Zamiast profesjonalizacji – prowizorka

Rozwiązanie 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego to kolejny
przejaw przedkładania przez rząd Donalda Tuska doraźnych korzyści politycznych
nad strategiczne interesy państwa. To także przykład na to, że ta władza nie
rozumie i nie szanuje wojska.

Dorobek rządu Donalda Tuska w kwestii polityki bezpieczeństwa świadczy o
niepoważnym podejściu do najistotniejszych zadań państwa. Sztandarowym
"osiągnięciem" PO w Ministerstwie Obrony Narodowej jest rzekoma
profesjonalizacja Sił Zbrojnych. Jest to decyzja o najcięższym kalibrze dla
polityki obronnej. Dotyczy bowiem istoty Sił Zbrojnych, a zwłaszcza wyboru
paradygmatu "ilość" czy "jakość". Państwa położone w bezpiecznym otoczeniu
geopolitycznym, zabezpieczone przed obcą agresją morzem lub też posiadające
potencjał nuklearny mogą skoncentrować się na zamorskich zadaniach
ekspedycyjnych. Przejście większości z tych państw na zawodowy model sił
zbrojnych wynika z wyboru opartego na racjonalnych przesłankach. W tego typu
działaniach z reguły większe znaczenie ma jakość niż liczba wojsk. Jednak nawet
w misjach ekspedycyjnych działania okupacyjno-stabilizacyjne, takie jak w Iraku
czy ostatnio w Afganistanie, wymagają znacznie większej liczby wojska. Dla
odmiany, takie państwa jak Turcja, Izrael, Korea Południowa, Tajwan czy
Finlandia, aby móc stawić czoła ewentualnym klasycznym zagrożeniom militarnym,
utrzymują pobór oraz duże rezerwy.

W Polsce pobór zniesiono
Położenie strategiczne Polski jest bardziej zbliżone do sytuacji Finlandii czy
Turcji niż np. Belgii. Od polskich decydentów, a także ich doradców, należałoby
zatem oczekiwać przyjęcia podobnej do tych państw strategii obronnej. Tymczasem
polski rząd podjął decyzję o drastycznym zmniejszeniu rezerw obronnych poprzez
pochopną rezygnację z poboru. Nie tak dawno szef Klubu Parlamentarnego Platformy
Obywatelskiej przyznał, że głównym motywem decyzji było zapewnienie odpowiedniej
liczby głosów młodych wyborców. Motywację tę potwierdzają hasła rozpoczynającej
się kampanii wyborczej, w której wśród rzekomych sukcesów PO jej spin doktorzy,
licząc zapewne na głosy kolejnego młodego pokolenia Polaków, wymieniają
zniesienie poboru.
Nie zadbano jednak o budowę przynajmniej namiastki taniej, choćby ochotniczej
formacji terytorialnej, która wypełniłaby lukę powstałą po zmniejszeniu rezerw
osobowych wyszkolonych w systemie zasadniczej służby wojskowej. Szumnie
reklamowane Narodowe Siły Rezerwy bynajmniej nie są nawet substytutem, gdyż
stanowi je niewielka grupa osób, która ma uzupełnić szeregi sił zbrojnych,
głównie na pomocniczych stanowiskach, od kierowców po kucharzy.
Skalę problemu pokazują prowizoryczne środki zaradcze. Dopóki istnieją rezerwy
wyszkolone w starym systemie, przez kilka najbliższych lat nie odczujemy
konsekwencji tego stanu rzeczy, ale co będzie potem? Jak powiedział mi jeden z
generałów wdrażających decyzję o "profesjonalizacji" w Sztabie Generalnym, żeby
podtrzymać fikcję o samowystarczalności nowego systemu, nie będzie się żołnierzy
powoływać na ćwiczenia, ale można ich zaprosić do jednostki na gwiazdkę i
pozwolić postrzelać przy tej okazji na strzelnicy. Dzięki temu będą "w razie
czego" pamiętali, gdzie jest ich jednostka oraz jak się trzyma karabin.

Konformizm kadry generalskiej
Kolejny przykład na to, jak bieżące zapotrzebowanie polityczne władzy jest
przedkładane nad istotne sprawy państwa, to zaskakująco skorelowane z drganiami
sondaży zmiany polityki rządu w odniesieniu do tarczy antyrakietowej.
Początkowo, gdy społeczeństwo dawało posłuch naiwnej nadziei na spokój za
"niedrażnienie Rosji", konsekwentnie opóźniano negocjacje, a premier Donald Tusk
zdobył się nawet na gest, jakim było podanie Amerykanom czarnej polewki w dniu
ich narodowego święta. Wywołany wojną w Gruzji wzrost niepokoju u ankietowanych
znacząco wpłynął z kolei na nagłą decyzję o akceptacji amerykańskiej propozycji.
Opinia publiczna w naszym kraju ma jednak krótką pamięć i po paru miesiącach
ważniejsze było, żeby nie drażnić Rosji, niż narzucać się Barackowi Obamie z
ratyfikacją porozumienia.
Beztroska rządzących byłaby oczywiście niemożliwa bez konformizmu i
spolegliwości cechujących część kadry generalskiej. Jest to moim zdaniem
rezultat procesu selekcji sięgającego do czasów schyłku Polskiej
Rzeczypospolitej Ludowej. Po odwilży gomułkowskiej, w latach 60., byli tacy
generałowie, którzy próbowali nadać strategii militarnej Ludowego Wojska
Polskiego cechy przystające do rzeczywistych potrzeb państwa, a nie wymagań
Moskwy. Przykładem jest choćby wyhamowana później koncepcja Obrony Terytorialnej
Kraju generała Bolesława Chochy albo reforma Wojsk Lotniczych, na wzór RAF,
generała Freya Bieleckiego. Jednak już w wyniku resowietyzacji dokonanej w końcu
lat 70. i degrengolady ideowej lat 80. zanikały elementy samodzielności myślenia
w kadrach, z których wywodzi się większość obecnego korpusu generalskiego.
Przykręcenie "ideowej" śruby za czasów Wojciecha Jaruzelskiego dobitnie obrazuje
fakt, że jeśli na początku lat 70. tolerowano jeszcze fakt, że niespełna połowa
podchorążych w Szkole Orląt w Dęblinie należała do Polskiej Zjednoczonej Partii
Robotniczej, to na przełomie lat 70. i 80. dopracowano się już 100 procent
upartyjnienia. Początek lat 90., a zwłaszcza prezydentura Lecha Wałęsy, to czas
zmarnowanej szansy na rewolucję kadrową. Wielu generałów, którzy pięli się po
szczeblach kariery schyłkowej PRL, skutecznie wkupiło się w łaski nowej
"postsolidarnościowej" elity, blokując rozwój średniej fachowej kadry i
konserwując wzorce konformizmu. Tak się złożyło, że przełom lat 90. i zeszłej
dekady to czas, gdy grupa czołowych generałów składała się z ludzi o
zdumiewająco podobnych życiorysach: tylko absolwenci dwóch wyższych szkół w ZSRS
(łącznie z Woroszyłówką) otrzymywali szansę na "konwersję" w National Defense
University w USA.

Szukanie kozła ofiarnego
Chociaż przynajmniej część ze zdymisjonowanej kadry generalskiej poniosła
zasłużoną odpowiedzialność, to jednak uderza ucieczka od nazwania wprost
politycznej odpowiedzialności Bogdana Klicha oraz pominięcie organizatorów lotu
do Smoleńska, tj. przede wszystkim szefa kancelarii premiera. W tym kontekście
karanie służących w pułku żołnierzy upokarzającą decyzją o rozwiązaniu ich
jednostki wygląda na efektowne szukanie kozła ofiarnego. Ceną jest jednak dalszy
upadek już i tak nadszarpniętego prestiżu i morale żołnierzy, którzy wiedzą, że
ich służba nie będzie ani szanowana, ani obiektywnie traktowana przez
decydentów. Jeśli bowiem nie wchodzą w grę nadzwyczajne względy zewnętrzne,
takie jak choćby restrukturyzacja Sił Zbrojnych, jednostki wojskowe się
rozwiązuje, jeśli doszło do splamienia honoru żołnierskiego, np. w wyniku zdrady
i tchórzostwa czy dezercji. Ktoś mógłby podnieść, że dzisiejsza opozycja również
dokonywała takich samych decyzji, rozwiązując Wojskowe Służby Informacyjne.
Tamto rozstrzygnięcie, zaaprobowane w Sejmie wspólnie przez PiS i PO, miało
jednak inne podstawy. Na pewno wielu, może nawet większość żołnierzy WSI,
służyło państwu zgodnie z sumieniem. Wymogi bezpieczeństwa państwa nie mogły
jednak pozwolić na "zwykłą" reformę jednostki, w której przez lata nie robiono
nic, choćby z wiedzą o wysokim prawdopodobieństwie infiltracji dokonanej
znacznie wcześniej przez służby obcego państwa. Bezpieczeństwo kraju wymusza w
służbach specjalnych surową zasadę, tzn. w razie wątpliwości rozstrzygać na
niekorzyść podsądnego, odwrotną niż ta stosowana w prawie karnym. W miejsce
rozwiązanych formacji zaprojektowano jednak nowe, wprowadzając je jednocześnie
wzorem zachodnich służb w obieg informacyjny i zadaniowania na najwyższym
szczeblu państwa. Chociaż zamiary ustawodawcy co do tempa i procedury samej
operacji były nie do końca realistyczne, to w efekcie w nowych służbach
zatrudniono jednak większość żołnierzy WSI. O tym, że był to w swoim zasadniczym
rysie słuszny projekt, przesądza fakt, iż pozostał w swym kształcie po zmianie
władzy w 2007 roku. Zarówno więc przesłanki obydwu decyzji, jak i proponowane
środki zaradcze są zupełnie inne. Co więcej, stan 36. spec pułku w ostatnich
latach jest, inaczej niż w przypadku WSI, w głównej mierze efektem beztroski
części klasy politycznej w odniesieniu do stanu bezpieczeństwa państwa. To w
wyniku działań polityków jednostka straciła na przełomie wieku większość
fachowej kadry. Mało kto pamięta, że rząd Jerzego Buzka i Leszka Balcerowicza
postanowił naprawić finanse państwa, odbierając żołnierzom zawodowym część
nabytych praw emerytalnych. Ta próba się nie powiodła, gdyż została uznana za
niekonstytucyjną przez Trybunał Konstytucyjny, ale wojsku, a szczególnie siłom
powietrznym, nic to już nie pomogło. Z wojska nie odchodzili wówczas
generałowie. W obawie o pogorszenie warunków emerytalnych w trybie nagłym
odeszło wielu doświadczonych oficerów, w tym zwłaszcza z 36. specpułku. Inny
przykład odpowiedzialności polityków takich jak choćby Bogdan Klich, to
pozwolenie lobby Sztabu Generalnego na prowadzenie ostatniej restrukturyzacji w
taki sposób, że jej ofiarami stawali się ludzie służący w linii, a nie za
biurkami w Warszawie. To politycy są również odpowiedzialni za brak nowoczesnych
samolotów do przewozu specjalnego. Przez lata bardziej obawiano się
populistycznej reakcji mediów niż sparaliżowania transportu specjalnego.
Największa odpowiedzialność w tych kwestiach spada na polityków będących obecnie
przy władzy, którzy zastali sytuację w najpoważniejszym stadium. Mieli znacznie
więcej czasu i pieniędzy niż poprzednicy, aby rozwiązać te kwestie, w tym
szczególnie nabrzmiałe problemy 36. pułku, które przecież często były podnoszone
nawet przez media. Nie zrobili jednak nic konkretnego, aby naprawić sytuację w
specpułku, oprócz prób prywatyzacji wykonywanych przez niego funkcji. Katastrofa
smoleńska tylko przyspieszyła, jak widać, te starania. Obecnie stajemy się więc
jednym z nielicznych państw na świecie, którego rząd będzie zdany w tym
prestiżowym i wrażliwym zadaniu na pilotów cywilnych. Pozornie lecząc sytuację w
Siłach Zbrojnych, rząd maskuje swoje błędy, nie baczy na konsekwencje dla
bezpieczeństwa państwa. Funduje nam jednocześnie jako "remedium" podobną
prowizorkę jak szkolenie żołnierzy na spotkaniach "gwiazdkowych". Obyśmy nie
musieli smakować kolejnych gorzkich owoców takiej beztroski.

 

Tomasz Szatkowski

***************

 

Artykuł odzwierciedla osobiste poglądy autora.

Autor jest doradcą ds. bezpieczeństwa i obronności Grupy Politycznej EKR w
Parlamencie Europejskim. W latach 2005-2006 był doradcą ministra koordynatora
ds. Służb Specjalnych Zbigniewa Wassermanna oraz członkiem Komisji
Weryfikacyjnej WSI. W latach 2006-2007 pełnił funkcję dyrektora Sekretariatu
Wiceprezesa Rady Ministrów Przemysława Gosiewskiego.

drukuj