Przyszedł czas na reformę reformy
Po monologach głównych aktorów sceny: prof. Leszka Balcerowicza i ministra
Jacka Rostowskiego w TVP, przedstawiających swoje racje, czuję się mocno
zagubiony. Zapewne nie tylko ja. Istotna część opinii publicznej już nie wie,
czego tak naprawdę dotyczy spór o wielkość wpłat do tzw. otwartych funduszy
emerytalnych (OFE).
Stanowisko rządu w tej sprawie nie znalazło szerszego poparcia w przychylnych im
– przynajmniej dotychczas – mediach, natomiast stały się one trybuną dla wielu,
często bardzo znanych oponentów. Trochę to dziwne, bo przez ostatnie trzy lata
było zupełnie odwrotnie: krytycy rządu byli w najlepszym przypadku tolerowani,
choć najczęściej nikt ich – przynajmniej oficjalnie – nie chciał słuchać. Sądzę,
że po raz pierwszy mamy do czynienia ze sporem, w którym przedstawiciele rządu
okazali się słabsi medialnie i mają mniejsze wpływy, a ich adwersarze potrafili
zebrać "mocną" grupę wspierających. Paradoksalnie wygrywają jednak racje,
którymi posługują się zwolennicy radykalnego obniżenia składek wpływających do
OFE. Dlaczego?
OFE generują wydatki budżetowe
Opinia publiczna wreszcie być może zrozumiała, na czym polegała jedna z czterech
"wielkich reform" sprzed 11 lat. Operacja była dość banalna: część dochodów ze
składki pobieranej przez ZUS, czyli w istocie podatku, przekazywano do OFE,
które po potrąceniu swoich prowizji kupowały za to obligacje Skarbu Państwa.
Warto również przypomnieć, że ubytek wpływów ze składek pobieranych przez ZUS
(część oddawana do OFE) jest pokrywany od ponad dziesięciu lat… dotacją z
budżetu państwa, czyli z pieniędzy podatników. Są to dopłaty do Funduszu
Ubezpieczeń Społecznych (FUS), z którego finansowane są wszelkie świadczenia
związane z niezdolnością do pracy, a przede wszystkim nasze emerytury.
Cały więc pomysł reformy z 1999 r. polegał na tym, że kosztem mniejszych
dochodów publicznych przeznaczonych na finansowanie ubezpieczenia społecznego
tworzy się również ze środków publicznych system prywatnych funduszy (OFE),
żyjących w istocie w całości z pieniędzy podatników: otrzymują one część
składki, czyli podatku pobieranego przez ZUS, oraz oprocentowanie obligacji
skarbowych kupionych za te środki. Nieprawdą jest, że system ten tworzy
jakiekolwiek "oszczędności"; generuje on wydatki budżetowe, zarówno
bezpośrednio, jak i pośrednio, czyli uzasadnia utrzymanie systemu fiskalnego na
co najmniej dotychczasowym poziomie. Nasz system podatkowy stworzony przed
kilkunastu laty dawał sobie z tym radę, ale to już niestety przeszłość. Dopóki
efektywność fiskalna VAT, akcyzy oraz podatków dochodowych utrzymywała się na
przyzwoitym poziomie, stać nas było nie tylko na sfinansowanie skutków tej
reformy.
Dlaczego jednak dopiero teraz system ten uzyskał wyszukane określenie medyczne
"nowotworu na zdrowym ciele gospodarki", skoro funkcjonuje już tak długo?
Wytłumaczenie tego rodzaju ocen, pochodzących notabene od niedawnych
zwolenników, a w przeszłości współtwórców tego systemu, nie może być
sprowadzone, zwłaszcza w naszym kraju, do przyczyn fiskalnych. Przecież dochody
budżetowe kuleją już od trzech lat, a dotychczasowe potyczki lobby funduszy
emerytalnych z przedstawicielami rządu nie zapowiadały tego, czego jesteśmy
świadkami w tym roku.
Z pustego i Salomon
nie naleje
Odpowiedź na pytanie o przyczyny "rządowego zamachu na nasze pieniądze" jest
mimo wszystko dość prosta. Spadające dochody budżetowe z podatków nie pozwalają
już dłużej utrzymywać wydatków budżetowych generowanych przez ten system. Jak
wiadomo, kasę finansów publicznych trudno oszukać, ponieważ ma właśnie charakter
"kasowy". Dno jest trudne do ukrycia przy pomocy zabiegów księgowych. Politycy
jednak nauczyli się bagatelizować ten problem, a może nigdy nie przejmowali się
zbytnio dochodami budżetowymi? Aby zrozumieć zachodzące tam procesy, trzeba być
przede wszystkim skarbowcem, który tak naprawdę przejmuje się interesem
publicznym. Jeżeli współcześnie sukcesem ministra finansów jest podobno
"pozostawienie w kieszeniach podatników większych pieniędzy", a zapaść dochodów
budżetowych przedstawiana jest jako sukces, to trudno poszukiwać wśród polityków
jakiegokolwiek poważnego zainteresowania kryzysem strony dochodowej budżetu.
Natomiast z nie do końca zrozumiałych racjonalnie powodów politycy przejmują się
pojęciem księgowym, któremu na imię "dług publiczny". Tu należy zgodzić się z
ich oceną: nie udało się wyprowadzić wartości obligacji skarbowych kupowanych
przez OFE poza to pojęcie, czyli przedstawiać długu publicznego w sposób
bardziej optymistyczny. Mamy więc problem polityczny, bo nasze zobowiązania
dotyczące wielkości tego długu charakteryzuje zarówno zewnętrzny, jak i
wewnętrzny rygoryzm prawny. Ciąg dalszy jest już nam znany: to, co zwiększa dług
publiczny, jest złe, czyli przyszedł czas na reformę reformy.
Warto również dodać, że obiektywnie nigdy my, jako zbiorowość – ani dziś, ani na
przykład za dziesięć lat – nie wykupimy tych obligacji, które są w rękach
funduszy emerytalnych. Obrazowo mówiąc, potrzebowalibyśmy dziś na to kwoty
stanowiącej równowartość rocznych wpływów z najważniejszego podatku, czyli VAT,
co jest stanem całkowicie nieosiągalnym. Dlatego też sądzę, że obecne potyczki
rządu o wielkość składek wpłacanych do OFE są tylko początkiem pewnej drogi. Tę
rundę wygrają rządzący. Następna czeka nas po wyborach. Jej prawdopodobnym
efektem będzie powolna likwidacja tego systemu.
Dr hab. Witold Modzelewski
Autor jest prawnikiem, ekspertem w dziedzinie finansów i polityki podatkowej,
profesorem Uniwersytetu Warszawskiego, prezesem Instytutu Studiów Podatkowych.
