Biznes po góralsku

Życie nigdy nie rozpieszczało górali. Od wieków musieli zmagać się z
surową przyrodą, co ich zahartowało, nauczyło solidarności i zdrowego dystansu
do reszty świata. Nieuleganie cywilizacyjnym modom do dziś wychodzi im na dobre.
Według statystyk, Podhalanie są młodsi, niż wynosi średnia wieku Polaków, a to
dlatego, że dzieci i młodzież stanowią znacznie wyższy od krajowego odsetek
góralskiej populacji. Proporcjonalnie do liczby ludności rodzi się tu ponad trzy
razy więcej dzieci niż przeciętnie w Polsce. Górale gremialnie wyznają zdrowy
ludowy katolicyzm, tradycyjne, rodzinne, prawicowe wartości, szanują pracę i
własność prywatną. Słyną ze zdroworozsądkowej filozofii życiowej, a także z
zapobiegliwości i przedsiębiorczości. Nigdy też nie mieli kłopotów z określeniem
swojej narodowej przynależności do Polski.

Kraina małych firm
Góralska zaradność obrosła już legendą i anegdotami. Górale potrafią sobie
poradzić w każdej sytuacji, nie tylko w zmaganiach ze srogą przyrodą. Od połowy
XIX wieku stanowią najbardziej mobilną część polskiego społeczeństwa,
wyjeżdżając za pracą nie tylko do Ameryki, ale szukając zarobku po całej Europie
i Polsce. Do dziś uchodzą za jeden z najważniejszych i najmajętniejszych
segmentów amerykańskiej Polonii.
Jak informuje wydane w ubiegłym roku studium pt. "Podhale", opracowane przez
Małopolski Ośrodek Badań Regionalnych, ludność Podhala charakteryzuje się
znacznie wyższą od przeciętnej w kraju przedsiębiorczością, co postrzegać można
jako ważny czynnik rozwoju regionu. Funkcjonuje tu około 10 proc. więcej niż w
skali całego kraju firm w przeliczeniu na liczbę mieszkańców.
– Na terenie Podhala działa 16,5 tys. podmiotów gospodarczych, a gdy przyjrzeć
się prawnej formie ich działalności, to okazuje się, że są to głównie osoby
fizyczne prowadzące działalność gospodarczą – mówi Monika Wałaszek, kierownik
Małopolskiego Ośrodka Badań Regionalnych. – Bardzo często wygląda to tak, że
ktoś otwiera działalność gospodarczą na potrzeby własne, dlatego dominują drobne
firmy zatrudniające poniżej 10 pracowników, które stanowią ponad 95 proc.
wszystkich zarejestrowanych podmiotów gospodarczych – dodaje. Dużych
przedsiębiorstw z powyżej 250 pracownikami jest zaledwie kilka i stanowią
łącznie poniżej 0,5 proc. wszystkich zarejestrowanych firm.
Małe podhalańskie firmy nastawione są na wykorzystanie specyfiki związanej z
regionem, czyli na obsługę ruchu turystycznego. Zajmują się przede wszystkim
handlem detalicznym, turystyką i aktywnym wypoczynkiem, krótkotrwałym
zakwaterowaniem, usługami gastronomicznymi. Struktura taka jest
charakterystyczna dla regionów o wysokim potencjale turystycznym, generującym
wiele miejsc pracy w turystyce i usługach okołoturystycznych oraz w branżach
pokrewnych.
Stosunkowo wysoki udział w regionalnej gospodarce przetwórstwa przemysłowego,
który został odnotowany w raporcie na temat Podhala, odzwierciedla działalność
niewielkich, tradycyjnych zakładów rzemieślniczych, trudniących się obróbką
skór, drewna, tkactwem, hafciarstwem czy kowalstwem artystycznym.

Najdroższa trawa na Podhalu
Statystycznym uogólnieniom wymyka się inicjatywa zrealizowana w ostatnich latach
w Bukowinie Tatrzańskiej. Pomysł wybudowania kompleksu hotelowo-rekreacyjnego
wykorzystującego bogate zasoby miejscowych wód geotermalnych i podnoszącego
atrakcyjność tego górskiego kurortu zrodził się w połowie lat 90. ubiegłego
wieku wśród lokalnych przedsiębiorców.
– Spotykając się 15 lat temu, postanowiliśmy stworzyć coś dla naszej
miejscowości, tak aby Bukowina się rozwijała – wspomina Edward Kuchta, jeden z
głównych inicjatorów przedsięwzięcia, członek zarządu spółki Bukowiańskie
Towarzystwo Geotermalne, która jest właścicielem zespołu basenów i hotelu o
wspólnej nazwie "Bukovina Terma, Hotel, SPA". – Większość z nas posiadała jakieś
własne interesy, czy to kwatery prywatne, czy jak ja z bratem – firmę
motoryzacyjną, i w zasadzie mieliśmy z czego żyć. Praca przy termach i hotelu
była wielkim wyzwaniem niezwiązanym z chęcią natychmiastowych zysków – tłumaczy
pan Edward.
Projekt zaczął nabierać realnych kształtów w 1999 r., gdy 30 mieszkańców
Bukowiny – przyszłych udziałowców spółki, zakupiło 30-arową działkę, na której
znajdował się odwiert sięgający do złóż wód geotermalnych.
Zawiązana w 2002 r. spółka była pierwszym prywatnym podmiotem w Polsce, który
uzyskał koncesję na wydobycie wody geotermalnej. Koszty zakupu odwiertu były
duże, a jedynym bonusem, jaki góralom udało się wytargować od Skarbu Państwa,
było rozłożenie spłaty na 10 lat. Do spłacenia całości zostały im jeszcze 2
lata. Niemałym wyzwaniem okazało się też uzyskanie terenu pod inwestycję. Część
wnieśli aportem nowi udziałowcy spółki, ale pozostałe grunty trzeba było
wykupić.
– Każdy z nas wyłożył kwotę o wartości, powiedzmy, dobrego samochodu. Była to
chyba najdroższa trawa na całym Podhalu – mówi Edward Kuchta.
I tak krok po kroku, pokonując kolejne problemy, górale z Bukowiny dopięli swego
i w grudniu 2008 r. otworzyli zespół 12 basenów geotermalnych na najwyższym
europejskim poziomie mogących pomieścić jednorazowo 2,5 tys. gości. Już w
styczniu następnego roku zrodził się pomysł uzupełnienia ośrodka o budynek
hotelowy, a rok później, w grudniu 2010 r., czterogwiazdkowy hotel oferujący 437
miejsc noclegowych w 152 pokojach i apartamentach, centrum kongresowe z salą
konferencyjną, która może pomieścić 600 osób, przyjął pierwszych gości.
Patrząc na okazały obiekt wpisany w malowniczą górską scenerię, trudno wprost
uwierzyć, że na inwestycję o wartości ok. 200 mln zł odważyło się i doprowadziło
ją do pomyślnego finału kilkudziesięciu miejscowych górali.
– Był w tym nasz udział własny w postaci gotówki i gruntu, a brakującą kwotę
skredytowało nam konsorcjum Banku Polskiej Spółdzielczości SA i zrzeszonych
banków spółdzielczych – podkreśla Edward Kuchta. – Daje to dużą satysfakcję, że
kredytowały nas banki polskie, a właścicielami spółki są wyłącznie lokalni
przedsiębiorcy pochodzący z Bukowiny Tatrzańskiej – zauważa.
Co ciekawe, inwestorzy z Bukowiny zrealizowali swoją wizję bez tak reklamowanych
dotacji z Unii Europejskiej. Uznali, że obarczona biurokratycznymi procedurami
"pomoc unijna" zbyt wydłuży okres inwestycyjny, a ponadto uniemożliwi
dokonywanie zmian w pierwotnym projekcie.
Aktualnie spółka Bukowiańskie Towarzystwo Geotermalne liczy 52 wspólników i wraz
z 3 firmami podwykonawczymi daje pracę ponad 250 osobom. Zarząd i Rada Nadzorcza
składa się wyłącznie z udziałowców spółki.
– Pomysł na ten biznes stworzyliśmy sami bez udziału profesjonalnych doradców i
teraz też zarządzamy tym przedsięwzięciem samodzielnie – podkreśla pan Kuchta. –
Już widać, że dzięki termom znacznie wydłużył się w Bukowinie sezon turystyczny,
a sama miejscowość bardzo rozwinęła. My, współwłaściciele, zarobimy na samym
końcu, gdyż jeszcze nie wypłacamy sobie dywidend, przeznaczając zyski na
inwestycje i spłatę zadłużenia.
Trudno nie skojarzyć budowy term z opisanym w monografii Jana Kuchty pt.
"Bukowina Tatrzańska na tle dawnych dziejów" pełnym uporu i poświęcenia dążeniem
bukowiańskich społeczników do zapewnienia rozwoju swojej wsi na przełomie XIX i
XX wieku. Budowa kościoła i starania o ustanowienie parafii zajęło góralom z
Bukowiny prawie 30 lat. Ich solidarne działanie i opodatkowanie się pozwoliło w
okresie międzywojennym na zbudowanie drogi z Bukowiny do Poronina, okazałego
Domu Ludowego, a w grudniu 1936 r. dzięki założonej przez górali spółdzielni o
nazwie Bukowiańskie Zakłady Elektryfikacyjne we wsi zabłysło światło
elektryczne.

"Na rownym chałupa, a w grapie kawołek"
Jak wynika z opracowania Małopolskiego Ośrodka Badań Regionalnych,
przedsiębiorstwa należące do sektora publicznego stanowią na Podhalu zaledwie
2,4 proc. wszystkich podmiotów gospodarczych. Reszta, a więc aż 97,6 proc., to
firmy stanowiące własność prywatną. O tym, że górale przywiązują ogromną wagę do
własności prywatnej, a zwłaszcza do posiadanych przez siebie gruntów, opowiadane
są legendy. Najczęściej dotyczą ciągnących się latami sporów w sprawie dróg,
tras narciarskich, hal czy terenów parku narodowego.
– Czasami przywiązanie do tej ziemi jest może i za duże, ale nie ma się co
dziwić – uważa Wojciech Strączek, jeden z założycieli i współwłaścicieli stacji
narciarskiej na zakopiańskiej Harendzie. – Czy to moi rodzice, czy sąsiedzi, oni
na tym latami pracowali i nic poza tym nie mieli. "Na rownym chałupa a w grapie
kawołek", jak to się u nas mówi. Chyba że któremuś udało się wyjechać za wielką
wodę – dopowiada.
Bracia Wojciech i Jan Strączkowie przekonali się o tym na własnej skórze jeszcze
na początku lat 90., kiedy założyli dwa pierwsze wyciągi na Harendzie, które
musieli zamknąć po 3 latach z powodu protestu jednego z właścicieli gruntu. Przy
kolejnym podejściu nie popełnili już błędu i do udziału w spółce przekonali
wszystkich właścicieli stoku. Obecnie spółka liczy 8 udziałowców. Wszyscy są
mieszkańcami zakopiańskiej dzielnicy Harenda. Większość z nich prowadzi własne
pensjonaty dla turystów. Zimą Ośrodek Narciarsko-Rekreacyjny Harenda Zakopane
oferuje czteroosobową kolej krzesełkową, 3 wyciągi orczykowe, trasy o różnej
długości i zróżnicowanym stopniu trudności oraz snowpark, wypożyczalnię sprzętu
i szkołę narciarską. Obiekt posiada homologację FIS i od dwóch lat organizuje
zawody Pucharu Europy w slalomie kobiet. Kolej krzesełkowa czynna jest też w
sezonie letnim, a turyści mogą wówczas skorzystać z tras rowerowych i pieszych,
szkoły lotów paralotniowych, wypożyczalni rowerów. Ponadto spółka posiada dwie
zbudowane w stylu góralskim regionalne karczmy obsługujące ruch turystyczny.
– Na razie o dywidendach nie ma mowy, bo spłacamy kredyty – wskazuje Wojciech
Strączek. – Inwestycje były bardzo duże, a ich spłata potrwa jeszcze z 10 lat.

Ponadto spółka potrzebuje rezerwy pieniężnej na wypadek, gdyby któryś z
właścicieli postanowił sprzedać działkę na stoku. Wtedy musi taką działkę
zakupić, żeby uniknąć sytuacji, że nowy właściciel postawi na niej płot
narciarzom. – Ale jak dotąd właściciele zachowują się w sposób naprawdę
elegancki, bo gdy chcą sprzedać działkę, to pierwsze kroki kierują do spółki –
mówi Wojciech Strączek.- Nie ma tu takiej zawiści, żeby komuś zaszkodzić –
przekonuje.

Kowal spod Lublina kuje pod Giewontem
Szacuje się, że połowa górali mieszka w kraju, a połowa za granicą. Mieszkańcy
Podhala od 150 lat szukali pracy i szczęścia w innych krajach, najczęściej w
Ameryce. Na początku obecnego stulecia, jak wskazują analizy Małopolskiego
Ośrodka Badań Regionalnych, trend emigracyjny jakby ustał. Przeciwnie, wielu
górali zaczęło wracać w rodzinne strony. Zamieszkało też wtedy w Zakopanem wielu
"ceprów". Jednym z nich był Jan Mazur, kowal z dziada pradziada pochodzący spod
Lubartowa, a od 10 lat prowadzący kuźnię w Zakopanem. Wcześniej przez 40 lat kuł
w niej znany zakopiański mistrz kowalski Józef Kułak.
– To mój teść, który przyjechał kiedyś na słynne warsztaty kowali do Wojciechowa
pod Lublinem, aby podzielić się swoimi doświadczeniami – opowiada Jan Mazur. –
Poznaliśmy się tam, a on zaprosił mnie do siebie do Zakopanego. Tu poznałem jego
córkę, ożeniłem się z nią, i już zostałem.
Pan Jan nie zatrudnia nikogo, a w warsztacie wykuwa przeważnie żyrandole, okucia
do drzwi, klamki, balustrady. Wykona praktycznie każdą kowalską robotę, ale
szczególną wagę przykłada do zamówień z zakresu kowalstwa artystycznego.
– Ja robię wszystko tak, jak robiło się "downo" – mówi już trochę po góralsku. –
Nie żadnymi prasami czy mechanicznymi młotami, lecz ręcznie młotkiem od "a" do
"z", zgodnie z dawnymi technikami. Teraz wielu kowali stosuje różne "pomoce",
ale to już nie jest to. Ciekawe, że sporo zamówień dostaję także z rodzinnej
Lubelszczyzny – opowiada.

Od Spółdzielni "Przełęcz" do Stolarni Regionalnej
W ręcznym wykonywaniu mebli z zastosowaniem wyłącznie naturalnego drewna
specjalizuje się Stolarnia Regionalna Łukaszczyków w Poroninie, podobnie jak
kuźnia Jana Mazura, jedno z kilkunastu tysięcy mikroprzedsiębiorstw
funkcjonujących na Podhalu. Założył ją przed laty Stanisław Łukaszczyk-Kasecka,
gdy upadła zakopiańska Spółdzielnia Pracy "Przełęcz", w ramach której wykonywał
wyroby galanterii drewnianej.
– Nasza firma jest biznesem typowo rodzinnym – podkreśla pan Stanisław, który ze
względów zdrowotnych przepisał już stolarnię synowi Michałowi. – Syn – można
powiedzieć – wychował się w trocinach, więc nic dziwnego, że też wybrał ten
zawód. Tyle że ja byłem samoukiem, a on skończył szkołę przemysłu drzewnego w
Zakopanem i jest już w tym kierunku jako tako wykształcony.
Stolarnia ma stałych klientów w kraju oraz we Francji i Belgii, a Łukaszczykowie
podkreślają, że ich meble w 75 proc. są wykonywane ręcznie, przy użyciu
tradycyjnego sprzętu stolarskiego.
– Wszystko robimy z czystego, naturalnego drewna – podkreśla pan Stanisław. –
Najbardziej dostępnym materiałem jest świerk, ale rzeczy intensywnie użytkowane,
typu kuchnia, stoły, jadalnie, trzeba zrobić z twardego drewna, np. dębu.
Natomiast szafy czy garderoby można wykonać z drewna miękkiego, czyli świerku
lub modrzewia, bo – wiadomo – i materiał tańszy, i robocizna lżejsza – wyjaśnia.

Stolarnia regionalna wykonuje meble w stylu zakopiańskim i góralskim, a to – jak
się okazuje – nie to samo.
– Styl zakopiański, czyli witkiewiczowski, różni się od stylu góralskiego tym,
że jest bardzo rozbudowany, ma więcej zdobień i ornamentów. Natomiast styl
typowo góralski, a szczególnie góralskie meble, są takie więcej proste,
chciałoby się powiedzieć "twardsze" – tłumaczy Stanisław Łukaszczyk-Kasecka.
Zdaniem Edwarda Kuchty, piękno regionu tatrzańskiego i możliwość obcowania z
majestatem gór sprawia, że ludzie znajdują tu wyjątkowo korzystne warunki do
uprawiania wszelkiego rodzaju twórczości.
– W tym regionie jest wielu twórców ludowych, artystów obdarzonych dużymi
talentami, a także niemało ludzi przedsiębiorczych – wskazuje. – Uważam, a
podobnie myśli wielu górali, że tym pięknem, którym nas natura obdarzyła, trzeba
się podzielić, żeby inni też mogli z pożytkiem z niego korzystać.

 

Adam Kruczek

drukuj