Ta rana nie jest zagojona
Z ks. abp. Andrzejem Dzięgą, metropolitą szczecińsko-kamieńskim, rozmawia
Sławomir Jagodziński
Mija rok od katastrofy samolotu rządowego pod Katyniem i śmierci blisko 100
osób z parą prezydencką na czele. Jakie wspomnienia i refleksje towarzyszą
Ekscelencji w związku z tą rocznicą?
– Znaczenie katastrofy smoleńskiej jako wydarzenia będzie w naszej świadomości
narastało. Ciągle w pełni go jeszcze nie ogarniamy. Wszystko się w nas wtedy "na
chwilę zatrzymało". Ta chwila "zatrzymania" u jednych trwała kilka dni, u innych
trwa nadal i będzie jeszcze trwała całe lata. To jest kwestia osobistego
przeżywania i doświadczania czegoś w sercu. To swoiste "zatrzymanie" we mnie
powraca zawsze, nie tylko gdy myślę o tragicznej śmierci tych osób. Tragicznej
śmierci wielu osób doświadczają bowiem ich bliscy praktycznie każdego dnia. To
niejako "zatrzymuje" codzienność ich rodziny.
Tutaj jednak dokonało się coś, co dotyka także duszy naszego Narodu. Jest to
dość trudny do formalnego określenia obszar naszego doświadczenia Polski. Chyba
szczególnie trudny w obecnym pokoleniu, gdyż skutecznie pomijany lub wyciszany w
mediach utrudnia mówienie o własnym Narodzie i własnym państwie. To jest kwestia
używania lub lęku przed używaniem pewnego języka, określonych sformułowań,
mających własną, jednoznaczną dla wszystkich i akceptowaną treść. Zatrzymaliśmy
się rok temu na chwilę jako wspólnota Narodu, bo coś przeżyła Polska, i to nie w
kategoriach statystycznych, ale w kategoriach duchowości i odpowiedzialności
Narodu. Otworzyła się nowa, poważna rana. Dlatego to tak zabolało. Ciągle boli,
bo rana nie jest zagojona. Stąd zasadność pytania o to, co nas wtedy zabolało,
czego nam ciągle brakuje, co może (a nawet powinno) w nas znowu ożyć, na jakich
warunkach, czy to nowe ożywanie następuje czy też nie i dlaczego itd. Bo
rzeczywiście, zginęli ci, którzy zajmowali się Polską, nieśli ją w sercu. Teraz
powinno przybywać osób, które świadomie, mądrze i szczerze zajmują się sprawami
Polski. Pewne znaki takiego faktycznego ożywienia zainteresowania Polską w
kategoriach narodowych i państwowych ja osobiście dostrzegam.
Katastrofa smoleńska ukazała nowe oblicze naszego Narodu, ujawniła bardzo
propaństwowe myślenie, co nas wszystkich, pomimo ogromu przeżywanej tragedii,
podtrzymywało na duchu. Bardzo szybko okazało się, że jest wiele środowisk,
które to oblicze postanowiły zamazać. Jedyną chyba pewną ochroną tego oblicza
jest nadal Kościół, który uczy miłości do Ojczyzny. Kościół i krzyż też został
zaatakowany…
– Jezus Chrystus jest dla każdego Drogą, Prawdą i Życiem. Częścią tej
ewangelicznej Prawdy o każdym z nas jest prawda o naszym Narodzie, z którego
wyrastamy, który nas współtworzy i współokreśla i który my współtworzymy i
przekazujemy kolejnemu pokoleniu jako duchowy depozyt. Jest to element
personalizmu chrześcijańskiego. Dlatego Kościół mówi o Ojczyźnie i próbuje
ciągle na nowo uczyć Ojczyzny, ze szczególnym akcentem na potrzebę
dyspozycyjności, czyli służby Ojczyźnie włącznie. Prymas Tysiąclecia powtarzał,
że Polska jest po Bogu jego największą miłością. Ojciec Święty Jan Paweł II
wielokrotnie mówił o Polsce jako Matce. Tej miłości oni uczyli nasze pokolenie.
Faktem jest, że są dzisiaj osoby, także w obecnym życiu publicznym, którym takie
mówienie nie pasuje. Może dlatego, iż prowadzi wprost do stwierdzenia powinności
wobec Ojczyzny, a ktoś chciałby mieć tylko uprawnienia. A przecież właśnie
powinność, a nie chęć wyjazdu turystycznego poprowadziła rok temu wszystkich
uczestników przerwanego lotu do Katynia na obchody 70. rocznicy niezwykłego aktu
ludobójstwa, dokonanego na elitach polskiego Narodu. Krzyż Chrystusa jest i
zawsze będzie znakiem przyjmowania powinności z racji na miłość. Może dlatego
taka agresja ze strony tych, którzy nie chcą mówić o powinnościach wobec własnej
Ojczyzny.
W ostatnich dniach np. słucham z niedowierzaniem niektórych dyskusji na temat
rozumienia własnej narodowości. W pytaniach spisu powszechnego narodowość jest
wręcz sprowadzona do pojęcia grupy etnicznej (chodzi o wskazanie przynależności
do innego narodu lub grupy etnicznej). Coś jest bardzo zamazywane albo w
rozumowaniu wielu już dawno zostało zamazane i dlatego trudno tym językiem z
nimi rozmawiać. A bez poczucia narodowości trudno jest budować postawę
prawdziwie obywatelską, gdyż pozostanie z niej jedynie formalna, nawet jeżeli
lojalna, przynależność do państwa. Nazwa państwa, jego dzieje, doświadczenie
duchowe stają się wtedy wtórne.
Katyń i Smoleńsk rzeczywiście bardzo ożywiły te obszary myślenia i mówienia o
Polsce w kategoriach patriotycznych i wręcz narodowych. I nie ma w tym mówieniu
(o powinnościach wobec własnej Ojczyzny i własnego Narodu) nijakiej agresji czy
nawet niechęci wobec innego narodu. Miłość, ewangelicznie rozumiana, nie
prowadzi przecież do nienawiści. Mam wrażenie, że przeżycie pierwszej rocznicy
katastrofy smoleńskiej nie tylko nie zakończy etapu wielu modlitw, spotkań i
dyskusji, ale wręcz je pogłębi, przenosząc coraz bardziej akcent na kontynuację
modlitw już w intencji całego Narodu i Ojczyzny. Oby tak się stało i oby
zaowocowało to wolą pogłębionej i świadomej pracy na rzecz dobra wspólnego.
Jak Ksiądz Arcybiskup odbiera to wszystko, co się dzieje w sprawie
dochodzenia przyczyn katastrofy i pokazania wszystkich okoliczności? Wielu
chciałoby chyba pogrzebać jak najszybciej pamięć o tym wydarzeniu…
– Po pierwsze, staram się śledzić dość uważnie doniesienia na temat trwających
prac wyjaśniających. Zgadzam się z twierdzeniem, że wiele wskazuje na dominującą
postawę lęku przed prawdą. Spotkałem nawet głosy, że lepiej, żeby się Polacy nie
dowiedzieli pełnej prawdy, bo będzie ona gorzka. Ale naród potrzebuje prawdy jak
świeżego powietrza. Po drugie, Katyń i Smoleńsk splotły się już na zawsze w
polskiej historii i w polskim myśleniu. Z jednej strony Smoleńsk nie jest
Katyniem. To prawda. A jednocześnie, z racji na cel podróży, na intencję, na
datę i na wiele innych – często nawet subiektywnych, ale także ważnych –
okoliczności Smoleńsk z Katynia wyrasta, dlatego jest i pozostanie jego
kontynuacją. Do tego dochodzi przestroga przed tzw. filozofią Gibraltaru, czyli
twierdzeniem o niemożności wyjaśnienia czegoś kiedykolwiek. O takiej niemożności
mówi się najczęściej wtedy, gdy gdzieś brakuje woli. Ja czekam cierpliwie na
oficjalne wyniki prac kolejnych komisji i zespołów. To bowiem otworzy nowy etap
społecznej dyskusji. Szkoda mi jednak wielu, rzeczywiście już utraconych
szczegółów, które mogły pomóc w dotarciu do prawdy. W wielu przypadkach można tu
mówić o swoistym niedopełnieniu powinności.
W wywiadzie dla "Naszego Dziennika" po pogrzebie pana prezydenta Lecha
Kaczyńskiego i jego małżonki zwracał Ksiądz Arcybiskup uwagę, że w te dni
poczuliśmy się trochę zdrowsi, bo przywrócone zostało trochę prawdy o
prezydencie. Z czego wynika to, że tej prawdy wciąż tak trzeba bronić?
– Prawda jest potrzebna, chociaż jest trudna. Ale dlatego ma wartość. Warto o
nią się starać i warto w nią inwestować. Rok temu doświadczaliśmy bardzo
radykalnie wartości prawdziwego mówienia o panu prezydencie Lechu Kaczyńskim,
dzisiaj bardziej doświadczamy potrzeby prawdy o całym wydarzeniu. Jest to
przecież część prawdy o nas wszystkich jako o Narodzie i o państwie.
Wydawało się, że po dramatycznych wydarzeniach sprzed roku w jakiś sposób
pokonany zostanie problem nienaturalnej agresji, która w Polsce traktowana jest
jako instrument walki partyjnej. Niestety, jak widzimy, tak się nie stało i
można powiedzieć: wróciło stare. Jak Ksiądz Arcybiskup myśli, dlaczego tak się
dzieje?
– To zjawisko dotyczy rozumienia polityki jako sposobu rządzenia społeczeństwem,
z manipulacjami włącznie. To jest jednak zjawisko tzw. postpolityki. Zaś
polityka oznacza i musi oznaczać realną troskę i pracę na rzecz dobra i rozwoju
własnego narodu i państwa. Ufam, że doczekamy powrotu prawdziwego rozumienia i
uprawiania polityki.
Na beatyfikację Jana Pawła II wybiera się wiele osób z naszego życia
społeczno-politycznego. O co można do nich zaapelować? Czy udział w tej
uroczystości do czegoś powinien zobowiązywać osoby pełniące władzę, posłów,
senatorów?
– Powinien. Ale faktycznie należy – niestety – dopuszczać sytuację, w której tak
nie będzie. Każdy tu sam decyduje. Uczestniczyć w jakimś wydarzeniu, wewnętrznie
je przeżywając, to jedno, a być obecnym to drugie. W wydarzeniach formalnych, w
których jest pewien obowiązek obecności (także w przypadku wydarzeń z elementami
religijnymi), można to dopuszczać. Jednak beatyfikacja jest wydarzeniem ściśle
religijnym. Kto się na nią wybiera, powinien to więc czynić przede wszystkim z
racji duchowych. Ufajmy, że tak będzie. Tym bardziej módlmy się też o duchowe
owoce tej beatyfikacji, gdyż w tajemnicy świętych obcowania (w które przecież
wierzymy) Jan Paweł II jest w stanie pomagać nam w wielu kwestiach, nade
wszystko w tych sprawach, o które tak bardzo zabiegał w czasie swojego
ziemskiego życia. Chodzi o sprawy systemu wartości, z postawieniem Boga i Jego
prawa na pierwszym miejscu, o rozumienie wolności religijnej, o prawo narodów i
osób do wolności, o troskę o życie, o rozumienie małżeństwa i rodziny, o
widzenie miejsca Polski silnej i zasobnej wśród narodów Europy i świata, o
pogłębioną miłość własnej Ojczyzny i cały szereg innych kwestii. Udział w
beatyfikacji Jana Pawła II powinien być więc swoistą deklaracją wierności jego
myśli i jego dziełom.
Dziękuję za rozmowę.
