Pamięć Smoleńska
"Za pięćdziesiąt lat nikt o tym nie będzie pamiętał". Tymi słowami
minister Władysław Bartoszewski skwitował znaczenie katastrofy smoleńskiej.
Powiedział tak zaledwie kilka dni po niej. Teraz mija pierwszy rok. Jeszcze
pamiętamy. Czy nasze dzieci, wnuki będą pamiętały za lat 49? Co będą pamiętały?
"Pamięć jest tajemnicą władzy" – głosi mądrość Talmudu. I można z takiej
perspektywy patrzeć na kwestię pamięci o Smoleńsku. Tak zapewne patrzy minister
Bartoszewski i partia, której służy. Co w sferze publicznej upamiętniamy, co
przypominamy w edukacji, co wpisujemy skutecznie w sferę masowej wyobraźni – to
ma oczywiście istotne znaczenie polityczne. Podobnie jak to, co udało się
zatrzeć w pamięci, zamącić, zabić.
Jest polityka pamięci i jest polityka zapomnienia. Wiedzieli o tym ci, którzy na
wieczną rzeczy niepamięć zasadzili nad dołami katyńskimi las. Im chodziło o
władzę, o fundament swojej władzy nad Polską, ale także nad Rosją, nad całą
Europą Wschodnią, a nawet – w pewnej mierze – nad wciągniętymi w kłamstwo
zapomnienia o Katyniu elitami politycznymi mocarstw zachodnich. Dla tych, którzy
wiedzieli lub domyślali się przynajmniej, co się stało z polskimi oficerami,
milczenie było właśnie współuczestnictwem w kłamstwie. A to daje wielką siłę
temu, kto ów krąg kłamstwa zorganizował, kto go mógł w pewnym sensie
kontrolować. Inni, nieświadomi, mieli się po prostu nie dowiedzieć, nie
interesować, ostatecznie splunąć na to, co się stało z elitą ich Narodu. I
zaakceptować nową "elitę" jako jedyną, oczywistą. To jest polityka zapomnienia.
"Prawda" silniejszego
Ale przecież byli też ci, którzy upominali się przez 50 lat o prawdę o losie
współbraci z Kozielska, Starobielska, Ostaszkowa. Czy robili to z powodów
politycznych przede wszystkim? Bo chcieli "dokuczyć" Moskwie? Wylać w ten sposób
swoją "rusofobię"? Chyba jednak nie. Obowiązku pamięci nie da się sprowadzić
tylko do polityki. To był, to jest także obowiązek moralny – wobec ofiar.
Niekiedy wysuwano przeciw temu obowiązkowi argumenty polityczne właśnie, jak
robił to jeszcze w roku 1986 profesor Marcin Król, który pisał wtedy: "Jak
zmusić silniejszego, żeby przyznał się do kłamstwa, skoro mu się nie chce? I po
co? Można by napisać całą rozprawę na temat okazji, kiedy ten moralistyczny pęd
do prawdy historycznej utrudniał lub wręcz uniemożliwiał Polakom polityczne
kontakty z Rosjanami. Szkodliwość podejmowania tragicznej sprawy Katynia dla
polskiej polityki – jakże mnie korci, by o tym napisać". Silniejszy ma zawsze
rację? Taka jest logika polityki. Obrońcy tamtej pamięci – pamięci o Katyniu –
nie ulegli sile tej logiki. Trzy lata po słowach Marcina Króla "silniejszy
przyznał się do kłamstwa". Bo prawda jest ostatecznie potrzebna także
silniejszemu. Prawda była potrzebna także Rosji – prawda o sowieckich,
stalinowskich zbrodniach, których Katyń był i jest symbolem.
Pół wieku uporczywej walki o pamięć okazało się, przynajmniej na chwilę,
skuteczne. Ta pamięć pozostała potrzebna Polakom, byśmy wiedzieli, że polskość,
z której możemy cieszyć się w wolności, coś kosztowała, że do czegoś nas
zobowiązuje. Ta pamięć zachowała także, niestety, swój sens polityczny. Kiedy w
moskiewskim centrum władzy zaczęło wracać potężną falą marzenie o odbudowie
imperialnej kontroli nad słabszymi sąsiadami. I zaczęły wracać kłamstwa mające
usprawiedliwić przemoc nad nimi. Także tę przemoc w Katyniu.
Obowiązek pamięci
Na to nie zgadzała się polska pamięć i polska racja stanu. Realizował ją, może
nieco kulawo, prezydent Aleksander Kwaśniewski. Podjął ją, o ileż godniej,
prezydent Lech Kaczyński. Nie tylko swoją niezwykle konsekwentną (przyznają to,
a raczej zarzucają mu, nawet jego wrogowie) polityką pamięci o pokoleniach
bohaterów, których walka i ofiara pozwoliła Polsce pozostać sobą. Nie tylko
uporem w trosce o to, by świat, by Rosja, by Polacy lekcji Katynia nie
zapomnieli. Czynił to także przecież w najważniejszym chyba momencie swej
prezydentury, kiedy to jego inicjatywa skupiła przywódców państw – właśnie
słabszych sąsiadów Rosji – w geście solidarności z Gruzją, zagrożoną
bezpośrednią inwazją. Wtedy, 12 sierpnia 2008 roku, w Tbilisi powiedział te
słowa: "Po raz pierwszy od dłuższego czasu nasi sąsiedzi z północy, dla nas
także ze wschodu, pokazali twarz, którą znamy od setek lat. Ci sąsiedzi uważają,
że narody wokół nich powinny im podlegać. My mówimy "nie"! Ten kraj uważa, że
dawne czasy upadłego niecałe 20 lat temu imperium wracają, że znów dominacja
będzie cechą tego regionu. Otóż nie będzie. Te czasy skończyły się raz na
zawsze". Tydzień później, już w Warszawie, przy okazji podpisywania umowy o
instalacji tarczy antyrakietowej, prezydent dodał słowa o politycznym znaczeniu
pamięci: "Dramatyczne wydarzenia z ostatniego tygodnia były okazją, by
przypomnieć światu, że Polska jest krajem odważnym, a jednocześnie skutecznym,
by przypomnieć światu, że hasło przodków "za naszą i waszą wolność" jest nadal
żywe w polskich sercach" (oba cytaty za: Lech Kaczyński, "Wystąpienia, listy,
wywiady: 2008, wybór", Warszawa 2009, s. 82-83 i 88-89).
Misja prezydenta i jej wrogowie
Moralny obowiązek pamięci i polska racja stanu – tak rozumiana, związana z
poczuciem współodpowiedzialności za losy naszej części Europy – łączyły się w
misji, jaką było oddanie hołdu ofiarom zbrodni katyńskiej w jej 70. rocznicę.
Tragedią tych obchodów było już to, że polski premier zgodził się podjąć grę
zaproponowaną przez Władimira Putina: grę w wykluczenie głowy państwa polskiego
z tego hołdu. To już była tylko polityka – polityka Putina, który ośmielił się
powiedzieć 7 kwietnia nad grobami polskich oficerów, iż Polaków i Rosjan zebrał
tutaj "wspólny wstyd", a potem – na konferencji prasowej w Smoleńsku tego samego
dnia dodać, że przecież Polacy odpowiadają za śmierć "32 tysięcy" jeńców
"rosyjskich" z wojny 1920 roku (a więc faktycznie Katyń jeszcze nie wyrównuje
rachunków…). Polskie media nie zauważały tych wypowiedzi, nie protestował
przeciw nim polski premier – znów obowiązywała logika: "Nie drażnić
silniejszego". Nie drażnić upominaniem się o prawdę.
Polski prezydent leciał do Smoleńska trzy dni później, by o tę prawdę upomnieć
się – nie tylko dla Polaków, dla polskich ofiar sprzed 70 lat, ale także dla
Rosjan – tych Rosjan, którzy tę prawdę pomagali odkryć i którzy współcześnie
chcieli więcej prawdy o zbrodniach stalinowskich nad swoim narodem. Pamięć o
Katyniu była dla tej prawdy, tak potrzebnej Rosji, swego rodzaju taranem.
To była wielka misja. I tylko tak powinniśmy myśleć o tych wszystkich, którzy
wsiedli do rządowego samolotu 10 kwietnia. Lecieli z wielką misją. Bardzo wielu
z nich miało tej misji pełną świadomość – niemal bili się o miejsca w tym
samolocie, w tej misji. To nie prezydent ich "zmusił". To przecież marszałek
Komorowski pisał do prezydenta z prośbą, by zarezerwował miejsca dla licznych
posłów i senatorów wszystkich klubów, którzy chcieli być w tym symbolicznym dniu
w Katyniu. Z tą misją lecieli polscy generałowie (dlaczego rząd nie mógł
"wygospodarować" dla nich dodatkowego samolotu?), z tą misją lecieli piloci i
cała obsługa lotu do Smoleńska. Z tą misją lecieli, obok prezydenckiej pary,
najgorętsi polscy patrioci, jak choćby Anna Walentynowicz, prezydent Ryszard
Kaczorowski, Janusz Kurtyka, Stefan Melak, Tomasz Merta, Janusz Kochanowski,
Sławomir Skrzypek, Władysław Stasiak, Bożena Łojek – i tylu, tylu innych…
Lecieli ci, co najbardziej w ostatnich dekadach z "[Polski] robili
nazwiska/Pacierz, co płacze i piorun, co błyska".
Smoleńskie memento
Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że tragedia 10 kwietnia nie przerwała ohydnej,
politycznej gry w niszczenie polskiej pamięci. Lot prezydenckiego samolotu
zaczął być niemal natychmiast przedstawiany jako nieodpowiedzialna "wycieczka",
jakiś kaprys "małego Kaczyńskiego". To zaś oznaczało faktycznie opluwanie
pamięci każdej z ofiar tej tragedii: nie dość, że zginęły, to zginęły tak
"głupio", w jakiejś "prywatnej awanturze"… Ale to także było i jest opluwanie
pamięci ofiar Katynia, pamięci całej polskiej historii walki o niepodległość, o
polskie państwo – pamięci, której zwycięska mogiła w katyńskim lesie jest jednym
z najważniejszych symboli.
Dlaczego ta mogiła jest zwycięska? – ktoś zapyta. Dlatego, że nie zapomnieliśmy
o niej przez 50 lat – i na prawdzie o Katyniu budowaliśmy nową niepodległość.
Chcieliśmy na niej budować także nowe, bezpieczne, dobre dla Polaków i dla
Rosjan stosunki z naszą wielką wschodnią sąsiadką. Tyle że niepodległości i
zarazem wolności w szerszej niż Polska strefie Europy Wschodniej nie buduje się
łatwo i nie da się jej osiągnąć raz na zawsze. Trzeba o te wartości zabiegać
stale. O tym przypominał Katyń. Teraz przypomina Smoleńsk.
I o tym chcą zapomnieć ci, którzy chcieliby uwierzyć, że historia się skończyła.
Że oni i ich osobisty sukces zamykają historię Polski przynajmniej. Niegdyś
Andrzej Wajda w swoim tak sugestywnie pokazanym "Popiele i diamencie" walkę o
polską niepodległość, walkę z komunistycznym okupantem przedstawił jako głupią
właśnie, bezsensowną ofiarę, która kończy się na śmietniku. Śmietniku historii.
Dziś znowu chodzi o pokazanie bezsensu, głupoty polskiej historii. Chodzi o
wyszydzenie tragedii smoleńskiej, o wyrobienie odruchu znużenia, zniechęcenia do
pamięci o niej. Bo czy warto pamiętać o "jakimś wypadku lotniczym"? To może
sprawa prywatna rodzin indywidualnych ofiar. Niech nie wciągają do tej żałoby
Polski, nas, spokojnych, cieszących się życiem obywateli… Takie sugestie,
takie komentarze czytam wciąż.
Polski wtedy nie będzie
Czy naprawdę nie chcecie zrozumieć, że to demokratycznie wybrany prezydent RP,
konstytucyjny symbol suwerenności Polski, wraz z najgodniejszą reprezentacją
leciał w najbardziej symboliczne miejsce z walką o tę suwerenność związane, by
to miejsce, rocznicę i pamięć polską uszanować? Że chodzi o całą naszą
wspólnotę? Że ta tragedia musi obchodzić każdego, kto czuje się obywatelem RP?
Czy wolno wobec tej tragedii szydzić z krzyża, który ją upamiętnia? Tak, w
Polsce wolno szydzić z krzyża, cały patos tragedii i zwycięstw naszej historii,
które Smoleńsk roku 2010 tak poruszająco przywołał – wolno opatrzyć szyderczą
ironią. Wolno, bo chcą tego, a przynajmniej zgadzają się na to ci, którzy mają w
Polsce dzisiejszej władzę. Ale czy mają władzę także nad historią, nad pamięcią,
nad jej przyszłością?
O sensie znaku krzyża z niezwykłą (a może dla siebie zwyczajną właśnie)
przenikliwością napisał w ostatniej książce Benedykt XVI: "W walce z kłamstwem i
przemocą prawda i miłość nie mają w gruncie rzeczy żadnej innej broni poza
świadectwem cierpienia" ("Jezus z Nazaretu", cz. II, Kielce 2011, s. 60). Tę
myśl, tak głęboką i prostą w swym chrześcijańskim przesłaniu, ośmielam się
dedykować niektórym polskim biskupom. Rozumieją ją, może instynktownie, ci,
którzy pod znakiem krzyża czczą pamięć smoleńskich ofiar.
10 kwietnia 2010 roku przypomniał światu i Polakom nasze wielkie cierpienie.
Cierpienie Katynia. Prawda o Katyniu, a przez to o zbrodniczej naturze
sowieckiego systemu, mogła dopiero po 10 kwietnia dotrzeć także szerzej do
milionów Rosjan. Upór w walce o pamięć o Katyniu przyniósł nawet, choć bez mocy
prawnej, pierwszą uchwałę Dumy rosyjskiej potępiającą tę zbrodnię jako jedną ze
"zbrodni stalinowskich". Wierność trwania pod krzyżem smoleńskim także może
kiedyś oczyścić pamięć Rosji – i pamięć Polski. Może oczyścić z kłamstwa i
medialnej przemocy, której ofiarami padają miliony naszych współobywateli i
naszych sąsiadów.
Nie możemy tylko pozwolić sobie wmówić, że powinniśmy już zapomnieć, że na pewno
zapomnimy, że nie warto zabiegać o prawdę – bo "cóż to jest prawda"? Może za 50
lat, może nie my, ale nasze dzieci czy wnuki, będą mogły skosztować owoców tego
uporu: wierności ofiarom. Może ten czas nadejdzie szybciej? Nie wiem, ale wiem,
że jeśli za 50 lat nikt nie będzie pamiętał o katastrofie smoleńskiej, to nie
będzie tutaj Polski. Przynajmniej tej, jaką znamy od tysiąca lat: wiernej
Krzyżowi.
Prof. Andrzej Nowak
Autor jest historykiem, wykładowcą na Uniwersytecie Jagiellońskim,
redaktorem naczelnym dwumiesięcznika "Arcana".
