Dlaczego czekam na polski raport
Z adwokatem Ryszardem Lubasem, byłym wykładowcą na Wydziale Lotnictwa
Politechniki Rzeszowskiej i kontrolerem ruchu lotniczego, rozmawia Marcin Austyn
Na obecnym etapie badań przyczyn katastrofy smoleńskiej oficjalnie nic o niej
nie wiemy?
– Dokładnie, przynajmniej dopóki nie będzie raportu czy to rosyjskiej komisji,
na czele której stanął premier Władimir Putin, czy polskiej, której przewodzi
minister Jerzy Miller.
To jak traktować raport Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego i tzw. polskie
uwagi do jego projektu?
– To, co "sprezentował" nam Międzypaństwowy Komitet Lotniczy (MAK), było czymś
żenującym, ale nie dla nas, tylko dla samego MAK. Przede wszystkim MAK nie
posiadał i nie posiada żadnych uprawnień do sporządzania takich raportów w
imieniu państwa rosyjskiego. Z tego powodu oficjalne odnoszenie się do tego
"raportu" w formie polskich uwag było nieporozumieniem. Jeżeli mieliśmy swojego
akredytowanego, płk. Edmunda Klicha, to on był jedyną kompetentną osobą, by
zabierać w tej sprawie głos. On to czynił przez wiele miesięcy. Widać to
chociażby w owych "uwagach", gdzie zamieszczono cały szereg niewykonanych przez
MAK oczekiwań strony polskiej. Przecież to były pytania formułowane przez
najwyższej klasy specjalistę, szefa PKBWL, oraz przez jego ekspertów. Brak
odpowiedzi MAK na wątpliwości i pytania stawiane przez płk. Edmunda Klicha, a
następnie budowanie przez MAK niewiarygodnych hipotez i ocen kompromituje tę
instytucję całkowicie. Jeżeli te jego (płk. Edmunda Klicha) kilkumiesięczne
wystąpienia i zabiegi nic nie przynoszą, to w jaki sposób można cokolwiek
sensownie zbadać. Ex nihilo nihit fit.
Działania strony polskiej i rosyjskiej zostały uzgodnione w umowie ustnej
między Dmitrijem Miedwiediewem i Donaldem Tuskiem? Jaką rolę miał więc spełniać
załącznik 13 do konwencji ICAO?
– Chodziło o wskazanie reguł postępowania przy badaniu wypadku lotniczego, które
zresztą są znane od kilkudziesięciu lat. Jeżeli jednak je wskazano jako podstawę
prawną dalszych działań obu (rosyjskiej i polskiej) komisji powypadkowych, to
należało się ich trzymać. To dotyczyło zarówno strony polskiej, jak i
rosyjskiej. Teraz powstaje pytanie, czy brak odpowiedzi na zapytania płk. Klicha
było trzymaniem się tych reguł przez MAK, czy też nie? Odpowiedź jest oczywista.
Ale zastrzegam, że ta uwaga odnosi się do MAK, a nie do komisji rosyjskiej
pracującej pod kierunkiem premiera Putina.
Ustna umowa była wiążąca?
– W mojej i nie tylko mojej ocenie, ta zawarta ustnie międzynarodowa umowa była
w tych okolicznościach właściwa i prawidłowa, oczywiście pod warunkiem, że obie
strony zachowują się po dżentelmeńsku i trzymają się tego, co uzgodniono. W tym
świetle reguły działania zespołów badających wypadek lotniczy zawarte w
załączniku 13 do konwencji ICAO były swoistym drogowskazem i wyznaczały kierunki
działań osób i instytucji badających wypadek lotniczy. To, że przyjęto przez
obydwie strony umowy najwłaściwszą metodologię do badania tego wypadku, nie
ulega dla mnie wątpliwości. Na pytanie, w jaki sposób MAK jako organ służebny
wobec komisji państwowej kierowanej przez premiera Władimira Putina, służebny
wobec komisji państwowej kierowanej przez ministra Jerzego Millera, i służebny
wobec polskiego akredytowanego płk. Edmunda Klicha spełnił swe zadanie, chyba
nie ma potrzeby odpowiadać. Ale nie należy litościwie spuszczać zasłony
milczenia na to, co czynił MAK.
Konstrukcja tej umowy powoduje, iż trudno się dziwić, że Rosjanie tak często
odbiegali od wytycznych załącznika 13.
– Proszę nie utożsamiać Rosjan z MAK. Jak dotąd, sami Rosjanie się z tą
instytucją nie utożsamiają. Jest to dla nich pomocniczy organ techniczny. Jeżeli
ustalono na najwyższym szczeblu, że trzymamy się metodologii badań wypadków
lotniczych wypracowanej przez społeczność lotniczą, zapisanej w załączniku 13 do
konwencji chicagowskiej, który uszczegóławia, co badamy, jak badamy, w jakiej
formule, kto to weryfikuje, w jakim czasie, jakie są obowiązki informacyjne,
jaki jest obieg dokumentów itd., to należało dopełnić tych zobowiązań. Z naszej
strony również. Załącznik 13 jest tutaj idealnym narzędziem, inaczej zbadanie
przyczyn jakiegokolwiek wypadku lotniczego byłoby bardzo trudne. Jeśli jednak
nie udzielano odpowiedzi na pytania płk. Klicha, które były stawiane na
przestrzeni prawie połowy ubiegłego roku, to o jakiej metodologii mówimy?
Jednak premier Putin scedował na MAK badanie tej katastrofy…
– Powierzył MAK zbadanie aspektu technicznego tej katastrofy.
Z działań tej organizacji – publiczne wystąpienia, publikacja raportu MAK –
wynika, że gen. Tatiana Anodina najwyraźniej zrozumiała, że to MAK bada wszelkie
okoliczności wypadku Tu-154M…
– Nie mnie oceniać zawiłości myślowe gen. Anodiny. Jedno jest pewne: jeżeli
umówiono się co do stosowania reguł załącznika 13, to nie może być takiej
sytuacji, że nawet na jedno, być może najbardziej błahe zapytanie polskiego
akredytowanego, nie udziela się odpowiedzi. To jawne złamanie reguł postępowania
odpowiedzialnego. W tym kontekście szefowa MAK nie przestrzegała zasad.
Jak wobec tego wytłumaczyć to, że MAK wydał "raport końcowy", a premier Putin
nie zareagował?
– Tu wkraczamy w sferę polityki, którą wolałbym pominąć. Nie wiem, czy premier
Putin miał reagować. Wiem tylko, że nasze władze nie powinny się na temat tzw.
raportu końcowego MAK wypowiadać. To nie było potrzebne ani rządowi, ani
opozycji. Powiem tylko tyle, że z cytowanej w mediach wypowiedzi Igora Lewitina,
ministra transportu Rosji i członka komisji państwowej kierowanej przez Putina,
wynika wprost, że rosyjskiego raportu jeszcze nie ma.
Sądzi Pan, że taki raport będzie?
– Skoro tak się umówiono, to taki raport powinien powstać. Jeden wspólny bądź
dwa oddzielne: polski i rosyjski.
Tyle że po zakończeniu prac przez MAK nie widać po stronie rosyjskiej żadnych
działań, no może poza prokuratorskimi…
– Nie mam informacji na ten temat, ale jeśli dane państwo prowadzi badanie
wypadku lotniczego, to na nim, według zapisu załącznika 13, ciąży obowiązek
sporządzenia raportu końcowego. Skoro taka zasada została przyjęta na początku
badań, to komisja państwowa pod kierownictwem Władimira Putina powinna taki
raport stworzyć. Czy tak się stanie, nie wiem.
Pamiętajmy, że badania prowadzi też polska komisja, która jest szczególnie
zainteresowana wyjaśnieniem przyczyn tej katastrofy. Osobiście uważam, że lepiej
stałoby się, gdyby te badania prowadzone były wspólnie. Powinna działać jedna
komisja ze wspólnym przewodniczącym lub z dwoma współprzewodniczącymi. Nie
wykluczam, że może pojawiłyby się tu jakieś przeszkody natury
sentymentalno-politycznej. Kto wie, może z tego powodu badania zostały
rozdzielone. Nie mniej dobrze byłoby – z punktu odbioru przez kolejne pokolenia
– by ten raport końcowy, który wskaże obiektywne przyczyny wypadku od strony
czysto lotniczej, był wspólny. Mam tu na myśli raport organów państwowych, a nie
tzw. raport MAK.
Jeżeli będą dwa raporty, to polska komisja jest w gorszej sytuacji, bo nie
dysponuje oryginalnymi dowodami i wieloma dokumentami. Jak zatem ma sporządzić
wiążący raport?
– To pytania do polskich specjalistów. Osobiście wydaje mi się, że możemy być o
to spokojni, bo polscy eksperci są w stanie wszystko zbadać, sprawdzić, wyliczyć
i zweryfikować. Ponadto nie wiemy, czym dysponuje komisja, bo żaden z jej
członków nie ujawnia tego, co robi. I bardzo dobrze. Sądzę jednak, że eksperci
mają skompletowany materiał.
Nie mamy wraku, a przecież w badaniu takiej katastrofy każda część może być
ważna…
– Owszem. Jeśli jednak chodzi o samolot, to dysponujemy klonem rozbitej maszyny.
Ma numer boczny 102. Jestem przekonany, że polscy eksperci wszystko dokładnie
przeanalizują. W branży lotniczej nie ma tak, że coś "nie wychodzi". W takim
przypadku komisja nie spełniłaby swej roli. Jestem przekonany, że nasi eksperci
dadzą sobie z tym radę. Proszę o więcej wiary w ich umiejętności i możliwości.
Poczekajmy jeszcze chwilę na prawdziwy raport powypadkowy.
Dziękuję za rozmowę.
