Dorzynanie watahy?

Nasze życie polityczne i społeczne nieraz robi wrażenie tzw. pajdokracji,
czyli rządów chłopców. W sferę wspólnego życia przenosi się bowiem obyczaje
rodem z piaskownicy. Co jakiś czas wyskakuje z niej z płaczem jakiś jeszcze
niemężczyzna i biegnie poskarżyć się mamie na pozostałych uczestników zabawy. W
świecie także dorosłych mężczyzn-polityków praktykuje się metody z piaskownicy
zamiast dyskusji na argumenty. Czyżby jeszcze nie byli mężczyznami? Oto ostatnio
sam minister spraw zagranicznych poskarżył się w Watykanie na o. Tadeusza
Rydzyka za jego wypowiedzi podczas sympozjum zorganizowanego w Parlamencie
Europejskim. Zamiast dyskutować, przekonywać i ewentualnie nawet przeprosić,
nasz dorosły (?) minister poszedł z donosem do władz kościelnych. Czyżby to była
forma owego "dorzynania watahy", jak określił on swój program polityczny? Po
brutalnym cofnięciu obiecanych i należnych pieniędzy na toruńskie odwierty nie
udało się dorżnięcie Radia Maryja i dzisiaj może właśnie z tego powodu Radosław
Sikorski poskarżył się Watykanowi.

Tymczasem całemu światu już od dawna powinna być znana dyskryminacja polskich
katolików, czego jednym z przejawów była próba zablokowania toruńskiej
geotermii, w wyniku czego wszyscy – jako Naród – straciliśmy miliony złotych.
Zagrożony został także polski sukces na polu wykorzystania energii odnawialnej.
Czyżby nie było wolno głośno mówić o blokowaniu naszej samodzielności
energetycznej, a tym samym wpychaniu nas w objęcia Rosji?
Ale to nie tylko władze państwa stosują metody prosto z piaskownicy. Korzystają
z nich osoby promujące u nas obyczaje rodem ze starożytnych biblijnych miast
Sodomy i Gomory. Z niejasnych powodów nie chcą jednak przyznawać się do tej
historii i na ten temat dyskutować, wolą tylko pokrzykiwać na ulicach, narzucać
swoją ideologię lub skarżyć się do jakichś władz. Ostatnio przybysze ze
starożytnej Sodomy złożyli otwarty donos na mnie do władz uniwersyteckich,
zarzucając mi posługiwanie się "mową nienawiści". Ową "mową nienawiści" miałoby
być nazywanie mieszkańców Sodomy "sodomitami". Autorzy donosu każą nazywać się
"gejami", bo tak wymyślono kilkanaście lat temu w USA na użytek prowadzonej
homoseksualnej indoktrynacji.
Ale nie tylko na mnie skarżą się uprawiający obyczaje rodem z biblijnej Sodomy.
Ostatnio "Tygodnik Powszechny" przyniósł informację, że polscy "chrześcijanie
homoseksualiści" żądają w liście do Papieża "wystąpienia przeciwko homofobicznym
aktom przemocy na świecie". Jeśli tak dalej pójdzie, to już niedługo z
pretensjami do Papieża o "dyskryminację" wystąpią także "chrześcijańscy
cudzołożnicy", "chrześcijańscy złodzieje" czy "chrześcijańscy pijacy". Redaktor
Artur Sporniak w obszernym tekście w "Tygodniku" rozważa za i przeciw dotyczące
tych żądań "chrześcijańskich homoseksualistów". Zdaniem Sporniaka, wprawdzie
"nierealistyczne" jest oczekiwać zmiany doktryny Kościoła katolickiego w sprawie
homoseksualizmu, to jednak zawarte są w tej inicjatywie homoseksualistów także
"najbardziej słuszne postulaty", a wśród nich ten, że "niewiele albo zgoła nic
nie mówi się w Kościele o zawartej w Biblii "mowie nienawiści" wobec
homoseksualistów". Według red. Sporniaka, Biblia zatem posługuje się "mową
nienawiści". Czyżby redaktor katolickiego tygodnika wzywał do palenia lub
wycinania fragmentów Pisma Świętego? W każdym razie jestem w dobrym
towarzystwie, jeśliby nawet natchnieni autorzy Ksiąg Starego i Nowego Testamentu
mieli się posługiwać "mową nienawiści". A może to raczej język miłości dbającej
o prawdę?
"Tygodnik Powszechny" po prostu wbija w głowy czytelników homoideologię, nawet
nie stara się o pozory rzeczowej argumentacji. Przykładem jest zamieszczona
wypowiedź redaktora "Więzi", zdaniem którego "nie można bezwzględnie potępiać
związków jednopłciowych", ponieważ "bezinteresowna przyjaźń (…) jest możliwa
między dwoma lesbijkami czy gejami". Redaktor Cezary Gawryś opowiada się z tego
powodu nawet "za ustawą o związkach partnerskich". Zamiast jednak argumentów
mamy tutaj próbę zablokowania dyskursu rzekomymi faktami, że jakoby "są takie
pary jednopłciowe, które z oddaniem wspierają się aż do śmierci". Ponieważ
przeciwko faktom niemożliwa jest jakakolwiek argumentacja, w ten oto sposób –
daniem słowa honoru, że homoseksualiści prowadzić mogą święte życie, wedle
najwyższych chrześcijańskich wymagań – dalsza dyskusja zostaje wykluczona.
Pozostawia nam się tylko posłuszne wykonywanie odgórnych rozkazów, a dla
pytających, dyskutujących, wątpiących w homoideologię – lub ideał "dorzynania
watahy" – pozostawia się tylko kaganiec, donosy i dokładanie zza węgła, czyli
metody rodem nie tylko z piaskownicy, ale także ze swojskiego pejzażu PRL.

Marek Czachorowski
 

drukuj