Węgry w walce o odnowę

To historyczny moment dla Węgier. Zgromadzenie Narodowe przegłosowało w
minionym tygodniu przyjęcie nowej konstytucji. Dokument odwołuje się do Boga i
Świętej Korony Węgierskiej. Socjaliści i liberałowie nie chcieli przyjąć do
wiadomości wprowadzanych – opartych na tradycji – "nowości", jak definicja
małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny oraz zapisu o ochronie ludzkiego
życia od momentu poczęcia. W rezultacie nie wzięli udziału w procesie tworzenia
tekstu tego podstawowego zestawu praw kraju i narodu ani w głosowaniu
parlamentarnym – ich krzesła pozostały 18 kwietnia puste.

Dotychczasowa konstytucja państwa węgierskiego narzucona została narodowi w
Węgierskiej Republice Ludowej w 1949 roku, a oparto ją na konstytucji ZSRS z
1936 roku. Jej generalne przetworzenie nastąpiło co prawda w 1989 r., jednak
była to jak gdyby tylko przeróbka starego ubrania, by wyglądało jak nowe. Nie
było – jak podają twórcy konstytucji obecnie przegłosowanej – ciągłości
konstytucyjnej, powoływania się na tysiącletnie istnienie chrześcijańskiej
państwowości węgierskiej zapoczątkowanej prawami sformułowanymi przez pierwszego
króla Węgier Stefana I Świętego i przez stulecia broniącej Europy.
Na tym ostatnim, najnowszym przykładzie – konstytucji – warto zatrzymać się
jeszcze na chwilę, aby zorientować się, jakim siłom – i przy pomocy jakich
argumentów – zależeć może na niepowodzeniu dzisiejszego, przyjętego przez
wyraźną większość obywateli, pronarodowego, prochrześcijańskiego, broniącego
własnej tradycji i niezawisłości, a jednocześnie tolerancyjnego i otwartego na
nowości państwa węgierskiego. Węgierskie partie opozycyjne głoszą, że
konstytucja "nie posiada żadnej legitymacji [narodu – K.S.], gdyż jest
konstytucją partyjną, separującą siły będące przeciwwagą dla władzy i powstałą
zatem w interesie jednej partii" i "nadejdzie czas, kiedy demokraci będą musieli
usiąść przy jednym stole i zaprojektować drogę powrotną do demokracji"
(przewodniczący Węgierskiej Partii Socjalistycznej Attila Mesterházy). Nie minął
dzień, a francuski liberalny "Le Figaro" już podał, że "parlament wyraźną
przewagą przyjął tekst "ultrakonserwatywny"", "uznany przez opozycję za
sprzeczny z zasadami wolności", który "stanowi cofnięcie się w sprawie
przerywania ciąży", co jest "wyraźnym dowodem na zwiększenie się wpływów
kościoła i ruchu ochrony życia". Atak rozpoczął się także w Parlamencie
Europejskim. Delegacja MSZP przekazała posłom PE pismo zawierające krytykę
konstytucji. Wiceprzewodniczący europejskiej Partii Ludowej (PPE) József Szájer
(Fidesz) podkreślił jednocześnie, że reguły prawne konstytucji opierają się na
węgierskich i europejskich tradycjach konstytucyjnych oraz na przepisach Karty
Praw Podstawowych. Niezależnie od owych uwag przedstawicieli Fideszu
przewodniczący europejskiej frakcji liberalnej (ELDR) Guy Verhofstadt od razu
wezwał Europejską Komisję Praw Podstawowych, aby dokonała dokładnej kontroli
treści konstytucji, czy odpowiada zasadom unijnym. Zaś przewodniczący
europejskiej frakcji socjalistycznej (PSE) Martin Schulz taki sam apel skierował
do Komisji Europejskiej i Rady Europy.
Nowa konstytucja to kolejne już posunięcie rządu Victora Orbána, które wywołało
wielką burzę. Pierwszym z nich, zrealizowanym jeszcze pod koniec ubiegłego roku
i obowiązującym od stycznia roku bieżącego, jest ustawa medialna. Została ona
opracowana w miejsce przestarzałej i objęła wszystkie rodzaje środków
medialnych. Ustawa ta spotkała się z całkowicie negatywną oceną opozycji
lewicowej MSZP oraz nowej liberalnej partii Polityka Może Być Inna (LMP,
powstałej w miejsce Związku Wolnych Demokratów). Partie te zarzuciły ustawie, że
umożliwia wprowadzenie cenzury i swoje protesty wyniosły także na forum
Parlamentu UE, gdzie rozgorzała wojna słowna pomiędzy przedstawicielami lewicy
(Socjalistów, Liberałów, Zielonych) a prawicy (Partii Ludowej, do której należy
też Fidesz i Chrześcijańsko-Demokratyczna Partia Ludowa). Przeciwnicy starali
się przy tym połączyć sprawę ustawy z rozpoczynającą się w styczniu węgierską
prezydencją, w celu dyskwalifikacji ich obydwu. Obecnie ataki na węgierską
ustawę medialną już nieco ucichły po przyjęciu jej przez Komisję Europejską, tym
bardziej że zagrożenie w formie cenzury na Węgrzech też nie zaistniało, a z
zadań prezydencji rząd węgierski wywiązuje się aktywnie i bez zastrzeżeń.
Koalicja centroprawicowa na Węgrzech wprowadza w życie swoje zamierzenia
niespełna od roku. Jest to zatem okres zbyt krótki, ażeby można było w pełni
ocenić, na ile będzie w stanie plany te zrealizować. Dzięki prezydencji, którą
za niecałe trzy miesiące przejmie przyjaźnie ustosunkowana Polska, szanse na
podniesienie się, a więc na powrót Węgier do grupy państw stabilnych, wzrastają.
Czteroletni okres między wyborami mija jednak szybko. Czy rząd będzie w stanie
gospodarczo w tak krótkim czasie doprowadzić do podniesienia się stopy życiowej
przeciętnego obywatela na tyle, aby ten zrozumiał, że to, co w tej chwili ulega
przekształceniom, czynione jest i w jego interesie? Trzeba wiedzieć, że ten rząd
nadal będzie musiał działać w otoczeniu nie tylko przyjaznej mu dziś większości
narodu, ale i zajadłych przeciwników politycznych: pozornie lewicowych
nowobogackich kapitalistów MSZP oraz nieasymilujących się kosmopolitów i
globalistów posiadających także za granicą niesłychanie możnych popleczników.
Wszak premier Viktor Orbán i minister gospodarki narodowej Gyorgy Mátolscy,
opodatkowując banki oraz zagraniczne giganty handlowe i przemysłowe, niejako
włożyli kij w mrowisko światowej finansjery. Tym bardziej że i inne państwa, a
może i sama Unia, zamierzają w podobny sposób zwiększać swoje możliwości
budżetowe.

Fidesz przejmuje władzę
Ubiegłoroczne wybory parlamentarne na Węgrzech przyniosły zdecydowaną przewagę
centroprawicowej koalicji Partii Obywatelskiej Fidesz oraz
Chrześcijańsko-Demokratycznej Partii Ludowej (KDNP) – 68,13 procent, a zepchnęły
na opozycyjne krzesła rządzącą uprzednio przez dwie kadencje (osiem lat)
postkomunistyczną Węgierską Partię Socjalistyczną (MSZP) – 15,28 proc. i
doprowadziły do całkowitego rozpadu współrządzący z nią
liberalno-kosmopolityczny Związek Wolnych Demokratów (SZDSZ). Przewaga rzędu
powyżej dwóch trzecich wszystkich głosów pozwoliła koalicji Fidesz – KDNP nie
tylko na swobodny wybór rządu, którego premierem został Viktor Orbán (podobnie
jak był nim w latach 1998-2002), ale także umożliwiają uchwalanie wszelkiego
rodzaju ustaw, jako że cały ich szereg – najważniejszych, takich jak zmiana
konstytucji – wymaga zgody przynajmniej dwóch trzecich stanu parlamentu
liczącego 386 posłów.
Owe wyniki sprzed roku są znane właściwie całemu – interesującemu się polityką –
światu, rodzi się natomiast pytanie: jak obecna władza korzysta z otrzymanego od
rzeszy wyborców olbrzymiego kredytu zaufania? Obietnice przedwyborcze głosiły w
pierwszym rzędzie odnowę gospodarczą i moralną we wszystkich dziedzinach życia.
Aby móc na to pytanie odpowiedzieć, należy z jednej strony dokonać przynajmniej
skrótowego przeglądu całego minionego dwudziestolecia, rozpoczętego w 1990 roku
zastąpieniem rządów jednopartyjnych przez wielopartyjną demokrację parlamentarną
oraz pełnym wyzwoleniem się spod komunistycznych wpływów istniejącego jeszcze
(do końca 1991 roku) Związku Sowieckiego, zaś z drugiej strony trzeba
przeprowadzić analizę sytuacji kraju w okresie dwóch, a nawet trzech ostatnich
cykli wyborczych. Oczywiście ramy czasopiśmiennicze nie pozwalają na szczegółowe
rozwinięcie tematu, ale wystarcza zwrócenie uwagi na zasadnicze tendencje
dotyczące zmian, które zachodziły na Węgrzech we wzmiankowanym dwudziestoleciu,
aby móc zarysować ubiegłoroczny punkt startu rządzącej koalicji Fidesz – KDNP i
móc przedstawić zarówno już dokonane osiągnięcia oraz cele, do realizacji
których koalicja ta dąży, jak również określić piętrzące się na tej drodze
trudności oraz niebezpieczeństwa.

Szesnaście lat huśtawki
Pierwszych szesnaście lat po zmianie ustroju osiągniętej wiosną 1990 roku było
ciągłą polityczną huśtawką. W pierwszym cyklu wyborczym (obejmującym lata
1990-1994) zwyciężyło utworzone w 1988 roku centroprawicowe Węgierskie Forum
Demokratyczne (MDF) z premierem Józsefem Antallem na czele, kierujące krajem
wespół z odrodzoną po dziesięcioletnich zakazach Niezależną Partią Drobnych
Rolników (FKgP). Cztery lata później (w 1994 r.) doszła do władzy Węgierska
Partia Socjalistyczna (powstała po rozłamie rządzącej do 1990 r. komunistycznej
Węgierskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej – MSZMP), której koalicjantem
politycznym stał się, utworzony w 1988 r., najbardziej radykalny w okresie
zmiany ustroju, znajdujący się wtedy na prawym skraju palety – Związek Wolnych
Demokratów. W 1998 roku zwycięstwo wyborcze odniósł Fidesz założony w 1988 roku,
właściwie jako młodzieżowa odmiana liberalnej partii SZDSZ, ale opowiadający się
później – szczególnie od 1994 r. – po stronie centroprawicowych wartości
narodowych, dzięki czemu potrafił zastąpić w oczekiwaniach wyborczych osłabiony
wewnętrznymi sporami MDF. Również Fidesz – nie mając większości parlamentarnej –
wszedł po wyborach w koalicję ze (stale jednak nękaną wewnętrznymi sporami)
partią FKgP. Po owych czterech latach wyborcy znów opowiedzieli się po stronie
postkomunistycznej socjalistyczno-liberalnej koalicji MSZP – SZDSZ. Huśtawka
wyborcza została zatrzymana w 2006 roku, kiedy MSZP wraz z SZDSZ ponownie
wygrały, utrzymując władzę na dalsze cztery lata, a więc rządziły łącznie przez
osiem lat. Kres tej przewadze położyły dopiero opisane na wstępie krajowe wybory
w 2010 roku.

Bolesna transformacja
Przedstawione powyżej suche fakty wymagają przynajmniej krótkiego komentarza.
Otóż Węgry przed zmianą ustroju w stosunku do innych państw strefy
podporządkowanej Związkowi Sowieckiemu postrzegane były jako kraj względnego
dobrobytu. Wysokie zadłużenie zewnętrzne powstałe jeszcze w latach
siedemdziesiątych już w następnym dziesięcioleciu zaczęło jednak powodować
obniżanie się stopy życiowej społeczeństwa. Zapoczątkowana po wyzwoleniu, za
rządów MDF-u, Antalla, a kontynuowana w warunkach rządów
socjalistyczno-liberalnych masowa prywatyzacja przedsiębiorstw produkcyjnych i
handlowych (które w dużej mierze przeszły w ręce kręgów dawnej władzy
partyjnej), banków oraz wielkich gospodarstw rolnych (obejmujących ok. 85 proc.
areału) powodowała zauważalny silniej niż w pozostałych krajach
postkomunistycznych, spadek potencjału gospodarczego, zwiększenie się
bezrobocia, i to w warunkach odziedziczonego po rządach komunistycznych
wielkiego zadłużenia (rzędu 20 mld USD na 10,5 miliona mieszkańców). Wyrażana
przy tym przez kolejne rządy zgoda na zmasowane wchodzenie kapitału wielkich
zagranicznych firm handlowych pogarszała sytuację niskokapitałowego handlu
prowadzonego przez przedsiębiorców miejscowych, zaś wykup zakładów, a nawet
całych gałęzi produkcyjnych (jak np. w przemyśle rolno-spożywczym) przez kapitał
zagraniczny powodował spadek stymulacyjnego wpływu państwowej władzy na politykę
gospodarczą Węgier. Ciągłe zmiany, szczególnie ekonomiczno-finansowego kierunku
działania kraju przy każdorazowej zmianie rządzącej opcji politycznej, dodatkowo
utrudniały stabilizację i upragnione wejście na drogę trwałego rozwoju. Na
niepełność charakteru i głębokość zmian ustrojowych wpłynęło także przyjęcie –
podobnie jak w Polsce – grubej kreski przy rozliczeniach systemowych, co
sprzyjało utrzymaniu się wielu osób z partyjnej nomenklatury na wpływowych
stanowiskach w strukturach państwowych, samorządowych, spółdzielczych oraz w
mediach.

Gyurcsány pogrąża kraj
Huśtawka zatrzymała się niespodziewanie – wbrew poważnym i wielokrotnym sondażom
wykazującym przewagę Fideszu – w 2006 r., kiedy minimalną większością wyborcy
opowiedzieli się za przedłużeniem władzy MSZP – SZDSZ na następne cztery lata.
Jeszcze tego samego roku, we wrześniu, zdarzyło się jednak coś, co wywołało
zdumienie i zbulwersowało cały naród. Chodzi o przeciek z zamkniętego (rzec
można: tajnego) posiedzenia parlamentarnej frakcji największej wówczas,
rządzącej partii MSZP, które odbyło się miesiąc po wyborach, a więc w maju owego
roku, w prywatnej, nadbalatońskiej rezydencji premiera Ferenca Gyurcsánya.
Przemycona i przekazana do wiadomości publicznej mowa Gyurcsánya (będącego
premierem od połowy poprzedniej kadencji, od 2004 r. – dzięki dokonanemu wtedy w
MSZP wewnętrznemu "puczowi") wywołała na Węgrzech ogólny szok i oburzenie.
Przemówienie to, nazwane "mową w �szöd" (od miejscowości, gdzie znajduje się
rezydencja), zawierało zupełnie niezwykłe zwroty i sformułowania dotyczące
przedwyborczych działań polityczno-gospodarczych partii oraz rządu. Oto coś z
tej łączki: "…spieprzyliśmy. Nie trochę, bardzo". "Jest jasne, żeśmy stale
kłamali przez ostatnie półtora-dwa lata".
Pomimo wielokrotnych wielkich demonstracji w Budapeszcie i wielu innych
miastach, pomimo żądania partii opozycyjnych – w tym Fideszu, by premier
zrezygnował z zajmowanego stanowiska, pomimo podobnego charakteru inspiracji
prezydenta László Solyoma, Gyurcsány nie ustąpił. Powiedział tylko: "Jakiś czas
oni sobie podemonstrują, a potem przestaną". Na bezbronne tłumy demonstrantów
nasłane zostały uzbrojone oddziały policji, coś w rodzaju polskiego ZOMO.
Szczególnie zapamiętany został dzień 23 października, który jest świętem
narodowym Węgier, rocznicą wybuchu rewolucji i powstania w 1956 roku, kiedy w
Budapeszcie rozchodzące się po centroprawicowym wiecu tłumy zostały zaatakowane
przez policję, polała się krew, kilkanaście osób zostało poważnie okaleczonych,
a kilkadziesiąt brutalnie pobitych i zaaresztowanych. Demonstracje w takiej
atmosferze terroru rzeczywiście po kilku tygodniach osłabły i się skończyły, ale
oburzenie, poczucie, iż premier i jego rząd kłamią, że sfałszowane zostały przed
wyborami wyniki gospodarcze poprzedniego cyklu, że naród został oszukany i
zmuszany jest do milczenia, to wszystko pozostało. Dlatego notowania MSZP, a
przy nim i SZDSZ, zaczęły z miesiąca na miesiąc, z roku na rok maleć. Do
zmniejszającej się popularności tych dwóch partii i ich koalicji parlamentarnej
oraz rządowej przyczyniały się również i inne fakty. Kierowany przez Gyurcsánya
rząd okazał się nieudolny w działaniach. Malały inwestycje, pogarszała się
wydajność i konkurencyjność gospodarcza kraju, obok świetnie prosperujących firm
międzynarodowych walczyły o przetrwanie małe i średnie przedsiębiorstwa krajowe,
a gospodarka coraz bardziej uzależniana była od wpływów zewnętrznych. Rosło
zadłużenie zewnętrzne kraju (osiągnęło przed wyborami 2010 roku około 80 mld USD).
Zwiększało się też zadłużenie wewnętrzne zarówno sfery rządowej, jak i ludności
oraz przedsiębiorstw krajowych. Koncepcja władzy mająca stanowić przeciwwagę dla
negatywnych tendencji ekonomicznych ograniczała się właściwie do restrykcyjnej
polityki fiskalnej, wprowadzania coraz to nowych, wyższych podatków. Węgry,
wcześniej przodujący kraj, teraz zaczęły kuśtykać w końcowych partiach tabel
zestawiających osiągnięcia poszczególnych państw, w tym krajów tej grupy, która
weszła w skład Unii Europejskiej w kwietniu 2004 roku. Wysyłane do Brukseli
roczne sprawozdania finansowe węgierskiego rządu zaczęły być naciągane i
sztukowane. W rezultacie Gyurcsány uznał za stosowne – na rok przed wyborami, w
okresie dodatkowo obciążającego i Węgry światowego kryzysu gospodarczego
2008/2009 – zrezygnować z funkcji premiera na rzecz ministra rozwoju narodowego
i gospodarki Gordona Bajnaiema. Zmiana ta nie mogła już pomóc ani partii MSZP,
ani SZDSZ. Przewaga koalicji Fidesz – KDNP pozostała do wyborów ogromna.

Rząd w końcu pronarodowy
Sytuacja, w jakiej wiosną 2010 r. zaczynał pracę nowy parlament i nowy rząd z
premierem Viktorem Orbánem na czele, była opłakana. Nie tylko przedstawione już
warunki ekonomiczne sfery produkcyjnej i handlu były fatalne, ale od lat
rzutowały one negatywnie także na stan dziedzin nieprodukcyjnych, żywotnie
istotnych dla bytu i rozwoju narodu, takich jak: oświata, nauka i kultura,
służba zdrowia oraz usługi socjalne. Niezamożnego i coraz bardziej ubożejącego
narodu nie można było zatem dalej ratować z opresji nowymi obciążeniami
restrykcyjnymi, kiedy i tak już około jednej trzeciej ludności zmuszone było żyć
poniżej minimum socjalnego, a więc na skraju nędzy. Nowy, centroprawicowy,
pronarodowy rząd – silnie wspierany przez parlament – miał świadomość tej
sytuacji. Dlatego nie poddał się presji Międzynarodowego Funduszu Walutowego,
który chciał go zmusić do przyjęcia nowych pożyczek (w dużej mierze na rzecz
spłacania już istniejącego zadłużenia i jego odsetek) kosztem dalszego, jeszcze
silniejszego zaciskania pasa. Wprowadził natomiast – celem uzyskania
odpowiednich funduszy na rzeczywiste uzdrowienie gospodarki – oryginalny program
finansowy, wyraźnie odbiegający od przyjętych zwyczajów i szablonów. Nowym,
poważnym źródłem dochodów ustanowiony został specjalny, wprowadzony na trzy
lata, podatek obciążający banki oraz te wielkie (w dużej mierze międzynarodowe)
przedsiębiorstwa handlowe i produkcyjne, których centrale znajdują się za
granicą. Uzasadnienia tego kroku były właściwie dwa: w okresie światowego
kryzysu (w latach 2008-2009) właśnie te dwa rodzaje jednostek życia
gospodarczego nie tylko nie poniosły strat, ale powiększyły zyski, poza tym
trzeba, aby i one wzięły udział w przezwyciężaniu skutków kryzysu. Dzięki
odważnej i niezależnej polityce rząd Fideszu – KDNP potrafił utrzymać wymuszoną
na nim przez UE niską ratę inflacyjną na rok 2010 (3,8 proc.) bez pobierania
pożyczek zagranicznych i zaplanował na rok 2011 ratę jeszcze niższą (3,0 proc.).
Plan ekonomiczny przewiduje równocześnie rozruch gospodarki kraju poprzez
zwiększenie liczby miejsc pracy, poprzez zmniejszenie (od początku 2011 r.)
osobowego podatku pracowniczego (szja) z 17 i 32 proc. do 16 (jednakowo dla
wszystkich, by pobudzić i wzmocnić gospodarkę), przy jednoczesnym skróceniu
płatnego okresu bezrobocia (do trzech miesięcy). Poza tym przyjęty został
(wypróbowany już za czasów pierwszych rządów Fideszu, w latach 1998-2002) plan
rozwoju gospodarczego (nazwany obecnie Planem im. Kálmána Széla) zachęcający
przedsiębiorstwa do zwiększania zatrudnienia i wzrostu gospodarczego dzięki
korzystnym, niskooprocentowanym, łatwym do spłacania, kredytom. Ogromnym,
98-procentowym podatkiem obciążone zostały wypłacane uprzednio (szczególnie
pracownikom na kierowniczych stanowiskach) niesprawiedliwie i nielogicznie
wysokie odszkodowania (obowiązujące od sum powyżej 5 mln forintów, czyli ok. 75
tys. zł) za wcześniejsze zwolnienia z pracy. Równocześnie najwyższe pensje w
kraju zostały ograniczone do 2 milionów forintów (ok. 11 tysięcy USD). W wyniku
tego rodzaju posunięć ekonomicznych zaplanowane zostało także zmniejszenie
zadłużenia zewnętrznego (ocenianego w stosunku do rocznego dochodu krajowego, z
obecnych 82 proc. do poniżej 60 proc., a więc poniżej średniej unijnej).

Umiejmy być wielcy
Oprócz tych wszystkich posunięć gospodarczych położono nacisk na psychiczne i
moralne odrodzenie kraju oraz narodu. W czasach kiedy u władzy pozostawali
jeszcze socjaliści i liberałowie i cała gospodarka waliła się im na głowy,
premier Gyurcsány rzucił hasło: "umiejmy być mali" (choć jego minister
gospodarki głosił jednocześnie, że gospodarka ta rozwija się, aż "dźbörög",
czyli "dudni"). Owa małoduszność, brak wiary we własne siły, a przy tym
prywatyzowanie tego, co się tylko dało, wyprzedaż zagranicznym potentatom
resztek majątku narodowego (jak np. sprzedaż Rosjanom linii lotniczych MALÉV),
co było niejako pasywną zgodą na kolonializację Węgier (przy równoczesnej
buńczuczności i nieliczeniu się ze społeczeństwem), powodowała odczuwalną
powszechnie beznadzieję. Zabrakło celów, do których naród mógłby dążyć.
Działalność obecnego rządu, a szczególnie postawa premiera Orbána stanowią
przeciwieństwo poczynań poprzedniej ekipy. Stworzone zostały perspektywy,
wysiłek ludzki staje się opłacalny, popierane są przedsiębiorstwa krajowe,
których zyski nie będą wysyłane za granicę, a pozostaną na Węgrzech, no i kraj
przestał staczać się po równi pochyłej. Ponieważ od lat na Węgrzech utrzymuje
się niska liczba urodzeń, naród kurczy się, rząd wprowadził zasadę ulg i
przywilejów dla rodzin wielodzietnych (przy obowiązku uczęszczania do szkół
dzieci w wieku szkolnym). Badane są sprawy mające znamiona korupcji, a okazuje
się, że wiele z nich, coraz więcej, sięga elit poprzedniej władzy, która
widocznie przypuszczała, że bezprawie może uchodzić bezkarnie.
Ciężarem na sumieniach Węgrów żyjących w kraju był wynik plebiscytu (z 2004 r.)
dotyczący odpowiedzi na pytanie: czy Węgrzy mieszkający za granicą mogą otrzymać
obywatelstwo węgierskie. Został on oddolnie zainicjowany przez Światowy Związek
Węgrów, spotkał się z dezaprobatą soc-liberalnego rządu i premiera Gyurcsánya,
który osobiście wezwał ludność do głosowania na "nie". Co prawda przewagę
uzyskały głosy "tak", jednak – przy negatywnej kampanii rządowej – do głosowania
przystąpiło łącznie mniej niż 40 proc. wyborców. Głosowanie w rezultacie nie
miało mocy obowiązującej. 5 milionów żyjących poza obecnymi granicami kraju, w
tym 3,5 miliona węgierskiej ludności autochtonicznej z Niecki Karpackiej, wynik
wyborów odczuło jako policzek otrzymany od macierzy. Tę plamę zmył obecny
parlament, którego pierwszym aktem ustawodawczym (w maju 2010 r.) było
przyznanie obywatelstwa wszystkim żyjącym na świecie Węgrom (jeśli zwrócą się z
taką prośbą), co było równoznaczne z duchowym zjednoczeniem całego narodu ponad
granicami. Stanowiło to zatem wielkie zwycięstwo moralne, moralne odrodzenie
Węgrów.

 

Konrad Sutarski
 


Autor jest polskim pisarzem i poetą żyjącym na Węgrzech. Trzykrotnie był
przewodniczącym Ogólnokrajowego Samorządu Mniejszości Polskiej na Węgrzech. Jest
twórcą i dyrektorem Muzeum i Archiwum Węgierskiej Polonii. Za całokształt
działalności literackiej i kulturalnej otrzymał na Węgrzech prestiżową nagrodę
im. Bethlena (1992), a w Polsce Nagrodę Specjalną Ministra Kultury (2007).

drukuj