Ostatni strażnik Rzeczypospolitej Polskiej
Na czerpanym papierze zodciśniętym ozdobnie orłem w koronie nadrukowano
imiona i nazwiska. To lista gości zaproszonych do Katynia na uroczystości 70.
rocznicy zbrodni katyńskiej na cmentarzu w Katyniu, 10 kwietnia 2010 roku.
Jeszcze 30 marca ubiegłego roku zaproszenie to sprawiało wrażenie "listy
obecności". Dziś, pisząc to wspomnienie, patrzę na nie jak na nową listę ofiar
Katynia… A niby to te same złożone kartki eleganckiego papieru. Pierwsze dwie
linijki zajmują: "1. Pan Lech Kaczyński, Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej, 2.
Pani Maria Kaczyńska, Małżonka Prezydenta RP". Tuż poniżej napis: "Delegacja
oficjalna". I tu znowu, w pierwszym rzędzie, imię i nazwisko: "Pan Ryszard
Kaczorowski, były Prezydent RP na Uchodźstwie…".
Pierwszy raz filmowałam ich oboje – prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego i jego
małżonkę Karolinę Kaczorowską zdomu Mariampolską, w 1992 roku. Siedzieli na
trybunie honorowej, odbierając defiladę zwycięstwa, na placu Piłsudskiego. Było
to 15 sierpnia, w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, w Święto
Wojska Polskiego…
Dla Polski warto żyć, a jak trzeba, to i umierać
Udało się dopiąć swego i zekipą TVP pojechać do Londynu w 1996 r., by tam 10
lipca nagrać wspomnienia prezydenta Kaczorowskiego u niego w domu. Dom – typowy
angielski szeregowiec, jednopiętrowy, z ciasnym ogródkiem za domem. Wnętrze
skromne. Spory salon-jadalnia i małe pokoiki, bardzo prosto urządzone. Przyjmuje
naszą ekipę filmową swobodnie, jakby nam chciał usłużyć, ułatwić pracę, na miarę
swoich możliwości. Kilka godzin trwa nagrywanie, ale nie prosi o przerwy. Uderza
całkowita swoboda wypowiedzi, mówi płynnie, spokojnie, bez poprawek, zpełną
świadomością każdego słowa:
"W 1939 roku miałem jeszcze 19 lat, byłem w harcerstwie, w Białymstoku
przygotowywaliśmy się do wojny zNiemcami. To było zagrożenie oczywiste, ale nikt
znas nie sądził, że będziemy najechani również ze Wschodu. Wszystkie drużyny
harcerskie brały w tych przygotowaniach udział (…), abyśmy wiedzieli, co
będziemy robili na wypadek mobilizacji.
(…) 16 września 1939 roku komendant placu doradził nam, byśmy pojechali na
południe Polski, w rejon Wołkowyska, bo tam był trzeci, zapasowy ośrodek
kawalerii, który formował pułki kawaleryjskie do wyjścia na front. W
Baranowiczach dowiedzieliśmy się, że garnizonu już nie ma, że wojska sowieckie
przekroczyły granicę i że Sowieci idą! Idą na Zachód! (…) 17 lipca 1940 roku
zostałem aresztowany na terenie szkoły handlowej, w której się uczyłem. Dyrektor
szkoły przysłał po mnie woźnego zinformacją, że ma jakąś sprawę do mnie.
Wsiadłem na rower… (wiem, że to było przed obiadem, bo mama powiedziała: "Nie
spóźnij się na obiad!"). Wsiadłem na rower tak jak stałem, w spodniach pumpach i
w koszuli, w sandałach na bosych nogach, bo było ciepłe lato, i pojechałem do
tej szkoły. Kiedy rozmawiałem zdyrektorem, otworzyły się drzwi i zobaczyłem w
nich pięciu, czterej byli umundurowani, a jeden był w cywilnym ubraniu. (…)
Data 17 lipca 1940 roku była dla mnie datą przełomową, dlatego że rozpoczęła się
zupełnie inna moja droga niż sobie w życiu wyobrażałem. Tego dnia znalazłem się
w pokoju przesłuchań oficera śledczego w budynku NKWD… Oficer ten zadawał mi
różne pytania, na które nie potrafiłem odpowiedzieć. (…) To, co zapamiętałem,
to był ten pokój, tych, których tam widziałem i właściwie pozostawiono mnie tam
samego. Po kilkunastu godzinach, późno wieczorem, zapytano mnie, co wiem o
Szarych Szeregach. (…) Nigdy nie doszedłem do tego, dlaczego moich kolegów
bito dużo bardziej niż mnie, a specjalnie okrutnie pobito tego, który nie był w
Szarych Szeregach! (…) Po trzech dniach pobytu i przesłuchań na NKWD
przewieziono mnie do więzienia, przedstawiono mi zeznanie jakiegoś kolegi, który
powiedział im, że miałem w domu powielacz i że robiłem jakieś ulotki. Czy go
miałem, czy nie, to dla nich nie było ważne. Ważne było to, że mieli uzyskane
przez nich oświadczenie innego człowieka. Wtedy zażądałem konfrontacji. Kiedy
wszedłem do pokoju, zobaczyłem tego swego, starszego zresztą kolegę,
przywiązanego do krzesła. Był on w takim stanie, że nie mógł siedzieć. Gdy tylko
wszedłem, krzyknął: "Wszystko, co powiedziałem, to tylko dlatego, że mnie
strasznie bito!". Wtedy ten śledczy powiedział: "Skoro nie chcesz nam tu nic
powiedzieć, to przewieziemy cię do więzienia do Mińska i tam krwią i potem
wydobędą zciebie wszystko to, czego będą potrzebowali!" (…). Znalazłem się w
jednym przedziale zmoim komendantem, którego również aresztowali. To było nasze
pierwsze spotkanie, w śledztwie nie wspominano o nim. (…) Ustaliliśmy
zkomendantem, jak będziemy się bronić, treść dalszych zeznań, do czego się
przyznajemy, a do czego się nie przyznajemy. Wydawało się, że stawimy czoła. I
myślę, że ta linia postępowania jakoś dopomogła nam wybrnąć ztej trudnej
sytuacji. (…) To się skończyło wyrokiem śmierci dla nas, (…) nie było więcej
żadnych innych aresztowań. (…) Dostarczono mi ten akt, ten mój wyrok śmierci,
aż na dziewięciu stronach maszynopisu. Wyliczone były wszystkie moje
przewinienia w stosunku do państwa sowieckiego, którego zresztą nie byłem
obywatelem.
(…) Rozprawa sądowa odbyła się 31.01.1940 r. w Najwyższym Sądzie Białorusi
(…). Było nas sześciu skazanych: komendant chorągwi Marian Dakowicz, po którym
ja potem objąłem funkcję, i było czterech, którzy nie mieli nic wspólnego
zSzarymi Szeregami. To była dla nas dwóch jakaś pociecha, że Sowieci nie bardzo
wiedzą, co robią, że to jest raczej prewencyjne aresztowanie. Obrońca zurzędu
przyszedł i mówi: "Nie widziałem waszego aktu oskarżenia, ale one wszystkie są
podobne, radzę wam lepiej zgóry przyznać się do wszystkiego, prosić o łagodny
wyrok, to zawsze działa". Nie skorzystaliśmy oczywiście zrady naszego obrońcy.
Prokurator skazał nas za to, że "choć nie zginął znaszych rąk żaden
czerwonoarmijny bojec, ale kto wie, co by było w przyszłości". Skazał wszystkich
nas na kary śmierci. Sąd następnego dnia wyrok zmienił i skazał na śmierć
czterech. Ten nasz obrońca zurzędu doradzał nam, żebyśmy napisali do Stalina
prośbę o łaskę, myśmy odmówili. Było nas czterech i żaden znas nie zdobył się na
to. Nie, takiego listu my nie podpiszemy! (…) "Wyrokiem sądu kryminalnego
Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej zdn. 26 lutego 1941 roku
Kaczorowski Ryszard Wacławowicz został skazany na karę rozstrzelania i
konfiskatę majątku (…) został uznany winnym, że w listopadzie 1939 roku
wstąpił do kontrrewolucyjnej organizacji przestępczej Szare Szeregi na terenie
Białegostoku, która postawiła sobie za cel obalenie władzy sowieckiej na
terenach zachodniej Białorusi" – tak brzmiał wyrok. (…) Czekaliśmy każdego
następnego dnia na wykonanie wyroku. Nie wiem, co było silniejsze, czy strach
przed śmiercią, czy żal, że nie zobaczę, jak to się wszystko skończy, że nie
zobaczę końca wojny. (…) 26.04.1941 r. wyrok śmierci przez rozstrzelanie
zamieniono nam na zesłanie na 10 lat ciężkich robót, na Kołymę. Odpadło to
napięcie… Tak, myśmy się modlili. (…) Mogliśmy się wtedy i załamać, ale
myśmy wierzyli nie tylko w swoje jakieś szczęście, ale myśmy wierzyli, że jest
Opatrzność Boża, która nas prowadzi. Wierzyliśmy, że na świecie nie wszystko
zależy od NKWD, ale że jest ponad tym jakaś siła wyższa, która światem rządzi,
Dobry Bóg.
(…) Trafiłem do grupy, gdzie była duża liczba Ukraińców. Siedziałem obok
młodego ukraińskiego żołnierza, też skazanego na karę śmierci, i wtedy
dowiedziałem się od niego tego wszystkiego o Sowietach, czego o nich nie
wiedziałem! Ukrainiec opowiadał mi o wielkim głodzie, o wywózkach, o tym, że oni
na Ukrainie nigdy się nie pogodzili zpanowaniem sowieckim. (…) Podróż na
Kołymę trwała 40 dni, za Ural, do Władywostoku. Do jedzenia była sucha ryba i
woda, może ze dwa razy była jakaś zupa (…). Po drodze dowiedziałem się, że
wybuchła wojna sowiecko-niemiecka. Potem, dalej (…) okrętem przewieziono nas z
Władywostoku na Kołymę, niektórzy wyszli tak słabi, że zokrętu trzeba ich było
siatką wybierać, jak wyładowuje się towary.
(…) Porozdzielano nas do pracy, do różnych kopalni. Ja pracowałem w kopalni
złota, nazywała się Duskania. W języku tubylców to była podobno Dolina Śmierci.
Pracowaliśmy od świtu do nocy, zegarków nie było. W obozie był jeden kran na
kilkuset ludzi, którzy chcieli ztego kranu korzystać. Umyłem się jeden raz,
kiedy nie poszedłem do pracy, pozwolono mi, gdy powiedziano, że będziemy
zwolnieni złagru. (…) Łagier to był koszmar, o którym chciałbym zapomnieć
(…) prześladował mnie długo w snach. (…) Pamiętam taki ostatni sen. Wiem, że
budzę się, nie otwieram oczu, wiem, że zaraz będzie gong, który wzywał nas do
pracy, zaczną się przekleństwa i nawoływania, ale… jakoś cicho i ciepło…
Czekam, aż ten gong uderzy, zaciskam oczy, by korzystać ztej chwili ciszy i
ciepła… Jakoś gong nie uderza, otwieram oczy i budzę się w namiocie otwartym
na Morze Śródziemne! Nie da się opisać tej radości, że ten straszny sen się
skończył, że to już nie barak więzienny, a ja jestem w namiocie wojskowym,
polskiego wojska! (…) W marcu 1942 roku znalazłem się w Armii Polskiej w ZSRS,
z2. Korpusem przeszedłem cały szlak kampanii włoskiej (…).
(…) Wolność to już w Anglii, tam zrobiłem maturę, w Londynie, jak i Szkołę
Handlu Zagranicznego, pracowałem w rozmaitych przemysłowych przedsiębiorstwach
(…), do Polski mogłem powrócić dopiero po pół wieku! (…) Moja żona, Karolina
Mariampolska, także przeszła zesłanie, do republiki Komi, pobraliśmy się w
Anglii. (…) Zostałem mianowany naczelnikiem ZHP na uchodźstwie, byłem
działaczem Stowarzyszenia Polskich Kombatantów, a 19 lipca 1989 roku wybrany
zostałem na prezydenta RP na uchodźstwie, nazywano mnie "ostatnim strażnikiem
Rzeczypospolitej Polskiej". (…) Nie ulega wątpliwości, że najmocniejszym
przeżyciem było wyjście zsamolotu na polską ziemię. Po tylu latach oczekiwań,
zawodów. Naraz nadzieje się spełniają! Wychodzi się zsamolotu, grają hymn,
jednakowy dla nas, co przylecieli, jak i dla tych, co grają! To najsilniejsze
przeżycie, jakie można mieć. (…) Przywiozłem wtedy, w 1990 roku, insygnia
władzy prezydenckiej i przekazałem je wybranemu w wolnych wyborach w Polsce
prezydentowi Lechowi Wałęsie.
(…) Na pytanie, czy warto dla Polski żyć, bardzo wielu już odpowiedziało!
Najważniejsze to wiernym być. Tylu ich było tych bohaterów, którzy woleli oddać
życie, niż wyrzec się Polski! A Polska to piękny kraj, krajobraz i ludzie… Tak
wiele ten kraj przeszedł i dokonał. Dla Polski warto żyć i pracować. A jak
trzeba, to warto dla Polski i umierać!".
Nie ma nic lepszego od polskiego chleba
Skończyliśmy nagranie, prezydent Ryszard Kaczorowski zaprasza nas do salonu,
żartuje, że sam umie przygotować jedynie herbatę, ale żona wróci za godzinę, to
i coś do herbaty się znajdzie. Zaczyna wyjmować najpiękniejsze kielichy
kryształowe, zherbami… Stoimy zdumieni… Prezydent mówi: "Doszły mnie słuchy,
że jest tu taka Polka zwami, która ma dzisiaj urodziny, chciałbym wznieść
prezydencki toast ztej okazji". I jedyny raz w moim życiu prezydent RP przemawia
na cześć speszonej warszawianki, autorki wywiadu znim, wywiadu, który dla niej
był symbolicznie dopełniającą się tęsknotą do wolności.
A kiedy wkrótce po tym przyjechał do Warszawy, przygotowałam dla prezydenta
specjalną kopię tego krótkiego filmu, aby mógł go autoryzować. Pan prezydent sam
wybrał miejsce spotkania, moją skromną kawalerkę w bardzo starym bloku na
warszawskim Muranowie. Nasłuchiwałyśmy jego kroków, gdy wchodził ze sporym
wysiłkiem na ostatnie, czwarte piętro, odrapaną klatką schodową… Dlaczego
przyszedł do takiego marnego lokalu? Bo chciał spokojnie porozmawiać o sytuacji
w Polsce; bo zamiast kolacji w wykwintnym lokalu pan prezydent wolał polski
zwykły chleb.
Gdy otworzyłyśmy drzwi panu prezydentowi, najpierw ukazał się olbrzymi bukiet
białych róż. Taka niezwykła, historyczna kolaudacja filmu – dzban zróżami.
Ostatni strażnik RP zajadający się polskim chlebem.
W mojej pamięci i w moim sercu pozostał obraz Ryszarda Kaczorowskiego jako
dobrego człowieka, który był jednocześnie prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej;
człowieka ufnego Bogu, wiernego Ojczyźnie i wiernego samemu sobie.
Anna T. Pietraszek
