Należy wreszcie wygrać
Projekt IV Rzeczypospolitej został wyśmiany przez większość, co wcale nie
znaczy, że został on powszechnie zarzucony. Idea odnowy państwa nie wymaga
zmian, aktualizacji czy minimalizacji oczekiwań, ale ponownego upowszechnienia i
w tej perspektywie widzieć należy nasze podstawowe zadanie.
Projekt zmian ustrojowych i społecznych zwanych IV Rzecząpospolitą powstał w
swoim zasadniczym zrębie tuż po wybuchu afery Rywina i w swojej zawartości jest
on od tego czasu niezmienny. Idea odnowy uporządkowania państwa miała oczywiście
swoją szalenie burzliwą historię recepcji – od powszechnego zainteresowania i
akceptacji, przez falę panicznego strachu wpływowych środowisk widzących w niej
– częściowo trafnie – zagrożenie dla swoich interesów, po stan obecnego
plebejskiego szyderstwa w kabaretowej odsłonie, pełnego tanich grepsów, któremu
towarzyszy dobrotliwy uśmiech i oddech zbiorowej ulgi salonu – najlepszy znak
tego, że wszystko wróciło do normy, że realne zagrożenie zdaje się już tylko
upiornym wspomnieniem z przeszłości i można się z niego bezkarnie pośmiać.
Projekt IV Rzeczypospolitej został wyśmiany przez większość, co wcale nie
znaczy, że został powszechnie zarzucony. Tym bardziej nie znaczy to, że jego
zawartość uległa zmianie bądź straciła na aktualności. Wciąż istnieją bowiem
środowiska jednoznacznie niegodzące się na obecny kształt i kondycję państwa,
widzące w postulatach jego naprawy powszechną korzyść, tyle że środowiska te
stanowią obecnie mniejszość.
Racja niewysłuchanej mniejszości to pewna stała w historii ostatnich stuleci
naszego Narodu. Warto wymienić jej najbardziej spektakularne odsłony i
zastanowić się nad przyczynami jej do tej pory konsekwentnej serii porażek.
Wydarzeniom takim jak choćby ruch egzekucyjny, próby reformatorskie pierwszych
kilkunastu lat panowania Augusta II, Sejm Czteroletni czy zryw powstańców
listopadowych towarzyszyły dość łatwo narzucające się zbieżności, które
rozciągnąć możemy i na ostatnie wydarzenia. Było to m.in. panujące w większości
społeczeństwa fałszywe poczucie bezpieczeństwa, swoistego końca poważnych zadań
publicznych. Postulat zmian jawił się większości bądź jako zamach na ich
dotychczasowy błogostan dobrobytu, małej prywatnej stabilizacji, dla której
zachowania państwo wydawało się być niekonieczne, bądź jako bezsensowne
awanturnictwo, które może przynieść jedynie szkodę. Perspektywa historyczna
dodaje jeszcze jednoznaczną i rozpowszechnioną opinię obu obozów – rację zawsze
miała mniejszość, dla naszego wspólnego dobra trzeba było się jej słuchać.
Wszystkie dotychczasowe zrywy i projekty sanacji państwa poniosły porażkę, choć
– trzeba o tym zawsze pamiętać – nie jest prawdą, jakoby na tę porażkę były z
góry skazane; wszystkie wymienione historyczne nauczki miały w chwili swych
narodzin realne szanse odniesienia sukcesu, które zaprzepaściliśmy
własnoręcznie, także wskutek błędów mniejszości. Jeżeli aktualny mniejszościowy
obóz IV Rzeczypospolitej ma odnieść bezprecedensowy sukces, to pozyskanie
wyczerpującej nauki płynącej z naszych doświadczeń historycznych wydaje się
konieczne.
Podstawowym błędem dotychczasowych mniejszości był brak adekwatnej diagnozy
aktualnych problemów oraz brak jasno zarysowanej wizji korzyści dla wspólnoty,
jakie miałyby płynąć z przezwyciężenia tych problemów. Bez jednoznacznego
wskazania błędów i sposobu wyzwolenia się z nich nie ma szans na trwalszą
mobilizację, bo zastępowanie języka konkretów mętnymi zaklęciami: "by było jakoś
inaczej", nie ma większej mocy mobilizacyjnej i funduje kolejny kardynalny błąd
– niekonsekwencję w działaniach i natychmiastowy rozpad grupy.
Dalszą bolączką reformatorów był brak jednolitego i ciągłego kierownictwa. W
takich warunkach nie ma mowy o poprawnej choćby strategii promowania, a
następnie realizowania nawet najtrafniejszego programu. Ramami takiej taktyki
prowadzonej i kontrolowanej zawsze przez wąskie centrum będą zawsze dwie
wytyczne – dotarcie do jak najszerszego kręgu nieświadomych i jednoczesne
unikanie jakichkolwiek gier z wrogiem. Wróg ten jest zawsze świadomy zagrożeń,
jakie mogą przynieść jego prywatnym interesom projekty zmian, dlatego na
partnera do rozmów się nie nadaje – nie mówiąc już o tym, że sam nigdy na serio
do takiej roli się nie zgłosi – doskonale wie, że może na nich tylko stracić.
Tradycja zgniłego kompromisu jest niestety bogata i wypadałoby również z niej
wyciągnąć jakąś naukę.
Patrząc na krajobraz dzisiejszej Polski w świetle tych rozważań, można
stwierdzić, że nie jesteśmy bez szans, przy czym wiemy już, że taka konstatacja
nam nie wystarczy. W walce o nieświadomych mamy swoje atuty, przede wszystkim
aktywny czynnik ludzki. Powstają coraz liczniejsze media niezależne i wzrasta
łatwość w dostępie do nich. Mamy centralne kierownictwo z silnym przywódcą,
autorem ostatnio wydanej diagnozy problemów Polski – jazgotliwa reakcja salonu
na jedno wyrwane z kontekstu i skrajnie przeinaczone zdanie pośrednio potwierdza
wartość tego dokumentu. Dobrze wskazujemy naszych wrogów, z którymi rozmawiać
nie ma sensu, weźmy choćby dla przykładu media głównego nurtu, których mit
neutralności padł już dawno temu, z którymi nierówna gra może przynieść tylko
porażkę. Jesteśmy również świadomi śmiertelnego niebezpieczeństwa złudzenia
koalicyjnych pertraktacji ze środowiskami nam odległymi – wiemy, że sukces
odnieść możemy tylko samodzielnie.
W pozyskaniu nieświadomych posłuży nam to, co już wiemy, a o czym oni –
pozostawieni sami sobie – mogą dowiedzieć się już wtedy, gdy będzie za późno.
Rację mamy już od dawna. Teraz należy wreszcie wygrać.
Prof. Ryszard Legutko
Autor jest profesorem filozofii, posłem do Parlamentu Europejskiego, byłym
senatorem i wicemarszałkiem Senatu VI kadencji, był ministrem edukacji narodowej
i sekretarzem stanu w Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
