ust polityków partii rządzących słychać głośne
zapewnienia, że jeszcze nigdy w historii obu narodów nie było tak dobrych
relacji jak dzisiaj. Spotkaniom na najwyższym szczeblu, wzajemnym uprzejmościom
oraz wspólnym zdjęciom nie ma końca. Jaki jest rzeczywisty obraz stosunków
polsko-niemieckich? Czy faktycznie nie mamy żadnych spornych spraw do
załatwienia, a jeżeli występują problemy, to jak je rozwiązujemy?
Status mniejszości polskiej
W czerwcu br. premier Donald Tusk po wspólnym posiedzeniu rządów Polski i
Niemiec powiedział, iż "często bywa tak, że państwa umawiają się na coś,
podpisując traktaty, a później te litery, słowa, zdania pozostają martwe". – W
przekonaniu zarówno kanclerz Angeli Merkel, jak i moim, w przekonaniu także
Niemców i Polaków, mamy chyba prawo dzisiaj powiedzieć, że to jest traktat,
który rzeczywiście pozwolił nam pozytywnie zmienić relacje polsko-niemieckie,
nad którymi niczym fatum zawisły zdarzenia dramatyczne, a czasami tragiczne –
dodał premier polskiego rządu. Tymczasem nie tylko polska opozycja uważa, że
Niemcy nie realizują postanowień polsko-niemieckiego traktatu o dobrym
sąsiedztwie i przyjaznej współpracy z 1991 r., o którym wspomniał szef polskiego
rządu, ale sami Niemcy przyznają, że nie wypełniają jego zapisów. Taką opinię
wyraziła Cornelia Piper, wiceminister spraw zagranicznych naszego zachodniego
sąsiada, która teraz zamierza wypełnić "traktat życiem". Chodzi przede wszystkim
o asymetryczne traktowanie mniejszości narodowych w obu państwach, z tym że
Niemcy jak ognia unikają zwrotu "mniejszość polska w Niemczech". Niemcy
utrzymują, że u nich takiej grupy – po prostu – nie ma. Ten pogląd zdaje się w
całej rozciągłości podzielać rząd Donalda Tuska, który zobowiązał się nawet, że
nie będzie używał takiego zwrotu.
Przypomnijmy, że chodzi o blisko 1,7 mln obywateli Niemiec z polskimi
korzeniami, gdy tymczasem u nas żyje ok. 170 tys. Polaków identyfikujących się z
narodowością niemiecką. Skarb Państwa przeznacza rocznie na cele związane z
działalnością mniejszości niemieckiej ok. 30 mln euro, Niemcy wydają na
mniejszość polską – dziesięciokrotnie mniej! Nic dziwnego, że nasi rodacy zza
Odry chcieliby przywrócić status, jaki obowiązywał w Niemczech przed 27 lutego
1940 roku. – W Niemczech wciąż mamy do czynienia ze skutkami prawa uchwalonego
przez hitlerowską III Rzeszę, które nie uznaje polskiej mniejszości narodowej.
Chodzi o rozporządzenie niemieckiej Rady Ministrów na rzecz Obrony III Rzeszy,
które nakazywało rozwiązanie wszelkich organizacji polskiej mniejszości
narodowej w Rzeszy oraz konfiskatę ich mienia. To rozporządzenie, wydane przez
marszałka III Rzeszy Hermanna Goeringa, skutkuje do tej pory, ponieważ władze
Niemiec nie chcą nadać Polakom tam mieszkającym statusu mniejszości narodowej –
twierdzi mecenas Stefan Hambura.
Cisza
nad zagrabionym mieniem
Tak więc Niemcy nie tylko nie chcą przywrócić Polakom statusu mniejszości
narodowej, ale również nie zamierzają zwrócić zagrabionego majątku! 10 czerwca
br. Bundestag przyjął uchwałę rehabilitującą członków przedwojennych polskich
organizacji mniejszościowych, jednak uchwała ta nie rodzi żadnych skutków
prawnych. Niemieccy politycy już w dniu jej uchwalenia oświadczyli, że nie ma
mowy o jakiejkolwiek rekompensacie finansowej. Warto zaznaczyć, że zagrabiony
przez Niemców majątek jest obecnie szacowany – lekką ręką licząc – na mniej
więcej 350 mln euro! Polska nie może uchylić się od odpowiedzialności i musi
wesprzeć Związek Polaków w Niemczech "Rodło" (prawnego spadkobiercę
przedwojennej Polonii) w procesie odzyskania tego majątku. Majątku, który
zgodnie z niemieckim prawem został wypracowany przez Polaków będących
obywatelami Rzeszy. Czy rząd premiera Tuska jest gotowy wesprzeć Polaków w
Niemczech? Nie! Polski rząd skutecznie uchyla się od jakichkolwiek obowiązków
oraz powinności na nim spoczywających z tytułu sprawowania opieki nad Polonią.
Jest to rząd wszechogarniającej bierności, zarówno gdy byli niemieccy
właściciele (w świetle polskiego prawa) odbierają majątki Polakom, jak i
wówczas, gdy chodzi o zwrot majątku zagrabionego Polakom przez Niemców. Nie bez
przyczyny jest to rząd cieszący się dobrą prasą u naszych zachodnich sąsiadów.
Wybryki "wypędzonych"
Cieniem na przyszłe relacje polsko-niemieckie będzie kładła się działalność tzw.
Związku Wypędzonych. Warto przypomnieć, że w tym roku swoje "rodzinne strony"
odwiedziła Erika Steinbach. Sama wizyta – w mojej ocenie – obliczona na
wywołanie słusznego oburzenia Polaków nie powiodła się. Organizacje osób
poszkodowanych przez III Rzeszę zignorowały przyjazd Steinbach, tymczasem sama
zainteresowana – czego jestem pewna – liczyła na protesty i przepychanki. W
blasku fleszy, w policyjnej asyście Steinbach mogłaby przedstawić się jako
ofiara polskiego nacjonalizmu i ksenofobii. A tak – wyszła klapa.
Warto jednak na moment wrócić do wspomnianej już uchwały Bundestagu. Otóż w
akapicie, zaraz po zrehabilitowaniu niemieckiej Polonii, oddano hołd tzw.
wypędzonym, którzy "angażowali się w pielęgnowanie dziedzictwa kulturowego i
nawiązywali kontakty z Polską". A kilka zdań dalej niemieccy posłowie
zaapelowali o zbadanie asymilacyjnej polityki PRL wobec Niemców pozostałych na
terenach dawnej Rzeszy. Zdań tych ze świecą szukać w polskiej prasie. Pokazują
one jednak, że niemieccy politycy próbują znaleźć wspólną płaszczyznę, na której
mogliby umieścić zarówno ofiary nazizmu, jak i ofiary polskich komunistów, a
jednocześnie podnoszą wyimaginowane zasługi środowisk, które takowych
(zwyczajnie) nie posiadają. Nie twierdzę, że po wojnie działania komunistów
wobec Niemców respektowały – jakbyśmy to dzisiaj określili – prawa człowieka,
ale przecież nie możemy zapominać, że w tamtych czasach polscy patrioci byli
zabijani strzałem w tył głowy! Występuje zasadnicza różnica pomiędzy "polityką
asymilacyjną PRL" a systemowym mordowaniem działaczy niemieckiej Polonii!
Na relacje polsko-niemieckie będzie również rzutować budowa "Widocznego znaku"
oraz ustanowienie (sądzę, że środowiska tzw. wypędzonych w końcu dopną swego)
Dnia Pamięci o Wypędzonych, który odbije się nam czkawką. Jeszcze nieraz
"potkniemy się" o tę instytucję, będzie ona zarzewiem nowych konfliktów, polem
niekończących się sporów.
Gaz łupkowy pod kontrolą
Stosunki z naszym zachodnim sąsiadem zostaną wystawione na próbę już jesienią
br., kiedy to w Parlamencie Europejskim dojdzie do dyskusji o… gazie łupkowym.
Przypomnijmy, że wpływowy deputowany Parlamentu Europejskiego Jo Leinen z
niemieckiej partii SPD chce, aby eksploatacja złóż gazu łupkowego była ściśle
regulowana. "Musimy przyjrzeć się o wiele dokładniej gazowi łupkowemu i
konsekwencjom jego wydobycia" – zaznaczył Jo Leinen w wypowiedzi dla
brytyjskiego dziennika "The Guardian". Według pisma, Leinen chce nowej unijnej
dyrektywy, którą nazywa "dyrektywą o jakości energii". Oznaczałaby ona, że
eksploatacja surowców energetycznych, których wydobycie powoduje negatywne
skutki dla środowiska, jak gaz łupkowy i roponośne piaski, byłaby bardzo ściśle
regulowana. Tak oto tę wypowiedź skomentowano na portalu Pamflet.pl: "Niepokoi w
tych sygnałach nadchodzących z zachodniej Europy to, że głos zabierają
przedstawiciele dwóch największych państw Unii Europejskiej stanowiących jej
fundament, czyli Niemiec i Francji. A jak mówi stare porzekadło: Ten zamawia
muzykę, kto płaci orkiestrze. To nie jest niestety dobry prognostyk (?). Tak
więc może okazać się, że UE nałoży na nas takie chomąto w przedmiocie
wydobywania gazu łupkowego, że dwa razy bardziej będzie nam się opłacało
sprowadzać gaz z Rosji, niż wydobywać własny. I wszyscy będą wówczas szczęśliwi,
a zwłaszcza Gazprom". Jeżeli więc Niemcy – rękami UE – będą dążyli do
ograniczenia wydobycia tego surowca w Polsce, to dobre relacje – jak utrzymuje
rząd Donalda Tuska – na linii Warszawa – Berlin będzie można odłożyć ad acta.
Gazociąg Północny wciąż zagraża
Istnieje też kwestia zablokowania portu w Świnoujściu przez Gazociąg Północny.
Przypomnijmy, że Zarząd Morskich Portów Szczecin i Świnoujście zaskarżył decyzję
o pozwoleniu na budowę Gazociągu Północnego, bo uważa, iż ułożenie rury na
głębkości 17,5 metra w miejscu, gdzie krzyżuje się on z północnym torem
podejściowym do portu w Świnoujściu, uniemożliwi dostęp statkom o zanurzeniu
powyżej 13,5 metra i zablokuje rozwój tego portu. Kanclerz Angela Merkel
oświadczyła, że wypracowano rozwiązania, które dają Polsce dużą pewność, iż GP
pod Bałtykiem nie zablokuje naszych portów. Jednak do dzisiaj nie wiadomo, jakie
to rozwiązania i na czym mają one polegać. Trudno sobie wyobrazić, aby rura była
wkopywana głębiej w dno morza, gdy będzie już płynął przez nią surowiec!
Wspólne relacje muszą być budowane w oparciu o podmiotowe traktowanie wszystkich
stron. Jeżeli tak się nie dzieje, mamy wówczas do czynienia jedynie z fasadą,
która runie przy pierwszym lepszym podmuchu. Obecne relacje na linii Warszawa –
Berlin konstruowane są na lotnych piaskach, nie dziwmy się więc, że co chwila
się zapadamy…
Dorota Arciszewska-Mielewczyk
