Uczmy się od Malty
W Warszawie spotkali się wczoraj szefowie rządów Malty i Polski. Lawrenc
Gonzi i Donald Tusk rozmawiali m.in. o rozwoju stosunków dwustronnych oraz
sprawach dotyczących Unii Europejskiej, w tym koordynacji polityki gospodarczej
państw członkowskich i pakcie Euro Plus. Głównym punktem tego spotkania było
podpisanie dwóch porozumień pomiędzy krajami dotyczących unikania podwójnego
opodatkowania oraz współpracy pomiędzy ministerstwami spraw zagranicznych Polski
i Malty. Spotkanie to może jednak okazać się bardziej owocne dla polskiego
premiera, niż wygląda to na pierwszy rzut oka. Maltańskie władze mogły bowiem
przekazać Donaldowi Tuskowi wiele wskazówek, jak – będąc dużo mniejszym od
Polski krajem – skutecznie budować do siebie szacunek na arenie międzynarodowej,
a jednocześnie zachować wszystkie ważne dla swoich obywateli wartości.
To, co łączy Maltę i Polskę, to na pierwszy rzut oka przede wszystkim wiara
katolicka. Zarówno nad Wisłą, jak i na tej wyspie na Morzu Śródziemnym ponad 90
proc. obywateli deklaruje się jako katolicy. Według najnowszych badań aż 98
proc. Maltańczyków jest właśnie tego wyznania. To jednak, co odróżnia władze w
obu państwach, to fakt, iż za deklarowanym katolicyzmem maltańskich polityków
idą także wynikające z takiego światopoglądu działania. Nie do pomyślenia wydaje
się fakt, żeby którykolwiek z najwyższych dygnitarzy mówił publicznie, że jest
katolikiem, i w tym samym zdaniu twierdził, iż popiera procedurę sztucznej
reprodukcji, którą – jak wiadomo – Kościół katolicki zdecydowanie potępia jako
dalece niemoralną. Nie do pomyślenia wydaje się także dla maltańskich polityków
popieranie jakichkolwiek "kompromisów aborcyjnych", które dla wielu
"katolickich" posłów w Polsce są najlepszym rozwiązaniem. Dzięki wytrwałym
działaniom i pomimo licznych przeciwności oraz ataków ze strony środowisk
liberalnych oraz elity europejskiej Malta na stałe wpisała do swojej konstytucji
ochronę życia człowieka od poczęcia aż do naturalnej śmierci.
Kilka lat temu Malta wprowadziła zapisy bezwzględnie chroniące dzieci w
prenatalnej fazie życia. Odrzucono wówczas argument, który dziś stawia także
większość polskich polityków broniących "aborcyjnego kompromisu" w Polsce, o
tym, że aborcja musi być dozwolona, jeśli zagraża ona życiu kobiety.
Wprowadzając nowe prawo maltańskie, władze w pierwszym rzędzie podkreślały, że
nie wolno nikomu narzucać takiej decyzji. Ponadto, jak zauważono, przypadki
ciąży zagrażającej życiu kobiety zdarzają się raz na 50 tys., wobec czego przy
liczącej ok. pół miliona osób populacji Malty ginekolodzy i położnicy mieliby do
czynienia z takim przypadkiem raz na 12 lat. Jak mówi szef Maltańskiej Akademii
Położników i Ginekologów Donald Felice, przez ponad 40 lat swojej praktyki
lekarskiej nie spotkał się z przypadkiem, że aby uratować życie kobiety,
należało ją poddać aborcji. Lekarzy zachęcających do zabicia poczętego dziecka i
przeprowadzających te brutalne procedury czekają na Malcie dotkliwe kary, z
pozbawieniem wolności do lat czterech włącznie.
W dyskusjach na temat poszanowania życia i w porównywaniu modeli maltańskiego i
polskiego bardzo często pojawia się argument, że Malta jako mało znaczący kraj
może pozwolić sobie na tego typu "fanaberie" i nie poddawać się unijnemu
dyktatowi. Stwierdza się wówczas, iż Polska musi dostosowywać się do
"europejskich standardów", aby "wyjść na wiarygodnego partnera". Dlatego też
nasze państwo, zgodnie z zaleceniami unijnych trybunałów, musi wypłacić
gigantyczne odszkodowanie kobiecie za to, że nie zabiła własnej córki.
Oponowanie wobec absurdów proaborcyjnych przepisów nie musi jednak wcale czynić
z kraju mniej wiarygodnego przedstawiciela na arenie międzynarodowej. Najlepszym
tego przykładem jest właśnie Malta. To, że w tym kraju obowiązują przepisy tak
jednoznacznie broniące życia poczętego, szanuje nawet… prezydent Stanów
Zjednoczonych Barack Obama. Ten najbardziej pro-choice szef Białego Domu w
historii USA mianował swoim ambasadorem na Malcie katolika profesora Douglasa
Kmiecia. Ten ostatni był wprawdzie wielokrotnie atakowany przez środowiska
pro-life za popieranie prezydenta o takich poglądach, lecz – jak sam mówi – jest
zdecydowanym obrońcą życia, a swoje poglądy zachował jeszcze z czasów pracy na
Uniwersytecie Katolickim Notre Dame oraz w administracji Ronalda Reagana.
Łukasz Sianożęcki
