Dwa kroki do IV RP

Jeśli przez projekt IV Rzeczypospolitej rozumieć zadanie takiego
unowocześnienia naszego kraju, które zachowa polską tożsamość i uczyni nas
dumnymi z bycia Polakami, to odpowiedź na pytanie, jak to zrobić, jest prosta i
składa się z dwóch kroków. Po pierwsze, trzeba umacniać te środowiska, które
określamy jako "obóz niepodległościowy". Po drugie, trzeba budować mosty
porozumienia z tymi grupami Polaków, którzy sądzą, iż publiczne mówienie: naród,
Polska, polskość, to znak jakiegoś czającego się za rogiem totalitaryzmu. Tylko
te dwie rzeczy trzeba robić – nic więcej.
Projekt IV Rzeczypospolitej to seria reform usuwających instytucjonalne
niesprawności polskiego państwa. Idzie także o osłabienie mechanizmów rodzących
niesprawiedliwość społeczną, a przez to blokujących rozwój społeczny. Taki
projekt nie jest potrzebny tym środowiskom, które uznają funkcjonujące obecnie
zasady gry w społeczeństwo za korzystne dla siebie.

Życie społeczne to gra – od nas zależy, na ile będzie to gra fair
W życiu jedni radzą sobie lepiej, drudzy gorzej. Dlatego w każdym ustroju są ci,
którym się wiedzie dobrze, i tacy, którym wiedzie się kiepsko. Wygrani i
przegrani. Wygrani stają się elitami, przegrani ludem. Środowiska wygranych są
zazwyczaj lepiej zorganizowane od grup przegranych. Wygrani, aby utrzymać swoją
uprzywilejowaną pozycję w społeczeństwie, często działają według zasady "dziel i
rządź". Nad podzielonymi łatwiej panować.
W życiu panują zasady równowagi: gra się tak, jak przeciwnik pozwoli. To, na jak
wiele może pozwolić sobie elita, w tym jak wiele niesprawiedliwych posunięć może
bezkarnie zrealizować, zależy od tego, na ile lud daje się skłócić. To zaś
zależy od tego, na ile lud jest zorganizowany. Zdolność ludzi do samoorganizacji
zależy od poziomu zaufania między nimi, od tego, co nazywamy kapitałem
społecznym. Z tym w Polsce jest kiepsko.
Nasza transformacja ustrojowa także ma swoich wygranych i przegranych. W
uproszczeniu powiemy, że mamy elity – które kontrolują najważniejsze zasoby (w
tym środki zmasowanego przekazu). I mamy lud – bardzo często niedouczony,
pogubiony, nierzadko dający sobą manipulować. Ale zarazem – i to bardzo obecne
elity niepokoi – ten lud ma w sercu Boga i Polskę. Dlaczego niepokoi? Bo ludzie,
którzy w sercu mają cynizm, lękają się tych, którzy są przywiązani do wartości.
Bo jak ktoś jest przywiązany nie tylko do swojej sakiewki, to jest zdolny do
poświęceń. I ta zdolność jest zasobem, którego często nie posiadają bogaci i
potężni. Ta zdolność to szansa na wyrównanie nierówności zasobów materialnych,
jaka występuje między stronami konfliktu.
W interesie wygranych transformacji jest z jednej strony to, by grupy z nimi
konkurujące, grupy tylko aspirujące do pozycji elit, były rozbite, z drugiej
strony zaś, by podziały nie prowadziły do takiego poziomu konfliktu, w którym
system jako całość stanie się niestabilny i elity nie będą mogły cieszyć się
swoimi zdobyczami.
W roku 2005 w Polsce wydarzyło się coś znaczącego. Obóz niepodległościowy objął
kontrolę nad częścią ogniw władzy państwowej. Obóz ten rozpoczął reformy, a przy
okazji nabrał tempa proces gromadzenia doświadczenia przez środowiska mające
szansę być nie tylko elitami tego obozu, ale elitami społeczeństwa polskiego w
ogóle. Uruchomiły się procesy głębszych przesunięć w społecznym polu sił –
zmiana proporcji między grupami wcześniej wygranych/uprzywilejowanych i
przegranych/pokrzywdzonych. To wywołało, skądinąd zrozumiałe, zaniepokojenie
dotychczasowych elit.
Ale gra nie toczyła się tylko w wymiarze wewnętrznym: z samej swej natury obóz
niepodległościowy – którego reformy, gdyby cały ich pakiet wprowadzono w życie,
oznaczałyby wzmocnienie międzynarodowej pozycji Polski – nie był traktowany
przyjaźnie przez te podmioty międzynarodowe. Tym podmiotom potrzebna jest Polska
jako partner słaby, taki, którego można sprowadzić do roli klienta, petenta,
wasala.

By reformować Polskę, trzeba – równocześnie! – robić dwie rzeczy
Trzeba wytwarzać, ciężką, niekiedy nieprzyjemną, mozolną pracą, nowe więzi
społeczne, mnożyć kapitał społeczny, gromadzić to, czego obóz niepodległościowy
ciągle ma zbyt mało.
Odpowiedzmy sobie na pytanie: co to znaczy przynależeć do elity? To posiadać
wolę wzięcia współodpowiedzialności także za innych i mieć zasoby niezbędne do
oddziaływania na społeczeństwo. Obóz niepodległościowy taką wolę posiada, ale z
przywódczymi umiejętnościami gorzej. A w tworzeniu kapitału społecznego, w
budowaniu więzi kluczowe są umiejętności przywódcze. To umiejętności nie po
prostu rządzenia ludźmi, ale organizowania ich współpracy wokół wspólnych
projektów.
Deficyt tych umiejętności wynika m.in. z braku treningu. Ale tych umiejętności
można się nauczyć. Z czego one się składają? Obejmują takie rzeczy, jak:
umiejętne wypowiadanie się na kontrowersyjne tematy, stawianie czoła
niewłaściwemu postępowaniu, spokojne wyrażanie (nie wykrzykiwanie w tłumie!)
zdania przeciwnego do opinii autorytetów, pozyskiwanie sojuszników, prowadzenie
spotkań, zachowywanie samokontroli, skuteczne wpływanie na zachowania
współpracowników.
To nie jest czarna magia; tego wszystkiego można się nauczyć. Dzięki badaniom
naukowym wiadomo, jak to robić.
Gdy się tego – wzajemnie – nauczymy, umocnimy obóz niepodległościowy,
przybliżymy Polskę do posiadania elit, które wierzą w swój kraj. Ale samo
umacnianie środowisk obozu niepodległościowego nie wystarczy.
Dotychczasowi wygrani transformacji od roku 2005 świadomie stosują politykę
dzielenia społeczeństwa. (A społeczeństwo głęboko podzielone traci zdolność do
działania jako rozumiejący swoją wspólnotę naród). Polityka ta odniosła liczne
sukcesy; może największym z nich jest sztuczka godna Goebbelsa – przekonanie
wielkiej części społeczeństwa, w tym grup przywiązanych do Polski i polskości,
że to właśnie obóz niepodległościowy zerwał komunikację między różnymi grupami
społecznymi.
Sytuacja ta stawia przed nami drugie zadanie – wcale nie prostsze od pierwszego
(polegającego, przypominam, na mnożeniu naszego kapitału społecznego): zadanie
przezwyciężenia podziałów. Zadanie budowania mostów do tej części Polaków,
którzy nas nie rozumieją, którzy podejrzewają nas o jak najgorsze zamiary,
którzy obawiają się, że gdy mówimy "naród", to chcemy ich skrzywdzić.
Gdy organizm społeczeństwa jest chory, niezbędna jest praca organiczna. Pewnie
brzmi to nieatrakcyjnie – ale jest niezbędne. Na czym taka praca powinna
polegać? Na wytworzeniu tego, co my sami, ludzie nawet całkiem "przeciętni"
(chociaż tak naprawdę każdy człowiek jest niezwykły), możemy wytworzyć. Możemy
wytwarzać to, czego Polakom bardzo brakuje, to, co w Polsce nie przyrasta w
latach transformacji. Chodzi o społeczny kapitał zaufania, bez którego ludzka
masa pozostaje tylko masą (nawet jeśli z Bogiem i Polską w sercu).
Ale to nie wystarczy. W latach transformacji w Polsce wydarzyło się coś ważnego
i niedobrego. Nadużyto języka, odwrócono znaczenia, wytwarzano klimat przemocy
symbolicznej (środowiska patriotyczne też nie są tu bez grzechu). Bez zbudowania
mostów, bez odbudowy zerwanej komunikacji nie zreformujemy Polski.
Obecnie u wielu osób, które w ostatnich latach głosowały na PO, brak związku
między działaniami i wyznawanymi wartościami stał się tak oczywisty, a powstały
przy tym dysonans tak dotkliwy, że otwarcie i agresywnie dają odpór wszystkim,
którzy mają odwagę rzucać światło na upokarzający rozdźwięk obecny w ich życiu.
Jeśli chcemy unowocześnić Polskę, nie możemy pozwolić sobie na odwrócenie się od
tych ludzi. Obecnym elitom tylko o to chodzi.
Powinniśmy wydobywać Polaków – wraz z samymi sobą – z pułapki przemocy
symbolicznej. Bardzo wiele rzeczy zaczyna się w naszych głowach. Nikt nie jest
wolny od swojego mózgu – od schematów myślowych zakorzenionych w umyśle.
Jednostka ludzka nie potrafi bowiem robić niczego, na co nie pozwoliłby mózg. To
on określa nasze poczucie słuszności, zdolność rozpoznawania dobra i zła, to, co
postrzegamy jako swój interes, a co jako dopuszczalne i niedopuszczalne. To mózg
określa nasze poczucie przyzwoitości, naszą pożądliwość, nasze obsesje i
nadzieje. To on daje (lub nie) nam narzędzia, by opierać się temu, co szkodliwe.

Jeśli pominąć to, co mamy wrodzone, wyznaczone biologicznie, to wszystko
pozostałe, co w mózgu jest obecne, pochodzi z przestrzeni kulturowej. Ten, kto
dostarcza strawę dla naszego umysłu, zyskuje nad nami przewagę, czasem trwałą
władzę. Ten, kto posiada zasoby umożliwiające skuteczne oddziaływanie na tę
przestrzeń, posiada zarazem instrumenty władzy nad innymi. Jednym z bardziej
wyrafinowanych instrumentów takiej władzy jest, opisywana nieraz przez
socjologów, przemoc symboliczna. Jest to ten rodzaj przemocy wobec człowieka,
który ofiara stosuje wobec siebie sama; przemoc, która dzieje się przy czynnym
współudziale. Jest to sytuacja, gdy dla opisu swojego położenia posługujemy się
językiem stworzonym przez naszych konkurentów; taki język powoduje, iż nie
potrafimy przeciwstawiać się im inaczej jak na ich warunkach.

"Powiedz, co czytasz, czego słuchasz, co oglądasz, a powiem ci, czego nie
rozumiesz"

Co robi w reakcji na tę przemoc wielu Polaków? Ucieka. Od polityki, od
aktywności społecznej, od Polski, wreszcie z Polski, gdy emigrują.
Trzeba tę ucieczkę powstrzymać. Przestańmy się bać rozmawiać ze sobą o polityce.
To dzisiejsze oficjalne elity mają interes w tym, byśmy się od polityki
odwracali. Byśmy – zrażeni kłótniami polityków – przełączali kanał telewizora na
"Taniec z gwiazdami". Odwracając się od polityki – odwracamy się od swojego
kraju.
Zatem moja rada jest prosta: uczmy się – nawzajem – umiejętności przywódczych i
wyciągajmy rękę do tych, którzy spoza ciągów liter snutych przez "Gazetę
Wyborczą" nie widzą już swojej Ojczyzny. Albo widzą w sposób tak inny od
naszego, iż wydaje nam się absurdalny. Nie jest przecież tak, że po naszej
stronie jest sto procent racji, a po ich stronie tylko samo zło. Zacznijmy od
próby zrozumienia, dlaczego nas się boją, dlaczego nas nie rozumieją.

 

Prof. Andrzej Zybertowicz
 


Autor jest profesorem w Instytucie Socjologii UMK. Był doradcą prezydenta RP
Lecha Kaczyńskiego ds. bezpieczeństwa państwa.

drukuj